28 marca 2015
Autor

Redaktor PCH24.pl

Cierpienie za miliony… dolarów

(By Maung Maung San (Own work) [CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons)

Informacje z Birmy albo są pełne euforii, albo nie pojawiają się wcale. Zachwyt mainstreamu dotyczy rzekomych zmian na lepsze (nazywa się to „demokratyzacją” po birmańsku), a milczenie jest kontrolowane, ponieważ reżim aktywnie pilnuje przepływu wiadomości z mrocznego więzienia, w które zamienił cały kraj.


O wojnie domowej nie usłyszymy, o eksterminacji chrześcijan tym bardziej, o fanatycznym obliczu, jakie przyjmuje tu „religia pokoju” – buddyzm, również. To zrozumiałe, przecież w dobie fascynacji Dalekim Wschodem i praktykami New Age na Starym Kontynencie o orientalnych religiach można mówić tylko z pełną fascynacją. A jednak czasem przez filtry i blokady informacyjne przedzierają się meldunki o aktualnej sytuacji chrześcijan z Birmy. Najczęściej tragiczne.

 

Organizacja Głos Prześladowanych Chrześcijan podała wiadomość, że kilka tygodni temu dwie młode kobiety zostały napadnięte i zabite z powodu swojej chrześcijańskiej działalności w wiosce buddyjskiej. Pracowały jako nauczycielki w jednej z wiosek stanu Kaczin, nie pobierając za to wynagrodzenia. Miejscowi urzędnicy nakazali im opuścić region, ponieważ nie chcieli na swoim terenie chrześcijan. Kobiety wyruszyły w drogę i niedługo potem zostały zgwałcone i zabite, a domniemanymi sprawcami byli żołnierze. Także i w tym przypadku dane są bardzo ogólne. Dyktatura chroni swoich krwawych tajemnic, dlatego spróbuję w tym artykule rzucić nieco światła na jej prawdziwe oblicze.

 

Na samym wstępie wyjaśnię, dlaczego będę używać nazwy Birma, a nie Mjanma. Dyktatura wojskowych, którzy dla swojej uciechy oraz dobrego samopoczucia ignorantów z Zachodu zrzucili mundury i zaczęli uprawiać „demokrację”, w 1989 roku wprowadziła tę nazwę dla konkretnego celu czy też cynicznego projektu ideologiczno-politycznego, dodam od razu, nazwę, która jest potwarzą dla obywateli dzisiejszego Myanmaru. Junta wojskowa rządząca nieprzerwanie od lat 60. zmieniła nazwę państwa rzekomo po to, by podkreślać swoją antykolonialną postawę i łączyć wszystkie ludy kraju, ale w praktyce ukazała swoje główne założenia polityczne i ideologiczne. Chce pod płaszczykiem prób wzmacniania czynnika wielokulturowości uczynić z kraju byt jednej nacji (Bamarowie), jednej religii (buddyzmu), jednej kultury (birmańskiej). Przy tej okazji reżim socjalistyczny generalicji, kolejny nowotwór Azji Południowo-Wschodniej (obok komunistycznych reżimów totalitarnych jak Laos czy Wietnam), każdego dnia eksterminuje chrześcijan i inne mniejszości. Prowadzi z nimi wojnę totalną na wielu frontach. To tym bardziej porażające, że Birma jest rzeczywiście mozaiką różnych grup etnicznych i wyznaniowych. Oficjalne dane wskazują na 135 różnych narodów i grup etnicznych. Jeżeli coś może powstrzymać morderców w ich programie anihilacji chrześcijan to jedynie zagrożenie wyrzuceniem z klubu, czyli ze Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN), ale dziś „demokratyczne” warunki zostały przez oficerów spełnione. Ich listkiem figowym jest słynna socjaldemokratka-noblistka, która legitymizuje swoim nazwiskiem poczynania junty, o czym jeszcze napiszę pod koniec artykułu.

 

Pozory są więc zachowywane na tyle, żebyśmy nie mogli w głównych mediach usłyszeć o zabijaniu walecznych katolików z ludów Kaczinów, Karenów, Czinów, o gwałtach dokonywanych na chrześcijankach, o wykorzystywaniu dzieci jako taniej siły roboczej, dźwigających ciężki sprzęt bojowy armii lub rozbrajających pola minowe, o seksualnym niewolnictwie i handlu dziewczynkami, o wysiedlaniu cywilów przez armię, o egzekucjach na dziennikarzach i o wielu innych potwornościach wojny domowej, jaka ciągle w Birmie trwa. A dlaczego o tym nie usłyszymy? Ponieważ los ten dotyka przede wszystkim chrześcijan. Słowo na „ch” bardzo trudno wymówić dziennikarzom mediów socjalliberalnych.

 

„Demokracja birmańska” jest fikcją, żeby do całej tej gamy problemów dodać brak wolności mediów. Jak informuje Komitet Ochrony Dziennikarzy, niezależne media i pracownicy są poddani w Birmie licznym represjom: porywani, torturowani, zabijani, skazywani na długie dekady ciężkich obozów pracy. Cóż, od wielu dekad nie wywołuje to jakoś poczucia solidarności u żurnalistów z Zachodu.

 

Buddyzm – religia pokoju?


Na łamach portalu PCH24.pl  pisałem o międzynarodowej współpracy pomiędzy fanatykami buddyjskimi ze Sri Lanki a birmańskim Ruchem 969. Birma to również kraj prześladowań, a chrześcijanie doświadczają przemocy z czterech stron naraz. Po pierwsze, ze strony reżimu, który niszczy godność i łamie ludzkie prawa doszczętnie, ale dla wyznawców Chrystusa jest o tyle brutalniejszy, o ile ex definitione traktuje ich jako obcy element. Dyktatura nie dopuszcza ich do stanowisk w administracji państwowej, Kościołom i wspólnotom odmawia rejestracji, co czyni ich działalność nielegalną i naraża na represje. Kapłani nie mogą przyjeżdżać jako duszpasterze, ale jako turyści, nie można dystrybuować chrześcijańskich książek, poruszać się swobodnie po kraju. Junta nazywa chrześcijaństwo wprost „wirusem C”, który należy gwałtownie zwalczać. W okresie od 1 listopada 2013 do 21 października 2014 w parlamencie pojawiły się forsowane przez członków Ruchu 969 projekty prawa mającego na celu „ochronę religii i rasy”, oczywiście jedynej słusznej religii i jedynie „czystej” rasy.

 

Jak donosi organizacja Open Doors, parlament szykuje się do przeforsowania projektu ustawy zabraniającej konwersji (oczywiście z buddyzmu, ponieważ na buddyzm można, a nawet należy się konwertować), ograniczającej liczbę małżeństw międzyreligijnych oraz wprowadzającej kontrolę urodzeń. Projekt ten został przedłożony przez radykalny buddyjski Ruch 969 wiosną 2014 roku i został poparty ponad milionem podpisów zebranych w całym kraju oraz demonstracją tysięcy zwolenników w byłej stolicy Rangun.

 

Ministerstwo ds. Religii, rzekomo kontrolujące łamanie praw i wolności religijnej bardzo aktywnie promuje propagandę buddyjskiej sasany. Warto to wyartykułować wprost, to przejaw tendencji faszystowskich, dla których doskonała bazą stała się religia buddyjska. Ponieważ reżim faworyzuje buddyzm i chce uczynić z niego religię państwową, prowadzi tzw. szkoły Na Ta La (Narodowe Szkoły Rozwoju Młodzieży Terenów Granicznych), które są atrakcyjne dla mniejszości, bo nie obowiązuje w nich czesne. Placówki te są wykorzystywane do wpływania na młodych ludzi i wprowadzania ich w tajniki buddyzmu. Niektórzy uczniowie są zmuszani do noszenia tradycyjnych szat mnichów, a jeżeli odmówią zmiany wiary, spotyka ich za to ciągłe nękanie, a w ostateczności relegowanie.

 

To wiąże się natychmiast z drugim źródłem prześladowań. W Birmie działają fanatycy buddyjscy, i tu pierwsze skrzypce grają mnisi skorzy do agresywnego prozelityzmu, przeprowadzania pogromów, szantażu. Pastwiąc się na ubogich rodzinach chrześcijan, szczególnie z terenów wiejskich, próbują wymuszać na nich przymusową konwersję. Wybór jest jasny: albo zmiana religii na buddyzm, albo opuszczenie miejscowości. Trzecie źródło prześladowań to mniejszość muzułmańska, która choć sama jest dość mocno uciskana przez reżim buddyjskich faszystów, to fanatycy islamscy nie mają również litości, przede wszystkim dla konwertytów na chrześcijaństwo. Ten aspekt łączy się z czwartym źródłem prześladowań, w wymiarze zarówno islamskim, jak i buddyjskim. Rodzina i społeczność lokalna dla konwertytów nie przewidują pokojowej koegzystencji. Wydziedziczenia, wygnania, pobicia, areszty, okaleczenia, morderstwa (sądy honorowe) są cichą plagą na obrzeżach tego świata.

 

Wojna przeciwko chrześcijanom


Reżim rozgrywa te wszystkie faktory skutecznie, a na dodatek prowadzi fizyczną eksterminację „obcego elementu” zarażonego wirusem C. Wątek walki o godność oraz niepodległość separatystów z ludów Karenów i Kaczinów dopełnia obrazu nędzy i biedy marginalizowanych mniejszości religijnych i etnicznych. Wspomnę tylko, że niszczony regularnie lud Kaczinów to w 98 proc. chrześcijanie. Ich walki trwają od 2011 r., gdy doszło do zerwania zawieszenia broni zawartego w 1994 r. między toczącymi krwawą wojnę domową stronami. Płomienie wojny wybuchły na nowo, obejmując stany Kaczin oraz Szan. Według szacunkowych danych, w wyniku działań militarnych od tego czasu wysiedlono ponad 100 tysięcy ludzi.

Z kolei Karenowie, również w większości chrześcijanie, od 2008 r. są w defensywie. Zaledwie kilka tysięcy powstańców walczących o niepodległość (tak naprawdę o godność) występuje przeciwko wykorzystywaniu dzieci jako taniej siły roboczej dla armii. Siły Zbrojne Mjanmy (Tatmadaw) przeprowadzając ofensywę konsekwentnie wyniszczają wszystkich mieszkańców regionu, co sprawia, że kareńscy cywile uciekają do Tajlandii, która albo odsyła ich z powrotem na pewną śmierć, albo nie legalizuje ich pobytu, więc żyją w nędzy i poza prawem. W ciągu ostatnich 10 lat żołnierze reżimu spalili ponad 3 tysiące chrześcijańskich wiosek!

 

Nie miejmy żadnych złudzeń, że junta (dziś nominalnie demokracja) wyniszcza chrześcijan wyłącznie w imię prymitywnej ideologii religijnej. Większość istotnych dóbr i bogactw naturalnych, takich jak rudy metali czy drewno, występuje na terenach, na których większość stanowią chrześcijanie, jak np. w rejonie Szan, Czin i Kaczin. Reżim pragnie utrzymać jedność narodu dla pozoru, działania militarne mają po pierwsze zdławić wszelki opór, po drugie zatuszować niskie pobudki grabieżcze. Firmy eksplorujące wyniszczane tereny prowadzone są przede wszystkim przez wojskowych lub wysokiej rangi polityków. Ci zaś nie chcą się dzielić bogactwami z ludem, dla którego przekleństwem stało się miejsce zamieszkania. Ponadto w Mjanmie występuje drugi największy rejon produkcji opium w Azji (wraz z częściami Wietnamu, Laosu i Tajlandii). Jest on powszechnie nazywany „złotym trójkątem”, a Kościół swoją dezaprobatą, sprzeciwem wobec handlu narkotykami, nawoływaniem do pokoju i przebaczenia, zachętą do zrezygnowania z nienawiści jest dla junty problemem i w sposób naturalny będzie zawsze na celowniku.

 

Wielki Brat pomoże


Chiny, które były, są i będą źródłem największych nieszczęść w Azji (i nie tylko), paktują z birmańskimi przestępcami i zapewniają im byt? Po sankcjach nałożonych na Birmę przez Zachód Chińska Republika Ludowa posiada właściwie monopol na prowadzenie z nią interesów gospodarczych (90 proc. udziału w rynku). Rączka rączkę myje, a biznes Zachodu z reżimem birmańskim i tak kwitnie w najlepsze za sprawą wspomnianego chińskiego pośrednika, który, zdaniem zachodnich mędrców, jest dziś wiarygodnym partnerem biznesowym.

 

Zawiodły także nadzieje związane z laureatką Pokojowej Nagrody Nobla Aung Suu Kyi. Zainteresowana własną karierą polityczną (aspiruje do fotelu prezydenta, bo wybory tuż-tuż), zwolniona w listopadzie 2010 r. z domowego aresztu opozycjonistka nie spełniła oczekiwań. Zbiera poklask w krajach, które wizytuje, kolekcjonuje nagrody i hołdy, gdy tymczasem ludobójstwo mniejszości etnicznych i religijnych trwa w najlepsze, a jej towarzysze walki o wolność gniją w więzieniach lub obozach pracy.

 

Ona nie, bo jej wolność była warunkiem dalszego członkostwa Birmy w ASEAN. Z nieliczną grupką opozycyjnych polityków Kyi dostała się do parlamentu, a najgroźniejsi wrogowie reżimu pozostali w celach i katowniach. W moim przekonaniu, generalicja birmańska rozegrała Zachód perfekcyjnie. Warunki państw „cywilizowanych” zostały spełnione. Noblistka jest na wolności, zasiada w parlamencie z przedstawicielami swojej centrolewicowej partii Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), w Birmie nie ma już oficjalnie junty, a byli oprawcy z maskami niewiniątek mrugają rzewnie rzęsami i pytają, czy mogą jeszcze coś dobrego dla nas uczynić?

 

Zbliżają się wybory (październik/listopad 2015), które wyłonią także prezydenta kraju (wybieranego przez parlament). Prezydent Thein Sein ustąpi zapewne miejsce Kareno-żercy, generałowi Shwe Mann. Wybory będą „niewątpliwie” rzetelne, w pełni demokratyczne, wolne, dzięki czemu „Gazeta Wyborcza” znów będzie mogła zawyrokować: „Sukces opozycji w wyborach w Birmie!”.

 

Innymi słowy, opozycja spełni rolę pożytecznych idiotów (otrzyma ochłapy w postaci ok. 40 miejsc w obu Izbach), którzy są potrzebni innym mężom stanu (tym z Zachodu), aby poprawić wszystkim i tak już dobre samopoczucie. Dostęp do strumieni dolarów i dostatniego życia kosztem milionów żyjących w nędzy obywateli będzie generalicji oraz jej ludziom dalej przynosił profity. Zachód też cierpi za miliony, ale dolarów, unurzanych we krwi eksterminowanych chrześcijan.

 

Tomasz M. Korczyński



Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie