4 września 2012

Lepiej już było – tymi słowami można określić stan polskiej gospodarki. Zaczynamy staczać się po równi pochyłej, choć rządowa orkiestra wciąż gra i udaje, że wszystko jest w najlepszym porządku. Być może nie uderzymy za chwilę w górę lodową nagłego załamania gospodarczego, niemniej jednak powodów do optymizmu na dłuższą metę mamy bardzo mało. Właściwie żadnych.

 

Począwszy od jesieni, możemy się spodziewać poważnego tąpnięcia. Ekonomiści ostrzegają, że dobiegający końca okres prac sezonowych poskutkuje wzrostem bezrobocia. Szacuje się, że z końcem roku nawet co siódmy dorosły Polak może nie mieć pracy. Skończyły się mistrzostwa Europy w piłce nożnej, ponadto Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w sposób znaczący zredukowała planowane inwestycje drogowe. Doprowadzi to do widocznego już gołym okiem obnażenia kryzysu trawiącego polską branżę budowlaną. Hubert Zduńczyk, przedstawiciel 127 poszkodowanych firm – podwykonawców Stadionu Narodowego – w czerwcowej rozmowie z radiową Jedynką nie zawahał się stwierdzić, że „budowlanka idzie na dno”. Rośnie też liczba bankructw wśród firm budowlanych. Przez siedem pierwszych miesięcy bieżącego roku upadło aż 157 przedsiębiorstw, w wielu redukuje się wynagrodzenia.

 

Niektóre firmy budowlane są poniekąd same sobie winne, ponieważ brały udział w przetargach o zaniżonych kosztorysach, bez zastanowienia, że te koszty mogą wzrosnąć, na przykład przez podniesienie stóp procentowych, co się przekłada na mniejszą dostępność kredytu. Największym jednak winowajcą jest państwo, które zdecydowanie nie ułatwia życia polskiemu przedsiębiorcy. Nowa ustawa o „swobodzie” działalności gospodarczej z 2009 r. miała m.in. ograniczyć niekończące się kontrole w firmach. Rezultat jest odwrotny: urzędów uprawnionych do przeprowadzenia kontroli jest ponad 40, każdy ma do wykorzystania własny limit dni na kontrole. Nękania urzędnicze mogą w efekcie trwać na okrągło – przez 365 dni w roku.

 

Tzw. ustawa Wilczka o działalności gospodarczej z grudnia 1988 roku wprowadzała tylko 11 koncesji na prowadzenie działalności gospodarczej. Owszem, była narzędziem uwłaszczania się na majątku narodowym komunistycznej nomenklatury (nierzadko z bezpieczniackim rodowodem), jednak uwolniła potężny żywioł prywatnej przedsiębiorczości, dając zatrudnienie milionom Polaków. Niestety, nie minęło wiele czasu i dziś koncesji oraz zezwoleń jest bez mała kilkaset.

 

Rząd ogłosił w lipcu bieżącego roku, że aby zrealizować założenia finansowe służby zdrowia, konieczne jest podniesienie stawki zdrowotnej z 9,5 do 13 proc. Tylko od początku tego roku doszło już do szeregu podwyżek różnych składek, które za pracownika opłaca pracodawca. Koszty pracy wzrosną zatem jeszcze bardziej, co oczywiście odbije się ujemnie na poziomie płac. Oto jedna z głównych przyczyn bezrobocia i „uciekania” przez przedsiębiorców w tzw. umowy „śmieciowe”. Gdyby nie one, moglibyśmy jedynie pomarzyć o takim poziomie bezrobocia, jaki istnieje teraz. „Oskładkowanie” umów „śmieciowych” zadałoby ostateczny cios polskiej gospodarce, której trzecia część (według oficjalnych szacunków) funkcjonuje w szarej strefie, ukrywając swe dochody przed pazernym fiskusem.

 

Znany ekonomista i prawnik Robert Gwiazdowski podsumował niedawno, że po raz pierwszy od 12 lat stopa dobrowolnych oszczędności spadła poniżej zera. Innymi słowy, nie mamy z czego oszczędzać. Wielu klasyków ekonomii dowodziło, że stopień oszczędności wpływa pozytywnie na poziom inwestycji. Nie od dziś wiadomo zaś, że to sektor prywatny napędza gospodarkę, a nie rząd ze swymi wydatkami „stymulacyjnymi”. Skutek jest taki, że Polacy po prostu ubożeją – coraz częściej odwiedzają lombardy, biorą przejadane pożyczki konsumpcyjne, kupują w tańszych sklepach dyskontowych, handlują używaną odzieżą, szczególnie w internecie. Główny Urząd Statystyczny podał, że po raz pierwszy od sześciu lat wzrosła w Polsce liczba osób żyjących poniżej minimum egzystencji.

 

Ponadto, wszystko wskazuje na to, że zdecydowanie dominującą przeszkodą, jakiej polska gospodarka nie będzie w stanie przeskoczyć, są emerytury. Kryzys demograficzny – który zdaniem ekonomisty Krzysztofa Rybińskiego ujawni się w pełnym rozkwicie już za około osiem lat – doprowadzi do sytuacji, że ZUS-owi po prostu zabraknie pieniędzy na wypłaty świadczeń. Alternatywą będzie zwiększony dodruk pieniędzy, ale to przecież gaszenie pożaru benzyną. Nie mówi się o tym, że gdyby nie 68,3 miliarda złotych, które zostały już przesunięte do ZUS-u z budżetu, z podatków innych niż składki emerytalne, wysokość średniej emerytury wynosiłaby obecnie nie 1800 złotych, a 550 złotych!

 

ZUS zapowiedział wypłatę świadczeń na poziomie dwóch bilionów złotych. Instytut Globalizacji w opracowanym przez siebie raporcie „Cena państwa 2012” wskazuje, iż obecnie bardzo trudno oszacować prawdopodobieństwo wypłaty tych świadczeń w przyszłości. Instytut ocenił ponadto, że poziom podatków w roku bieżącym o 10 procent przewyższa ubiegłoroczny. Takie są i będą koszty ponad dwudziestoletnich zaniechań radykalnej zmiany systemu emerytalnego oraz liberalizacji gospodarki. Był na takie zmiany dobry czas i przyzwolenie społeczne na początku lat dziewięćdziesiątych. Teraz jest już za późno.

Tomasz Tokarski

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie