20 maja 2021

Były szef izraelskiej dyplomacji: „era chwalebnych wojen i zwycięstw Izraela dobiegła końca”

(pixabay.com:PublicDomainPictures)

Były izraelski minister bezpieczeństwa wewnętrznego oraz spraw zagranicznych, związany z lewicową koalicją Szelomo Ben Ammi uważa, że obecny konflikt izraelsko-palestyński pokazuje, iż skończył się dominujący wśród Izraelczyków konsensus, jakoby zakończyła się era palestyńskiego nacjonalizmu. Dodaje, że „dobiegła końca” także „era chwalebnych wojen i zwycięstw”.

Izraelski polityk pełniący obecnie funkcję wiceprezesa Międzynarodowego Centrum Pokoju w Toledo uważa, że „nagły wybuch wojny” poza granicami Izraela a także wewnątrz kraju „zszokował zadowolony naród”.

Problem palestyński niejako zniknął z pola widzenia obywateli w ciągu 12-letnich rządów Binjamina Netanjahu, a zawarte jesienią ubiegłego roku Porozumienia Abrahamowe ustanawiające stosunki dyplomatyczne z czterema państwami arabskimi wydawały się jeszcze bardziej osłabiać „sprawę palestyńską”. Ale to się zemściło.

Były szef izraelskiej dyplomacji przypomina, że wojny co prawda mogą wywołać jakieś incydenty, ale to, że do nich dochodzi, zawsze ma głębszą przyczynę. W przypadku obecnego konfliktu, katalizatorem walk była eksmisja Palestyńczyków na rzecz izraelskich nacjonalistów z dzielnicy Asz-Szajch Dżarrah we Wschodniej Jerozolimie.

Dotknęła ona jednak niezwykle wrażliwej kwestii „okupacji Wschodniej Jerozolimy, upokarzającej kontroli dostępu do meczetu Al-Aksa, wszechobecnej pamięci o Nakbie z 1948 roku (wysiedlenie 700 tys. Palestyńczyków, gdy utworzono państwo Izrael) oraz żale mniejszości arabskiej w Izraelu”.

Polityk sugeruje, że nawet jeśli jest prawdą, że rzeczona nieruchomość w Asz-Szajch Dżarrah rzeczywiście należała przed 1948 roku do rodziny żydowskiej, to jednak ten incydent jest postrzegany przez Palestyńczyków jako „część nieustannego dążenia Izraela do judaizacji Jerozolimy i uderzającej niesprawiedliwości, ponieważ państwo Izrael częściowo powstało na opuszczonych posiadłościach uchodźców palestyńskich”. Co więcej, o ile Żydzi są uprawnieni do odzyskania własności, którą posiadali przed powstaniem państwa Izrael, takiej możliwości nie mają Palestyńczycy. Niegdyś wyeksmitowani Palestyńczycy nie mogą ubiegać się o odzyskanie swoich nieruchomości w Jaffie czy Hajfie.

Polityk postrzega ostatnią erupcję przemocy w nieco innym świetle niż poprzednie pozornie etniczne eskalacje, gdy muzułmanie obchodzący Ramadan wykrzykiwali nacjonalistyczne slogany i ścierali się z izraelskimi grupami prawicowymi skandującymi „Śmierć Arabom”, albo gdy Izraelczycy dumnie maszerowali ze swoją flagą narodową w Dzień Jerozolimy, upamiętniając zdobycie przez Izrael w 1967 roku Wschodniej Jerozolimy i Wzgórza Świątynnego, miejsca biblijnej Drugiej Świątyni oraz znajdowania się meczetu Al-Aksa.

Teraz sytuacja jest inna. Hamas umiejętnie zagospodarował nowe pokolenie młodych Arabów, by osłabić rządy Autonomii Palestyńskiej. Młodym Arabom udało się wymusić odroczenie wyroku izraelskiego Sądu Najwyższego w sprawie eksmisji w Asz-Szajch Dżarrah. Ponadto zmusili policję do zmiany trasy marszu z okazji Dnia Jerozolimy, z dala od Dzielnicy Muzułmańskiej na Starym Mieście.

Ponadto – wedle Ben Ammiego – grupy islamistyczne podburzyły młodych izraelskich Arabów i mieszane miasta żydowsko-arabskie, które miały być wzorami współistnienia, takie jak: Acre, Ramla, Jaffa i Lod, stały się „orgiami przemocy i wandalizmu”. Lod miało zostać praktycznie przejęte przez gangi młodych Arabów, a mieszkającym tam Żydom żywo przed oczami stanęły obrazy z najczarniejszych wspomnień z przeszłości.

„Jerozolima wyłoniła się jako tygiel konfliktu. To dało Hamasowi wspaniałą okazję do potwierdzenia swojej dominacji nad izraelskimi kolaborantami z Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu i zmieść umierające przywództwo prezydenta AP Mahmouda Abbasa” – komentuje autor. Dodaje, że Abbas odwołał wybory parlamentarne obawiając się zwycięstwa Hamasu, który rządzi Gazą od 2006 roku i rozszerzenia przez organizację swojej władzy na Zachodni Brzeg. Oficjalnie przekonywał zaś, że jego decyzja to protest przeciwko odmowie Izraela dopuszczenia Palestyńczyków we Wschodniej Jerozolimie do udziału w wyborach.

Zdaniem byłego ministra spraw zagranicznych Izraela, obecność Autonomii Palestyńskiej we Wschodniej Jerozolimie jest nikła i tę próżnię wypełniło właśnie „młode pokolenie Palestyńczyków, które zamieniło Wzgórze Świątynne (Al-Haram asz-Szarif) w symbol oporu wobec izraelskiej okupacji”.

Teraz Hamas ma w ręku praktycznie wszystkie potrzebne rzeczy do zdobycia prymatu w palestyńskim ruchu narodowym. Pozycjonuje się jako obrońca Jerozolimy i meczetu Al-Aksa, jako symbol narodowej i religijnej walki Palestyńczyków przeciwko izraelsko-żydowskiemu okupantowi, a także jako głos mniejszości arabskiej we właściwym Izraelu.

Wedle polityka Hamas zburzył samozadowolenie Izraelczyków i zaskoczył rząd, przeprowadzając bezprecedensowy zmasowany atak rakietowy na izraelskie miasta, zmuszając połowę ludności kraju do szukania schronienia w specjalnych bunkrach.

Do Izraelczyków dotarło także to, że mogą nie wytrzymać naporu połączonych sił Hamasu z Hezbollahem, wspieranym przez Iran po drugiej stronie północnej granicy – w południowym Libanie. Hezbollah dysponuje znacznie większym i bardziej śmiercionośnym arsenałem pocisków niż Hamas – około 150 tys. rakiet.

Chociaż izraelskie naloty na Gazę były niszczycielskie, powodując spore straty wśród dowódców wojskowych Hamasu, to jednak Palestyńczycy przyzwyczaili się do prowadzenia asymetrycznej wojny. Ponad dwa miliony cywilów palestyńskich skupionych na jednym z najgęściej zaludnionych obszarów świata ma „praktyczną odporność na klęskę”.

Były minister dodaje, że w obecnej sytuacji Egipt i Katar mogą podjąć próby mediacji, a po zakończeniu walk na gruzach Gazy Hamas ogłosi zwycięstwo. Osiągnie tym samym swoje główne cele: całkowitą dyskredytację AP i zyska prestiż jako ostateczny obrońca świętych dla islamu świątyń w Jerozolimie.

„Paradoksalnie, Netanjahu nie jest zainteresowany zniszczeniem Hamasu. Wręcz przeciwnie: zawarł z nim niepisany układ przeciwko Autonomii Abbasa” – sugeruje autor dodając, że obecny premier Izraela konsekwentnie osłabia i upokarza Abbasa.

Islamskie państwo Hamasu w Gazie stanowi bowiem dla Netanjahu „idealny pretekst do odrzucenia negocjacji pokojowych i rozwiązania dwupaństwowego”. Netanjahu miał nawet pozwolić Katarczykom na utrzymanie Gazy, płacąc pensje funkcjonariuszom Hamasu.

„Izrael z pewnością nie może ogłosić zwycięstwa. Kruche współistnienie Żydów i Arabów w jego granicach zostało wstrząśnięte. Dominujący konsensus wśród Izraelczyków, że nacjonalizm palestyński został pokonany – a tym samym, że polityczne rozwiązanie konfliktu nie jest już konieczne – leży w strzępach. Nawet w miarę nasilania się przemocy dla obu stron stało się jasne, że era chwalebnych wojen i zwycięstw dobiegła końca” – konkluduje Szelomo Ben Ammi.

Pomimo wielu prób mediacji podjętych na szczeblu regionalnym i międzynarodowym, zacięte walki wciąż się utrzymują. Izraelskie wojsko bombarduje Strefę Gazy, a Palestyńczycy prowadzą transgraniczny ostrzał rakietowy.

Francja wraz z Egiptem i Jordanią zaproponowała przyjęcie przez Radę Bezpieczeństwa ONZ rezolucji wzywającej do zaprzestania walk.

Trzy kraje zgodziły się co do trzech prostych elementów: ataki muszą się zakończyć, nadszedł czas na zawieszenie broni i Rada Bezpieczeństwa ONZ musi zająć się tą sprawą – mówił prezydent Emmanuel Macron, który we wtorek rozmawiał z prezydentem Egiptu Abdelem Fattahem el-Sissim i królem Jordanii Abdullahem II.

USA do tej pory blokowały w Radzie wydanie oświadczenia popierającego zawieszenie broni, sugerując, że nie dopomoże ono dyplomatycznym wysiłkom zmierzającym do zakończenia konfliktu.

„Ciche, intensywne dyskusje zakulisowe” są „taktycznym podejściem w tym momencie” – przekonywała rzecznik Białego Domu Jen Psaki.

W wysiłki mediacyjne zaangażowana jest ONZ, która planuje wysłać do Gazy dziesiątki ciężarówek z paliwem.

Sekretarz Generalny ONZ Antonio Guterres wezwał społeczność międzynarodową do sfinansowania programów humanitarnych ONZ w enklawie palestyńskiej.

Z kolei premier Izraela Binjamin Netanjahu we wtorkowym przekazie przekonywał, że Izrael zadał „nieoczekiwane ciosy” Hamasowi i cofnął grupę bojowników o „wiele lat wstecz”. Zaś  odpowiedź Izraela na ataki powinna być ostrzeżeniem dla wrogów Izraela.

Według Ministerstwa Zdrowia Gazy od czasu rozpoczęcia walk 10 maja izraelskie naloty spowodowały śmierć co najmniej 217 Palestyńczyków, w tym 63 dzieci. W wyniku ataków rakietowych zginęło co najmniej 12 Izraelczyków, w tym 6-letnie dziecko.

Hamas rozpoczął ostrzał rakietowy ponad tydzień temu „w odwecie za naruszanie praw Palestyńczyków przez Izrael w Jerozolimie”. Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu i mniejszość arabska licząca 21 proc. w Izraelu zorganizowali we wtorek strajk generalny w solidarności z bojownikami Hamasu.

 

Źródło: project-syndicate.org / voanews.com

AS

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(8)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie