Dopuszczeni do wykonywania zawodu lekarza obcokrajowcy nie znali języka polskiego, a bywało, że ich kwalifikacje nie były weryfikowane. Od 1 maja 2026 roku ma się to zmienić. Czy to znaczy, że pacjenci teraz już znajdą się pod fachową opieką?
Odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna, bowiem osoby pracujące w Polsce jako lekarze, muszą wykazać się znajomością języka polskiego zaledwie na poziomie B1. W przeciwnym razie grozi im utrata prawa wykonywania zawodu. Sprawę szeroko opisuje gazetaprawna.pl. Naczelna Izba Lekarska uznaje jednak, że B1 to zbyt niski poziom i wskazuje, że normą w zawodzie powinna być znajomość języka na poziomie C1.
Pozostaje jednak pytanie o to jak to możliwe, że przez długi czas do pacjentów dopuszczane były osoby bez znajomości języka polskiego, a co gorsze, także takie, których dyplomy – delikatnie mówiąc – budzą wątpliwości. W Polsce bowiem można było praktykować bez weryfikacji kwalifikacji!
Wesprzyj nas już teraz!
„Winna” jest tzw. procedura uproszczona. Została ona dopuszczona do stosowania w wyjątkowych sytuacjach. A za takie uznano tzw. pandemię, następnie kryzys związany z wojną na Ukrainie i problem z falą uchodźców. Wprawdzie łatwą ścieżkę dostępu do zawodu z czasem stopniowo wygaszano (2024), ale obowiązek „turystycznej” znajomości języka polskiego dopiero zacznie obowiązywać w maju 2026 roku.
Z danych przywoływanych przez NIL wynika, że z ok. 7 tys. lekarzy dopuszczonych do pracy w specjalnym trybie, izby odmówiły ok. 10-15 proc. osobom właśnie ze względu na niedostateczną znajomość języka.
A co z kwalifikacjami? Portal gazetaprawna.pl wskazuje, że znane są przypadki, gdy „lekarze” przedstawiali sfałszowane dokumenty. W jednym z takich przypadków samorząd lekarski miał zwrócić się do resortu zdrowia z prośbą o weryfikację, ale ministerstwo odpowiedziało, że tym się nie zajmuje. W przypadku jednego z ukraińskich „lekarzy” ostrzeżenia nadeszły zza wschodniej granicy. I to ukraińscy medycy mieli ostrzegać, że osoba podająca się w Polsce za lekarza faktycznie nim nie jest.
Zwykła ścieżka potwierdzenia kwalifikacji, to gęste „sito”, dające gwarancje, że medyk zna się na swoim fachu w stopniu porównywalnym z jakością kształcenia lekarzy w krajach europejskich, a nadto jest w stanie skutecznie komunikować się z pacjentem. Tyle tylko, że zdawalność jest tu na poziomie ledwo dobijającym poziomu 10 proc. Ale – jak pokazała praktyka – sito można było skutecznie ominąć. I tu wracamy do głównego winnego: „uproszczonej procedury”.
Tyle tylko, że skutki takiego działania państwa to konkretne, dramatyczne historie pacjentów, którzy nieświadomi sytuacji ryzykowali swoim zdrowiem i życiem. A właściwie to ktoś dopuszczał do nich to ryzyko. I znane są tu śmiertelne przypadki. Tego rodzaju sprawy oparły się o sądy. Kto jest winien? Jak zwykle w takich sytuacjach – tajemniczy system, patowa sytuacja… Jak słyszymy, większe wymagania, to placówki bez personelu. Pozostaje pytanie – jakie bezpieczeństwo pacjentom zapewniają niewykwalifikowane kadry? Tu trzeba pamiętać, że za winy „systemu” najwyższą cenę płacą pacjenci.
Źródło: gazetaprawna.pl
MA