9 maja 2021

O. Jan Strumiłowski: Bóg czy człowiek? Wielki przewrót nowej duchowości

Dochodzi do fatalnego odwrócenia naszego postrzegania rzeczywistości. Coraz bardziej izolujemy się od tego, co zewnętrzne i realne, uznając, że jedynym prawdziwym światem jest świat naszych wewnętrznych poruszeń. Duchowość staje się zatem w istocie coraz bardziej zamknięta, wręcz autystyczna. Nie jest nam już potrzebny prawdziwy Bóg. Jest nam potrzebna Jego projekcja w naszym wnętrzu – pisze w książce „Bóg czy człowiek” ojciec Jan Strumiłowski OCist.

***

Fragment pracy ojca Jana Strumiłowskiego publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sióstr Loretanek. W pierwszej części książki „Bóg czy człowiek” Autor opisuje cztery przewroty, do których doszło w mentalności ludzkiej na przestrzeni ostatnich stuleci. Owe przewroty o. Strumiłowski określa mianem metafizycznego, antropologiczny, epistemologiczny, semantyczny. Poniżej publikujemy podrozdział dotyczący przewrotu metafizycznego.

***

Przewrót metafizyczny nie powinien właściwie być nazywany przewrotem. To słowo jest zbyt łagodne. W postmodernizmie doszło nie tyle do jakiegoś przewrotu, przemianowania czy przeformułowania klasycznej metafizyki, ale doszło do jej rozbicia. Metafizyka jest dziedziną, która opisuje strukturę rzeczywistości. We współczesnej narracji doszło do zakwestionowania takiej struktury. Wszystko stało się płynne i subiektywne. Zatem nie możemy już powiedzieć, że byt istnieje autonomicznie – sam w sobie. Że posiada swoją stabilną konstrukcję. Albo w złagodzonej wersji: postmodernizm zdaje się sugerować, że nie możemy takiej struktury dostrzec, gdyż nie mamy w naszym poznaniu dostępu do obiektywnie istniejącej rzeczywistości, mamy jedynie nasze subiektywne doznania i wytworzone na ich podstawie przypuszczenia, które niezależnie od swojej treści są równouprawnione.

Jeśli tak ma wyglądać sprawa z obiektywnością rzeczy, to ich zewnętrzny kształt, ich przypadłości, nie są powiązane z ich wewnętrzną istotą. Wszystko jest subiektywne i kontekstualne. W sposób wyjątkowy uderza to w tradycyjne pojmowanie aspektu symbolicznego. W liturgii na przykład coraz częściej obrzędy i ryt postrzega się jako zbędną teatralność. Święte znaki liturgiczne nie są już postrzegane jako zewnętrzna forma nierozerwalnie związana z wewnętrzną rzeczywistością i istotą aktu liturgicznego. Są tylko pewnego rodzaju językiem, co oznacza, że nie odnoszą się one do faktów, które uobecniają, ale do opowieści o tych faktach. Nasze życie duchowe natomiast nie chce odwoływać się i sprowadzać do opowieści. Intuicyjnie szukamy nie tyle historii o Bogu, ale samego Boga. Jeśli nie widzimy już powiązania symboli z samą rzeczywistością, to owe symbole zaczynają być rozumiane przez nas jako pewnego rodzaju fasada, teatralność. Symptomatyczne w tym kontekście jest to, że coraz więcej chrześcijan nie chce uczestniczyć w „martwym spektaklu”. Ludzie coraz częściej są skłonni wybierać nie takie nabożeństwa, w których dokonuje się realne uobecnienie misterium Pańskiego, lecz które nie poruszają spontanicznie serc (Msza), ale wybierają taką aranżację nabożeństw, które niekoniecznie dają nam dostęp do rzeczywistego misterium (nie ma w nich sakramentalnej rzeczywistości), lecz dają nam przeżycie, emocje. Emocjonalny wymiar nabożeństwa, poruszenie serca przekonuje ich, że to, co się dzieje, jest prawdziwe. Zatem współczesny chrześcijanin, jeśli ma do wyboru uczestniczenie w „zwykłej” Mszy, która nie porusza jego serca, lub spotkanie w jakiejś salce, hali lub na stadionie, gdzie przewodniczący emocjonalnie przemawia, śpiewane są wzruszające pieśni przy akompaniamencie poruszających tonów gitary, atmosfera jest podkręcana przez przygaszone światło i powiewające flagi, wybiera właśnie to drugie. Tymczasem podczas Mszy mamy realną i substancjalną obecność Chrystusa, natomiast na innym nabożeństwie mamy rozpalone uczuciami serce i wybieramy niestety to drugie. Wygląda to tak, jakby nie zależało nam na samym Bogu, na realnej osobie Chrystusa, ale na naszych odczuciach, na doświadczeniu rzekomej obecności pomimo jej braku. Albo jakby przeżycie obecności było dla nas bardziej rzeczywiste niż sama obecność. Nie jest więc istotne, czy osoba, którą kochasz, jest realnie przy tobie obecna. Istotne jest to, czy czujesz jej obecność, czy twoje serce goreje. W takiej perspektywie zawrotną popularność zdobywa powoływanie się na to, że mamy czcić Boga „w Duchu i prawdzie”. Ale co to właściwie znaczy? Czy nie chodzi tutaj o realny kontakt naszego ducha z Duchem Bożym, gdyż tylko taki kontakt stawia nas w Jego Prawdzie? Czy nasze serca same z siebie są absolutnie czyste i zdolne do przenikania tajemnic Boga? Biblia na ten temat ma odmienne zdanie.

Inną oznaką rozbicia metafizycznego w duchowości chrześcijańskiej jest dążenie do rozdzielenia tego, co duchowe, od tego, co materialne i obiektywne. Przy czym rzeczywistość duchowa jest tutaj nieświadomie sprowadzana do czystego subiektywizmu. Tak więc na kanwie tego rozbicia nawołuje się do przeżywania wiary na sposób bardziej duchowy, co jest oczywiście postulatem słusznym. Katolik nie powinien zatrzymywać się jedynie na zewnętrznej formie wiary (kulcie, rycie, symbolu). Czy jednak dążenie do coraz bardziej duchowego przeżywania wiary musi zakładać rezygnację z zewnętrznych form? Oznaczałoby to, że owe formy są jedynie ludzkim wymysłem. Liturgiczne obrzędy, symbole, sakramenty, a pośród nich nawet samo Ciało i Krew Pańska w swojej materialności są uznawane albo za produkty ludzkiej, jeszcze nie do końca uduchowionej aktywności religijnej, albo za jedynie przygodne i nieistotne elementy mające wyrażać wiarę. Czy jednak możliwe jest dążenie do głębszego uduchowienia religijności poprzez usuwanie lub kwestionowanie jej materialnego wymiaru? Czy naprawdę Bóg po usunięciu obrzędu i sakramentu stanie się bardziej obecny niż w obrzędzie i sakramencie? Czy materialna strona religii jest naprawdę jedynie zbędną, a nawet szkodliwą, bo zasłaniającą istotę, nadbudową chrześcijaństwa? Albo stawiając to pytanie jeszcze bliżej samego źródła: czy cielesność Chrystusa była przeszkodą w dostrzeżeniu Jego Bóstwa? Czy nie była raczej koniecznym warunkiem pełni Objawienia?

Dążenie do głębszej duchowości jest słuszne, ale nie może się ono dokonać przez redukcję elementu materialnego. Element materialny uobecnia, wyraża i odkrywa element duchowy. Zatem widzialnego znaku nie należy usuwać, ale należy go jeszcze bardziej osadzić w naszym życiu. Osadzić tak, żeby dotykał nie tylko sfery naszych zmysłów, ale by sięgał sfery ducha. Albo patrząc z innej perspektywy, należy jeszcze bardziej „wpatrzeć” się w to, co stanowi materialny wyraz wiary, wejrzeć tak intensywnie i kontemplacyjnie, by przekroczyć próg widzialności. Usunięcie natomiast samego znaku sprawia, że nie mamy dostępu do tej granicy, którą mamy przekroczyć. Zatem jest to droga z metafizycznego punktu widzenia absurdalna i absolutnie niezgodna z duchem chrześcijańskim. Jest ona jaskrawym wynikiem rozbicia metafizycznego, oddzielenia istoty od istnienia, materii od formy, ciała od ducha itd. W gruncie rzeczy dążenie do głębszej duchowości poprzez kwestionowanie wymiaru materialnego jest inną stroną i pewnego rodzaju odwrotnością błędu, któremu chce ono przeciwdziałać – tzn. błędu sprowadzenia religijności jedynie do zewnętrznej sfery materialnej i rytualnej. Rytualizm jest przecież skutkiem rozbicia metafizycznego, według którego ryt nie odnosi nas do rzeczywistości duchowej (która
obiektywnie pod jego powierzchnią się znajduje) i wystarcza sam sobie. Spirytualizm natomiast jest w takim kontekście lekarstwem gorszym od samej choroby, gdyż nie dostrzega on przyczyny, którą jest rozbicie metafizyczne, lecz jeszcze bardziej ją aprobując, odrzuca konieczny element umożliwiający dotarcie do obiektywnej rzeczywistości duchowej. Skutkiem porzucenia obiektywnej rzeczywistości materialnej i zewnętrznej, która ma być jakby oknem otwierającym na równie obiektywny świat ducha, z konieczności dochodzi do pomylenia duchowości z subiektywizmem i sentymentalizmem.

Dochodzi więc tutaj do fatalnego odwrócenia naszego postrzegania rzeczywistości. Coraz bardziej izolujemy się od tego, co zewnętrzne i realne, uznając, że jedynym prawdziwym światem jest świat naszych wewnętrznych poruszeń. Duchowość staje się zatem w istocie coraz bardziej zamknięta, wręcz autystyczna. Nie jest nam już potrzebny prawdziwy Bóg. Jest nam potrzebna Jego projekcja w naszym wnętrzu. Nie jest potrzebna prawdziwa relacja z Nim. Jest potrzebne zaspokojenie tylko naszych pragnień i aspiracji. A wszystko przez to, że pewność i prawda już nie leżą poza nami, ale są tworami naszych serc.

Z drugiej strony to rozbicie metafizyczne dotyka także zwolenników tradycyjnej liturgii. Wielu jej zwolenników, niestety, jest zakochanych w niej ze względu na walor estetyczny. Wybierają tę liturgię nie ze względu na bogactwo znaków, za którymi skrywa się realne uobecnienie Misterium, rzeczywistości niedostępnej w żaden inny sposób, ale ze względu na inną wrażliwość estetyczną. Dostojeństwo i czcigodność tradycyjnej liturgii są oczywiście pięknymi jej aspektami. Jeśli jednak wybieramy te dostojne znaki tylko ze względu na nasze doznania, nie różnimy się w istocie od tych, którzy wybierają śpiewy przy gitarze oraz zapalonych świecach. Różnica jest tylko w poziomie wrażliwości estetycznej.

Rozbicie metafizyczne zatem sprawia, że przestajemy być zdolni do przenikania zasłony znaków. Zatrzymujemy się na ich powierzchni. Tracimy zdolność kontemplacji prowadzącej nas w głąb, bo jedyne, co potrafimy, to dotykać powierzchni rzeczy.

Pochodnym skutkiem takiego stanu jest odwrócenie perspektywy poznawczej. Liturgia zatraca możliwość formowania nas. Tradycyjnie chrześcijanin miał przeżywać liturgię, która jest inna od zwyczajnych okoliczności życia. Bardzo często nie współgra ona z naszą wrażliwością, gdyż jej wielkość jest nieporównywalna w stosunku do naszych ciasnych serc. Tradycyjnie zatem należało na liturgii starać się, żeby nasze serce dostroiło się do tego, co nam podaje obiektywna i nieskalana rzeczywistość liturgii. W ten sposób nasze serca dostosowywały się i formowały względem aktu, który jest aktem właściwym samego Chrystusa. To przecież nasze serca mają się upodobnić do Jego serca. Obecnie w poszukiwaniu „autentycznej” liturgii (czyt. autentycznego przeżycia), wysiłek nie jest skierowany na dostrojenie i przemianę serca, ale na dostrojenie i przemianę liturgii, tak żeby odpowiadała naszej wrażliwości. Powstaje tylko pytanie, czy taka liturgia może jeszcze nas formować? Na pewno może na nas oddziaływać, ale czy zdoła nas formować? Przecież to my przeformułowaliśmy ją na naszą modłę. Można powiedzieć, że święte znaki zostały sprowadzone do wrażliwości stworzenia, i to obarczonego grzechem. Ale czy taka liturgia, z tak przekształconą formą, odpowiada jeszcze jej wewnętrznej istocie?

Mówiąc bardziej obrazowo: zabiegamy o to, żeby liturgia była dla nas sugestywna, żebyśmy ją czuli, żeby była pełna wrażeń. Czasami takie działanie prowadzi do jej jawnej profanacji. Czym bowiem jest wprowadzenie jakichś dziwnych tańców, które mają poruszać naszą wrażliwość, ale nijak się mają do samej treści liturgii? Czym jest sprawowanie Ofiary w taki sposób, żeby wszyscy byli zadowoleni? Czym jest oczekiwanie, że ksiądz podczas Mszy będzie fajny, uśmiechnięty i życzliwy? Oczywiście te wszystkie zabiegi i poszukiwania są usprawiedliwiane troską duszpasterską. Mają rzekomo zachęcić wiernych do uczestnictwa we Mszy świętej. Ale czy tak „zmodyfikowana” Msza naprawdę jest w stanie nam powiedzieć cokolwiek o prawdzie tego, co się podczas niej dokonuje? Czy przeciętny chrześcijanin uczestniczący w liturgii, mając do dyspozycji naprawdę jej zdeformowane znaki, ma szansę uświadomić sobie, że właśnie dokonuje się Ofiara Pańska, że oto teraz Chrystus przelewa za nas swoją drogocenną krew? Przecież jeśli naprawdę uczestniczymy w tak doniosłym wydarzeniu męki naszego Pana, to po co uśmiech celebransa? Po co jego filuterne gesty? Po co wtrącenia mające zbudować nasze dobre samopoczucie? Liturgia kreowana przez nasze upodobania, niestety, odcina nas od prawdy Boga i zakłamuje Jego misterium.

Brak dostrzeżenia istoty misterium liturgicznego w dalszej konsekwencji prowadzi do znudzenia liturgią. Tradycyjnie rozumiana liturgia, zachowująca spójność formy z jej istotą, jest bardziej wymagająca, lecz jej znaki nie są jedynie zasłonami, ale właściwie symbolami, kanałami nie tylko rzeczywiście uobecniającymi misterium, ale też ukazują je nam i wprowadzają w samo jego wnętrze. To wnikanie coraz głębiej nigdy nie może się skończyć, bo samo misterium jest nieskończone. Jeżeli natomiast my sami kreujemy formę liturgii w taki sposób, żeby była dla nas poruszająca, to nieuchronnie natrafimy na mur naszej wrażliwości. Do wszystkiego jesteśmy w stanie się przyzwyczaić. Wszystko może nam spowszednieć. Obierając taki właśnie kierunek powiązania wrażliwości i rzeczywistości liturgicznej, jesteśmy wtedy skazani na coraz to nowsze modyfikacje, które będą zaskakiwały i na chwilę reanimowały nasze obumarłe serca.

Jest to najprostsza droga do wprowadzania coraz większego kiczu w obręb czcigodnej liturgii. Kicz ma bowiem to do siebie, że natychmiast porusza, ale równie szybko nasze uczucia wobec tego kiczu gasną. Trzeba więc szukać nowych form i nowych wrażeń. Sztuka, która zawsze była szczególnie szanowana w Kościele, nie działa automatycznie, wymaga czasu, wyciszenia i kontemplacji, natomiast kiedy zaczyna otwierać przed nami swoje bogactwa, to jej subtelne poruszenie już nie gaśnie.

Cały problem z metafizyką i naszą wrażliwością związany jest więc z różnymi wskazanymi wyżej przewrotami. Brak wrażliwości na metafizyczny porządek świata i powierzchowność naszego oglądu rzeczywistości mocno wiążą się z niezrozumieniem tego, czym jest chrześcijańskie doświadczenie wiary. Dzisiaj jesteśmy przekonani, że doświadczenie wiary to doświadczenie emocji, rozpalonego serca. Jeśli „poczuliśmy” to, w czym uczestniczymy, to sądzimy, że dotknął nas Pan. Jest to oczywiście zupełnie nietradycyjne rozumienie doświadczenia religijnego. Wielcy mistycy Kościoła wręcz domagają się wygaszenia uczuć, jeśli chcemy doświadczyć rzeczywistości duchowej. Mówi o tym dosadnie największy mistyk Kościoła, św. Jan od Krzyża. Mówi o tym także cała tradycja monastyczna i pustelnicza. Można więc z ironią powiedzieć, że przez niemal dwadzieścia wieków Bóg przemawiał do człowieka w ciszy. Ostatnio jednak zaczął przemawiać poprzez hałas. Nieco więcej o różnicy między doświadczeniem emocjonalnym i duchowym zostanie powiedziane w ostatnim rozdziale książki.

Powierzchowne podejście do aktów religijnych owocuje powierzchowną wiarą. Jest to zresztą jeszcze jeden symptom rozbicia metafizycznego. To rozbicie bowiem nie dotyczy jedynie świata zewnętrznego, ale dotyczy nas. Dzisiaj chrześcijanin dopóki „czuje”, dopóty mniema, że jego wiara jest żywa i autentyczna. I nic mu nie przeszkadza, że nie przekłada się ona ani na moralność, ani nie wpływa na życie w taki sposób, by emanowało ono i budowało wokół siebie przestrzeń kultury chrześcijańskiej. Często na przykład osoby przywiązane do tradycyjnych form pobożności są postrzegane przez innych, pełnych zapału, jako ci, którzy jeszcze naprawdę nie poznali, czym jest żywa wiara. Bo przecież czy może żywa wiara kryć się za konsekwentnie powtarzanymi tymi samymi formułkami, z których trudno wydobyć jakikolwiek żar bez dodania jakichś „efektów specjalnych”? Wiarę takich ludzi należałoby najpewniej ożywić. Faktycznie jednak sama konsekwencja w praktykach religijnych świadczy o wierze i jest dowodem przywiązania do Kościoła, który te praktyki dał wiernym. Jeśli wiara jest konsekwentna, to nie zdmuchnie jej byle powiew uwodzicielskich nowinek. Wiara jest tym, co trwa pomimo ciemności i braku słodyczy uczuć. Natomiast często ci, których paliwem są emocje, chwieją się przy najdrobniejszym przygaszeniu ich „wewnętrznego ognia”. Nie oznacza to, że każdy, który duży nacisk kładzie na emocjonalność swojej wiary, nie okaże się stały w czasie próby. Oby jak najczęściej takim się okazał. Jeśli jednak ktoś trwa przez lata także w czasie próby, to nie dzięki temu, że czuje, ale dzięki temu, że wierzy. A to w żadnym wypadku nie oznacza tego samego.

Innym tragicznym symptomem metafizycznego rozdarcia jest to, że częstokroć owo emocjonalne rozgorączkowanie w ogóle nie przekłada się na budowanie kultury chrześcijańskiej. Często osoby pielęgnujące w sobie słodkie uczucia są całkowicie obojętne na kształt świata, w którym żyją, uparcie twierdząc, że cała prawda rozgrywa się na arenie serca, że chrześcijaństwo to religia wnętrza, więc nie możemy być „wojownikami kulturowymi”, ale mamy pielęgnować więź naszych serc z Sercem Bożym. I oczywiście jest to prawdą, ale czy ta więź może być prawdziwa, jeśli nie przekształca całego naszego życia? Czy można powiedzieć, że jest się miłośnikiem porządku, nie odczuwając jednocześnie potrzeby sprzątania? Dlaczego w końcu wiara naszych ojców, chociaż nie zawsze była rozpłomieniona, to jednak była konsekwentna i wydała owoce kultury chrześcijańskiej, w której każdy jej aspekt był podyktowany Ewangelią? Dzisiaj natomiast wiele osób wierzących bez zakłopotania potrafi twierdzić, że wiara jest kwestią prywatną, a idąc do pracy, potrafią swoje „poglądy” religijne pozostawić za drzwiami. Wielu też wręcz walczy o to, żeby niektóre płaszczyzny życia, jak na przykład polityka, pozostały całkowicie wolne od wpływu religii. Czy taką wiarę można nazwać autentyczną? Czy nasz świat naprawdę jest podzielony na zupełnie wyizolowane płaszczyzny? Czy życie na różnych oddzielonych płaszczyznach, z których jedne mogą być dotknięte duchem ewangelicznym, a inne nie, nie świadczy o pewnej metafizycznej i duchowej schizofrenii?

Jeszcze innym symptomem rozbicia metafizycznego jest sprowadzenie kwestii religii zaledwie do doczesności. Z jednej strony nadal wierzymy w naprawdę istniejącego Boga, transcendentnego Stwórcę i Zbawiciela. Wierzymy, że pomimo tego, iż zamieszkuje On odległe niebiosa, to jednak może być tak bliski, żeby dotykać i przemieniać nasze serca. Jednak coraz częściej sprowadzamy wiarę do doczesności. Dobra nowina o zbawieniu staje się miłą nowiną o beztroskim życiu. „Tylko uwierz, a Pan cię uzdrowi”, naprawi twoje życie, wszystko poukłada. Nie ma tutaj mowy o takiej przemianie serca, która sprawiłaby, że będziemy mogli podjąć krzyż i oddać własne życie. Jest raczej mowa o bezwarunkowym odrzuceniu krzyża. Jeśli naprawdę uwierzysz, to bezapelacyjnie dokona się cud uzdrowienia. Cierpienie przecież jest niechciane i generalnie nieistotne. Przemiana ewangeliczna ma być tylko powierzchowna, a jeśli ma dotykać serca, to tylko na powierzchni – w sferze uczuć. Jest to oczywiście coraz częstsza tendencja i niestety całkowicie heretycka. Zakłamuje ona samo centrum prawdy Ewangelii.

Rozbicie metafizyczne na pierwszy rzut oka wydaje się zatem owocować autentyzmem wiary, poszukiwaniem czegoś więcej niż rytuał, pragnieniem prawdziwego przeżycia wiary. Faktycznie jednak skutkuje jej prowizorycznością. Zakłamuje prawdę naszego doświadczenia. Karmi nas fałszem, że liturgia to tylko pusty rytuał, natomiast ulotne i złudne uczucia podnosi do rangi świadków prawdy. Tym samym odcina nas od Boga i kieruje ku Jego iluzji i złudzeniu. Uczy nas, że to złudzenie wystarczy – wszak wiara to nie kontakt z obiektywną, nieznaną rzeczywistością, ale to bliżej nieokreślona siła, która ma dać ci zapał do życia tu i teraz. Odcina nas również od rzeczywistości zewnętrznej, od świata. Żyjemy w świecie, ale tracimy z nim kontakt. Nasza chrześcijańska tożsamość niekoniecznie musi oddziaływać na świat – ważne, że ma się Boga w sercu. Duchowość w świecie metafizycznie rozbitym to zatem duchowość iluzji człowieka coraz bardziej zamkniętego w sobie.

O. Jan Strumiłowski OCist

Fragment książki ojca Jana Strumiłowskiego „Bóg czy człowiek” publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sióstr Loretanek.

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(5)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie