Dziś

Argumenty przeciwko dekarbonizacji, które musisz poznać!

Dekarbonizacja gospodarki, polegająca na kompleksowej transformacji zmierzającej (w najbardziej skrajnym wariancie) do pozbycia się wszelkich nieodnawialnych źródeł energii przedstawiana jest jako zjawisko pozytywne. W rezultacie może ona jednak przynieść katastrofalne skutki dla społeczeństwa i środowiska.

Rezygnacja z ropy, gazu i węgla, a także z energii jądrowej (uznawanej za nieodnawialną ze względu na skończone zasoby uranu) stanowi dziś jedną z najważniejszych kwestii globalnej polityki. Konsekwencje tego projektu dotykają niemal wszystkich aspektów funkcjonowania współczesnego świata, mimo tego rządzący wielu państw prą ku jego realizacji. Gospodarka niskoemisyjna (LCE), niskoemisyjna gospodarka paliwami (LFFE) lub gospodarka zdekarbonizowana opierać się ma na niskoemisyjnych źródłach energii, a dzięki temu ma nie powodować ocieplania się klimatu wskutek emisji gazów cieplarnianych (GHG), zwłaszcza dwutlenku węgla. Zgodnie z prognozami naukowców, do połowy wieku – ze względu na wzrost ludności i wzrost gospodarczy – system energetyczny musi dostarczyć mniej więcej dwa razy więcej energii niż obecnie, jednocześnie radykalnie redukując emisję CO2. To bezprecedensowe przedsięwzięcie złożonego procesu dekarbonizacji jest niewykonalne w oparciu o prezentowane scenariusze (zob: Peter J. Loftus,1 Armond M. Cohen, Jane C. S. Long, Jesse D. Jenkins, „A critical review of global decarbonization scenarios: what do they tell us about feasibility”, [w:] „WIREs Climate Change”, Vol 6, No 1).

Zdaniem ekspertów oenzetowskiego Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) – nieraz już skompromitowanego – głównym winowajcą „globalnego ocieplenia” jest człowiek. Ciągła zaś emisja dwutlenku węgla (notabene, niezbędnego do procesu fotosyntezy) może powodować długotrwałe zmiany na całym świecie, zwiększając prawdopodobieństwo poważnych, wszechobecnych i nieodwracalnych skutków dotykających ludzi oraz ekosystemy. IPCC sugeruje, że przejście na gospodarkę niskoemisyjną w skali globalnej mogłoby przynieść korzyści zarówno krajom rozwiniętym, jak i rozwijającym się. W ostatnich latach wręcz stwierdzono, że świat nie ma wyjścia (o ile chce uniknąć katastrofy klimatycznej i zagłady) i musi „walczyć”, by nie dopuścić do ogrzania się planety o więcej niż 1,5 stopnia Celsjusza. Kraje muszą więc dążyć do tego, by stać się gospodarkami zdekarbonizowanymi, czyli muszą jak najszybciej (najpóźniej do 2050 r.) osiągnąć neutralność węglową. W rezultacie muszą się zmienić wszystkie sektory gospodarki, począwszy od produkcji przemysłowej przez rolnictwo, transport, wytwarzanie energii, budownictwo, aż po same wzory konsumpcji.

W praktyce sprowadza się to do zastępowania dotychczasowych nieodnawialnych źródeł energii tzw. odnawialnymi źródłami energii (z wiatru, słońca, biomasy) i podnoszenia cen energii wskutek poddaniu zezwoleń na emisję dwutlenku węgla spekulacjom giełdowym. Postuluje się wprowadzenie podatku węglowego i innych tzw. zielonych taks oraz „opłat prozdrowotnych”, by wymusić przejście na pewne technologie. Wraz z dekarbonizacją pojawia się problem „sprawiedliwości energetycznej”. Jakie są jednak argumenty przeciwko dekarbonizacji?

  1. Wśród klimatologów nie ma konsensusu odnośnie przyczyn globalnego ocieplenia

Jednym z powodów, dla którego Unia Europejska zdecydowała się na przyspieszenie procesu dekarbonizacji, jest twierdzenie aktywistów klimatycznych (a pod ich wpływem polityków…), że zdecydowana większość klimatologów zgadza się z twierdzeniem mówiącym, iż mamy do czynienia z ociepleniem klimatu spowodowanym przez człowieka. Często możemy spotkać się z twierdzeniem, jakoby 97 procent klimatologów zgadzało się z taką tezą i jest to traktowane jako powód uzasadniający dekarbonizację. W przemówieniu inauguracyjnym w Boston College w 2014 r. John Kerry, ówczesny sekretarz stanu USA (a obecny specjalny wysłannik ds. klimatu prezydenta Joe Bidena), powiedział: „Dziewięćdziesiąt siedem procent naukowców z całego świata mówi nam, że to pilne”. W rzeczywistości tak nie jest. Cytowana liczba pochodzi z badania z 2013 r. Cooka i współpracowników, zatytułowanego „Environmental Research Letters”. To analiza streszczenia prawie 12 tys. artykułów naukowych na temat zmian klimatu i globalnego ocieplenia, zaprezentowanych w latach 1991–2011. Spośród tych publikacji 66,4 proc. nie wyrażało opinii na temat ocieplenia antropogenicznego (powodowanego przez człowieka), 32,6 proc. „popierało” hipotezę o ociepleniu antropogenicznym, 0,7 proc. odrzuciło ocieplenie antropogeniczne, a 0,3 proc. nie było pewnych co do przyczyny domniemanego ocieplenia. Spośród badań wyrażających opinię na temat antropogenicznego globalnego ocieplenia, „97,1 procent uczonych poparło stanowisko, że to ludzie powodują globalne ocieplenie”

Artykuł Cooka był przedmiotem powszechnej krytyki. Między innymi prof. Richard Tol wskazywał, że tego typu twierdzenia powtarzane w debatach na temat polityki klimatycznej są bezpodstawne, a sam Cook się mylił: wnioski jego analizy są niespójne i stronnicze, próbka nie jest reprezentatywna. Z kolei David R. Legates, były dyrektor Centrum Badań nad Klimatem Uniwersytetu Delaware, wraz z trzema innymi badaczami stwierdzili, że zaledwie 1 procent z 4014 artykułów wyrażających opinię w tej sprawie, prezentuje pogląd, że większość ocieplenia od 1950 r. jest spowodowana przez człowieka (szczegółowo na ten temat z odesłaniem do źródeł tutaj).

Wśród klimatologów nie ma „przytłaczającego konsensusu” co do skali przyszłego ocieplenia lub pilnej potrzeby ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, a politycy wykorzystują alarmistyczne raporty IPCC jako podstawę ustawodawstwa, przedstawiając kontrowersyjne decyzje polityczne jako oparte na nauce. Badania Heritage Foundation wykazały, że każdy rodzaj podatku węglowego, limity emisji, handel nimi i wszelkie regulacje klimatyczne ograniczą dochody, a wszystko to nie będzie miało jakiegokolwiek znaczącego wpływu na globalne temperatury panujące obecnie lub w przyszłości. Przykładowo, trzymając się modelowania wrażliwości klimatycznej, jakie stosuje amerykańska agencja EPA, okazuje się, że całkowita eliminacja amerykańskiej emisji dwutlenku węgla zmniejszyłaby do 2100 r. ocieplenie jedynie o 0,137 stopnia Celsjusza. Gdyby cały uprzemysłowiony świat wyeliminował tę emisje, do końca wieku ocieplenie udałoby się pomniejszyć o 0,278 stopnia Celsjusza.

Głęboko wadliwy jest także proces wyliczania tzw. społecznego kosztu emisji dwutlenku węgla (SCC), który ma prezentować szkody ekonomiczne, jakie jedna tona dwutlenku węgla (wyemitowana w danym roku) spowoduje w ciągu następnych 300 lat. Wiele czynników wykorzystywanych do obliczania SCC jest arbitralnych lub nieprecyzyjnych. Niezależnie od tego, czy ktoś uważa, że globalne ocieplenie stanowi zagrożenie, czy też nie lub, że planeta czeka katastrofa lub nie, skumulowany efekt klimatyczny tej polityki byłby znikomy przy ogromnych, nieproporcjonalnych obciążeniach dla obywateli. „Ważne jest, aby decydenci rozumieli historyczny kontekst debaty o globalnym ociepleniu, co dane mówią, a czego nie, gdzie istnieje konsensus w społeczności naukowej, a gdzie go nie ma oraz co wpływa na regulacje dotyczące globalnego ocieplenia” – komentuje Heritage Foundation.

  1. Drastyczny wzrost kosztów energii, pogłębienie ubóstwa i nierówności

Polityka dekarbonizacyjna prowadzi do drastycznego wzrostu kosztów energii dla konsumentów, pogłębiając ubóstwo i nierówności, chociaż przedstawiana jest jako „sprawiedliwa” i „inkluzywna”. Wyższe koszty energii najbardziej dotykają rodziny o niskich dochodach, które wydają nieproporcjonalnie więcej środków na pokrycie rachunków za energię elektryczną. Z danych zebranych przez naukowców, którzy badali programy transformacji energetycznej w czterech krajach (przejście na energię jądrową we Francji, wdrażanie inteligentnych liczników w Wielkiej Brytanii, upowszechnianie pojazdów elektrycznych w Norwegii i paneli słonecznych w Niemczech) wynika, że koszty dekarbonizacji przerzucone na konsumentów, okazały się szczególnie dotkliwe dla osób biedniejszych. Wszystkie te cztery programy, realizowane w różnych krajach, miały je przybliżyć do niskoemisyjnej gospodarki, by „zminimalizować podatność na ryzyka społeczno-ekonomiczne i środowiskowe związane z dalszym zużyciem paliw kopalnych i zasobów w działalności gospodarczej”. Przerzucone na konsumentów koszty dekarbonizacji okazały się szczególnie dotkliwe dla osób biedniejszych.

Francja, główny producent i eksporter energii jądrowej, dysponuje 58 reaktorami i wytwarza 75 proc. energii elektrycznej z rozszczepienia jądrowego (Światowe Stowarzyszenie Jądrowe 2018), a także eksportuje technologię jądrową do innych krajów np. do Chin, RPA, Korei Południowej, Finlandii. Niemcy są światowym liderem pod względem całkowitej mocy zainstalowanych paneli słonecznych na mieszkańca (Federalne Ministerstwo Gospodarki i Energii Niemiec 2017). Dzięki stosowaniu bardzo dużych dopłat Norwegia jest światowym liderem we wdrażaniu pojazdów elektrycznych (w przeliczeniu na mieszkańca – Międzynarodowa Agencja Energii 2018). Na początku 2018 roku Wielka Brytania dostarczyła do domów, mieszkań i małych firm 12,3 miliona inteligentnych liczników, do końca 2020 r. planując wyposażenie w nie wszystkich gospodarstw domowych (BEIS, 2018).

Z analizy naukowców Benjamina. K. Sovacoola, Marii Martiskainen, Andrew Hooka i Lucy Baker („Decarbonization and its discontents: a critical energy justice perspective on four low-carbon transitions”) wynika, że w związku z prowadzoną dekarbonizacją powstaje dla podatników bardzo wysoki długoterminowy koszt, miejsce ma niesprawiedliwa dystrybucja energii, bardzo wzrasta ryzyko przerw w dostawach, dochodzi także do zagrożenia zdrowia i bezpieczeństwa obywateli, którym zaprzestaje się dostaw energii z powodu braku wymiany instalacji itp. W przypadku Francji obywatele będą bardzo długo ponosić koszty inwestycji – z powodu wysokich podatków i opłat zawartych w cenie energii. Naukowcy zwracają uwagę na „pieniądze wpompowane” do sektora, które zostały wydane także „na utrzymanie całego kompleksu uniwersytetów i biurokracji”. Program jądrowy wiąże się z koniecznością składowania radioaktywnych odpadów, a zgodnie z wizją dekarbonizacji, także energetyka jądrowa będzie musiała być zastąpiona źródłami odnawialnymi. Czy w obecnej, unijnej sytuacji politycznej Francja dokona kolejnych kosztownych inwestycji?

W przypadku niemieckiej transformacji (fotowoltaika) pojawił się problem m.in. nierównego dostępu do taryfy gwarantowanej, zwłaszcza dla tych, którzy nie posiadają nieruchomości. Niemcy mają jeden z najniższych wskaźników właścicielstwa domów w Europie – udział domów zajmowanych przez właścicieli to 51,4 proc. (Eurostat). Prawie połowa społeczeństwa została wykluczona z transformacji, ale przerzucono na nią jej koszty. „Co najmniej połowa populacji Niemiec nie ma wolnego kapitału, który można by zainwestować w panel dachowy” – czytamy. Niektórzy ludzie nie mogą pozwolić sobie na samodzielną instalację systemu słonecznego, ponieważ nie są właścicielami dachu ani domu. A jednak muszą ponosić koszty transformacji energetycznej płacąc wyższe opłaty związane z rekompensatą wytwórcom odnawialnej energii w razie dużej podaży w danym momencie i niemożności jej magazynowania… Już teraz Niemcy mają jedne z najwyższych cen energii w Europie, właśnie z powodu dotowania OZE i przerzucania kosztów na obywateli (Heptonstall i Gross 2018).

W Norwegii głównymi przegranymi procesu przechodzenia na zeroemisyjną gospodarkę są osoby, których nie stać na nowe samochody czy na używane „elektryki”, podróżujące komunikacją publiczną. Do grona „przegranych” tej operacji należą także operatorzy promów. W przypadku brytyjskiej transformacji, polegającej na instalowaniu inteligentnych liczników i paneli słonecznych oraz wiatraków, okazało się, że koszty utrzymania sieci energetycznej przerzucane są na tych, których nie stać lub którzy nie mają możliwości wytwarzania własnej energii. „Inteligentne liczniki nie skutkują niższymi rachunkami dla wszystkich konsumentów, jest dokładnie odwrotnie… konsumenci byli i będą nadal płacić wyższe rachunki, aby sfinansować cały program inteligentnych liczników” – napisano.

Dodatkowo w Wielkiej Brytanii klienci skarżą się na wzmożony nadzór, a eksperci zwrócili uwagę na ryzyko zdalnego odłączenia energii przez dostawców lub właścicieli wynajmowanych domów. Inteligentne liczniki są uważane za potencjalne narzędzie nadzoru. Badanie szeroko omawia szereg problemów dotyczących sprawiedliwości dystrybucyjnej w czterech krajach, w szczególności koncentrując się na nierównościach podziału kosztów i korzyści oraz podkreślając problem wykluczenia z transformacji dużej liczby obywateli, którzy ostatecznie ponoszą największe koszty przemian.

  1. Autorytarny styl podejmowania decyzji

Sposób podejmowania decyzji w sprawie dekarbonizacji wyklucza przeciwników tego kierunku z planowania zmian i dyskusji politycznych dot. polityki klimatycznej oraz centralizacja gospodarki. To rządzący i wąska grupa „ekspertów” miała i wciąż ma wpływ na kluczowe dla wszystkich obywateli decyzje związane z zapewnieniem im bezpieczeństwa energetycznego. Niemiecki proces kształtowania polityki jest całkowicie korporacyjny. „To duże firmy skutecznie lobbowały za zwolnieniami z taryf gwarantowanych ponieważ w ten sposób podnieśli ceny dla konsumentów końcowych”. Taki system planowania stworzył niepotrzebne bariery wejścia i ukryte koszty, które są korzystne dla zasiedziałych operatorów zakładów energetycznych.

W Norwegii rowerzyści mogli się przekonać, że wcale nie chodzi o ochronę klimatu itp., a zwyczajnie o interesy koncernów produkujących auta elektryczne, co przejawia się w tym, że właściciele aut elektrycznych posiadają więcej przywilejów niż rowerzyści. W każdym kraju istnieje ogromne upolitycznienie decyzji dotyczących kosztownej dla obywateli polityki dekarbonizacyjnej.

  1. Dekarbonizacja jest niesprawiedliwa, obciąża kraje rozwijające się

Transformacja energetyczna, która ma doprowadzić do tzw. zeroemisyjnej gospodarki i zapewnienia sprawiedliwości energetycznej, zamyka możliwości rozwoju krajów, które szybko nadrabiają dystans do państw rozwiniętych, a które wciąż muszą walczyć, by „wyciągnąć” jak najwięcej ludzi z ubóstwa. Co więcej, wskutek dekarbonizacji nie zwalcza się nierówności i wciąż nadmiernie eksploatuje się zasoby innych państw, niszcząc naturalne środowisko np. rzadki, niezbędny do dekarbonizacji, kobalt pozyskuje się m.in. w Demokratycznej Republice Konga pogrążonej w długotrwałych wojnach i konfliktach. Wyprodukowanie pojazdów elektrycznych wiąże się ze znacznym zużyciem energii i wykorzystaniem baterii, które muszą być zutylizowane w miejscach, w których je wyprodukowano Zawierają one lit, a do tej pory nie opracowano opłacalnego sposobu całkowitego ich recyklingu, co może doprowadzić do lokalnych katastrof ekologicznych. W Wielkiej Brytanii już zwraca się uwagę na masę odpadów elektronicznych.

  1. Odnawialne źródła energii także niosą ze sobą negatywny wpływ na zdrowie i środowisko

OZE, które w procesie dekarbonizacji mają zastąpić paliwa kopalne mają zastąpić paliwa kopalne, posiadają negatywny wpływ na zdrowie i środowisko, ale te pierwsze mylnie przedstawia się jako „zielone”, a więc w domyśle „nieszkodliwe”. Instytut Biologii Budowlanej (IBE) od pewnego czasu bada promieniowanie elektromagnetyczne oraz oferuje kompleksowe szkolenia w zakresie pomiarów podwyższonych częstotliwości. IBE zwraca uwagę, że inwertery, będące częścią przydomowych instalacji elektrycznych, powodują elektryczny „hałas” nazywany „brudną elektrycznością”. Niektóre osoby mogą z tego powodu odczuwać rozdrażnienie i dyskomfort. Zauważono takie symptomy, jak nudności, bóle głowy i ogólne zmęczenie. Prąd doziemny może wytwarzać pole magnetyczne, które zaburza rytm biologiczny. Niektóre z symptomów powiązanych z tymi polami to zaburzenia snu oraz pogorszenie samopoczucia. Sieci bezprzewodowe są źródłem promieniowania z zakresu mikrofal. Ta część spektrum fal jest wiązana z powstawaniem nowotworów. Objawy spowodowane ekspozycją na ten rodzaj promieniowania to m.in. nudności, bóle i zawroty głowy, ogólne zmęczenie, zaburzenia snu, rozdrażnienie, dolegliwości skórne, zaburzenia słyszenia oraz widzenia.

Fotowoltaika przedstawiana jest jako czysta technologia, która ma nie powodować żadnego negatywnego wpływu na środowisko. Sam proces produkcyjny i etap usuwania instalacji po wykorzystaniu stanowi przyczyny szkodliwych emisji. Na etapie produkcyjnym ogniw fotowoltaicznych wykorzystywane są liczne substancje toksyczne i wybuchowe. Pracownicy takich zakładów narażeni są na wdychanie pyłu krzemowego. Niebezpieczne materiały w większości są używane do czyszczenia powierzchni półprzewodnikowej. Są to m.in.: kwas solny, kwas siarkowy, kwas azotowy, fluorowodór, 1,1,1-trichloroetan i aceton. Do najbardziej szkodliwych substancji emitowanych przez przemysł fotowoltaiczny należą związki fluorowe, kilkadziesiąt razy bardziej aktywne niż dwutlenek węgla. Nowoczesne metody produkcji paneli słonecznych związane są z poborem ogromnych ilości wody. W zależności od wielkości rocznej produkcji, przeważnie są to wielkości rzędu setek lub nawet tysięcy litrów wody na minutę. Powoduje to konieczność tworzenia odpowiednich zakładów oczyszczania zanieczyszczonej wody. Popularnym sposobem utylizacji paneli jest spalanie, podczas którego do atmosfery lub wód gruntowych mogą przedostawać się szkodliwe pierwiastki. Podobny problem dotyczy utylizacji zużytych wiatraków i ich szkodliwości dla środowiska oraz zdrowia ludzi.

  1. Problemy z bezpieczeństwem dostaw energii

Wielkim wyzwaniem związanym z dekarbonizacją jest utrzymanie bezpieczeństwa dostaw energii. Chodzi z jednej strony o wystarczającą podaż pierwiastków ziem rzadkich, niezbędnych do produkcji urządzeń dzięki którym mielibyśmy czerpać energię odnawialną, jak i bezpieczeństwo dostaw prądu do domów w sytuacji braku stabilności energii z OZE. W grę wchodzi także ryzyko wzmożonych ataków cybernetycznych na zinformatyzowaną i zautomatyzowaną infrastrukturę.

Scenariusz, który przewiduje całkowite poleganie na OZE, wymaga jej magazynowania (obecnie są to baterie litowo-jonowe). Jednak możliwe do odzyskania rezerwy litu na całym świecie wynoszą zaledwie 13,5 miliona ton (dane USGS). Tymczasem potrzeba 26 mln ton litu, by chociażby zasilić 2 miliardy samochodów przewidywane do 2035 roku. To dwukrotnie więcej niż jest to dostępne.

  1. Wątpliwe priorytety polityczne

30 marca 2021 roku Federalny Trybunał Obrachunkowy w Niemczech opublikował raport negatywnie oceniając politykę dekarbonizacyjną niemieckiego rządu, podkreślając, że władza skupiła się na ochronie środowiska i klimatu, ignorując dwa kluczowe czynniki: zapewnienie bezpieczeństwa systemu energetycznego i taniej oraz dostępnej dla obywateli energii. „Wyniki są druzgocące” – komentował prezes Trybunału Kay Scheller. Szerzej na ten temat tutaj. W raporcie przypomniano „oczywistą oczywistość”, że bezpieczeństwo dostaw energii jest zagrożone, ponieważ elektrownie słoneczne i wiatrowe zależne są od pogody, a ta bywa nieprzewidywalna (np. kilka tygodni temu ciągłość dostaw prądu w Bawarii i Austrii została zapewniona jedynie dzięki przesyłowi energii z elektrowni węglowych w Czechach). Ministerstwo miało błędnie oszacować zapotrzebowanie na prąd, opierając się na nierealnych założeniach, przewidując, że zapotrzebowanie spadnie. Dodano, że koszty transformacji przerzucono na obywateli w postaci tzw. opłat sieciowych, przez co koszt jednostkowy energii elektrycznej dla przeciętnego gospodarstwa domowego wzrósł o 43 proc. powyżej średniej w UE, a przewidywane są dalsze podwyżki.

Niemcy zdecydowali się na pozbycie węgla i energii atomowej. Na okres przejściowy przewidziano gaz, który także ostatecznie do 2050 r. ma być zastąpiony przez OZE i paliwo wodorowe. Trybunał zwrócił uwagę, że koszt energii przekłada się na spadek konkurencyjności gospodarki, zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw. Audytorzy wezwali do weryfikacji planów, by zapewnić bezpieczne i niedrogie dostawy energii elektrycznej, jednocześnie ograniczając negatywne skutki dla środowiska.

Kontrolę przeprowadzono w związku ze zmianą polityki energetycznej w ostatnich latach (to jest od 2018 r.) i próbami przyspieszenia dekarbonizacji po przyjęciu programu ochrony klimatu do 2030 r., co miało miejsce w roku 2019. Trybunał zwracał uwagę na niczym nieuzasadnione prezentowanie optymistycznych i nierealnych scenariuszy. Podkreślono, że najistotniejsze jest zapewnienie bezpieczeństwa dostaw, a rząd kompletnie zignorował fakt, że z powodu wycofywania węgla zabraknie do 4,5 gigawatów energii. Rząd powinien był także przygotować się na najgorszy scenariusz, w którym zbiega się kilka przewidywalnych czynników, mogących zagrozić bezpieczeństwu dostaw.

Autorzy raportu dodali, że plany rządu nie uwzględniają lat słabych i silnych wiatrów, a także lat z niewielkim lub zerowym nasłonecznieniem. Systemy wiatrowe i fotowoltaiczne wytwarzają energię elektryczną w sposób zmienny i często, szczególnie ze względu na ich zależność od pogody, znacznie poniżej zainstalowanej mocy. Transformacja energetyczna zasadniczo zmienia strukturę dostaw energii elektrycznej i stoi przed poważnymi wyzwaniami: silnie wahającym się wytwarzaniem energii z wiatru i słońca, co prowadzi do silnych zmian przepływów obciążenia w sieciach. Koszt zarządzania zasilaniem ponoszą w dużej mierze konsumenci końcowi (opłaty sieciowe).

***

Powodów, by przeciwstawić się dekarbonizacji, tym bardziej w sytuacji, gdy niektóre państwa – a także i Unia Europejska – zwiększyły ambicje klimatyczne, chcąc w jeszcze szybszym tempie przechodzić na OZE, jest naprawdę wiele. Tym bardziej, że mimo podpisania porozumienia paryskiego w 2015 r., wymagającego przejścia na tzw. gospodarkę zeroemisyjną, wiele państw wciąż nie wzięło na siebie dużych zobowiązań, wciąż nie opracowano „mapy drogowej” dot. wdrażania umowy. Z tego powodu prezydent Biden organizuje „szczyt liderów”, by przywódcy podczas późniejszego szczytu klimatycznego COP26 w Glasgow (jesienią tego roku) ostatecznie uzgodnili, jak chcą wprowadzić porozumienie w życie, przyjmując większe zobowiązania związane choćby z dotowaniem „zielonej transformacji”. Jednak już dziś widzimy, że największy emitent (Chiny), a także Brazylia, Indie czy Australia nie zamierzają się dekarbonizować do 2050 r., przesuwają ten termin co najmniej o 10 lat, a „potem się zobaczy”. Chiny w ub. roku oddały do użytku rekordową liczbę elektrowni węglowych. Całą inicjatywa Pasa i Szlaka związana jest z budową infrastruktury emisyjnej. Singapur, Japonia nie określiły, kiedy dokładnie się pozbędą paliw kopalnych, mgliście mówiąc o drugiej połowie tego wieku.

Dekarbonizacja powoduje poważne zakłócenia dla gospodarek krajowych i całego świata, pozbawia kraje suwerenności, ponieważ ma de facto pozwolić na stworzenie globalnego zarządzania energią. To garstka państw z grupy co najwyżej G20 lub nawet G7 będzie decydować o tym, jakie kraje będą się rozwijać, a jakie nie.

Jest to także projekt głęboko ideologiczny, wymagający tworzenia nowego społeczeństwa ekologicznego, z centralnie sterującym rządem, głęboko ingerującym w sferę wolności obywatelskich. Obecnie w świecie, w którym 80 proc. zapotrzebowania na energię jest zaspokajane przez zasoby naturalne takie, jak węgiel, ropa i gaz ziemny, próbuje się budować model biznesowy wokół umowy międzynarodowej.

Pandemia COVID-19 stała się dodatkowym impulsem przyspieszającym rewolucję dekarbonizacyjną. Jednak Zielony Nowy Ład, realizowany przez Stany Zjednoczone czy przez Unię Europejską, nie ochroni klimatu a jedynie pogorszy sytuacją gospodarczą i środowiskową. Wypieranie w szybkim tempie niedrogich, niezawodnych źródeł energii na rzecz tych preferowanych politycznie obniży standard życia miliardów ludzi, cofając jednocześnie pozytywne skutki postępu cywilizacyjnego. Jak to wyraził rok temu prof. Dennis Meadows, autor raportu Klubu Rzymskiego pt. „Granice wzrostu”, ludzie znowu wrócą do organizacji plemiennej.

Agnieszka Stelmach

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(26)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie
Więcej komentarzy