16 września 2015
Autor

Redaktor PCH24.pl

Cios w plecy – bunt mniejszości na Kresach

(Fot. Krzysztof Wojciewski/FORUM)

We wrześniu 1939 roku, kiedy państwo polskie chwiało się pod ciosami agresorów, na wschodnich rubieżach kraju zapłonęły nowe ognie. Oto ujawnił się wewnętrzny wróg.

 

Rebelia OUN

Pierwsi chwycili za broń aktywiści Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Mieli oni dobre relacje z niemieckimi służbami specjalnymi – wszak u boku Wehrmachtu maszerowały na Polskę dwa kurenie (bataliony) ounowskiego Legionu Ukraińskiego, utworzonego z rusińskich obywateli Niemiec, byłej Czechosłowacji i… Polski. „Legioniści” starali się nie wystawiać nosa na pierwszą linię frontu, za to namiętnie agitowali za III Rzeszą w zajętych przez Niemców miejscowościach Polski południowo-wschodniej.

 

Bardziej chętni do powąchania prochu byli bojówkarze OUN z oddziałów dywersyjnych działających na polskim zapleczu. W nocy z 12 na 13 września potężny, szacowany na 700 ludzi oddział rebeliantów uderzył na Stryj. Napastnicy chcieli wyzyskać fakt ewakuowania garnizonu z tego miasta, wszakże przeliczyli się srogo. Błyskawiczna akcja ze strony przebywającego w pobliżu batalionu 49. Pułku Piechoty uratowała miasto. Większość hajdamaków uciekła, 40 złapanych zakończyło żywot przed plutonem egzekucyjnym.

 

W wielu innych miejscowościach Małopolski Wschodniej i Wołynia również bywało gorąco. I tak we wsi Nadiatycze (woj. stanisławowskie) duża bojówka OUN musiała ustąpić pola przybyłej kompanii policji – w trakcie wymiany ognia padło 12 policjantów oraz 15 terrorystów. Pod Bolechowem (pow. Stryj) odparto atak na tabory wojskowe…

 

Mimo wszystko rozmiary antypolskiego „powstania” OUN nie spełniły oczekiwań jego autorów. W szeregi rebeliantów (wedle ich własnych danych) miało zgłosić się wszystkiego 7729 „striłców”, z których 160 padło w walce. Dla porównania ponad 100 000 obywateli narodowości ukraińskiej wypełniło swój obowiązek walcząc w szeregach Wojska Polskiego, a 7800 z nich oddało życie za Rzeczpospolitą.

 

Pierwsza rzeź wołyńsko-małopolska

Ponieważ otwarta walka z uzbrojonym przeciwnikiem wychodziła ounowcom nieszczególnie, rychło skierowali oni swą aktywność na napady na małe grupki żołnierzy, a przede wszystkim na mordowanie ludności cywilnej.

Owa taktyka objawiła się m.in. we wsi Sławentyn (pow. Podhajce), gdzie rezuni używając broni palnej, siekier, wideł i noży zmasakrowali 85 cywilów, nie szczędząc kobiet ani dzieci, wiele ofiar torturując z wyszukanym okrucieństwem. Zbrodnie przybrały największe rozmiary w powiatach brzeżańskim i podhajeckim (woj. tarnopolskie), łuckim i lubomelskim (woj. wołyńskie) oraz drohobyckim (woj. lwowskie). Dotychczasowe ustalenia dokumentują śmierć blisko 3300 Polaków zamordowanych przez bojówkarzy ukraińskich (zapewne ofiar było znacznie więcej). Dla terrorystów OUN stanowiło to solidną zaprawę przed masowym ludobójstwem, zrealizowanym w następnych latach.

 

Niemieccy mocodawcy wspierali ruchawkę OUN we własnym interesie. Przed 17 września, nie mając pewności, czy Stalin wywiąże się ze swych sojuszniczych zobowiązań, rozważali nawet możliwość powołania marionetkowego państwa ukraińskiego w Małopolsce Wschodniej, na wzór Słowacji. Jednak taki scenariusz stał się nieaktualny po włączeniu się Sowietów do antypolskiej agresji. Stalin jako koalicjant oferował bez porównania więcej niż banda bojówkarzy, którym najlepiej wychodziło terroryzowanie bezbronnych cywilów.

 

 Piąta kolumna Stalina

Po 17 września miał miejsce szereg wystąpień bojówek komunistycznych rekrutujących swych członków przede wszystkim spośród mniejszości narodowych – Żydów, Białorusinów i Ukraińców.

Dywersanci mordowali urzędników, oficerów wojska, policjantów i duchownych. Odnotowano wiele przypadków ostrzeliwania przemieszczających się kolumn wojskowych. Były i ambitniejsze akcje – bojówkarzom niekiedy udawało się zająć i utrzymać stacje kolejowe lub ważne mosty. Podjęto nawet próby opanowania miast.

 

W Grodnie rewolta miejscowych komunistów (głównie Żydów) została zdławiona przez żołnierzy, policjantów i cywilnych ochotników. W Skidlu, Jeziorach i Stepaniu tubylczy rewolucjoniści zrazu odnieśli sukces, opanowując te miejscowości i zaprowadzając w nich swe porządki. Szybko jednak nastąpiła kontrakcja polskich sił wojskowych, zakończona każdorazowo pogromem dywersantów.

 

Członkowie czerwonych bojówek dopuszczali się okrutnych zbrodni na jeńcach oraz osobach cywilnych uznanych za reakcjonistów. Po ustanowieniu sowieckiej władzy ze zdwojoną energią przyłączali się do antypolskich represji. Jak grzyby po deszczu wyrastały ochotnicze  „czerwone milicje”, „milicje ludowe”, „grupy samoobrony” i „gwardie robotnicze”, które nieraz potrafiły swym okrucieństwem przyćmić zbrodnie dokonywane przez regularne wojska okupanta. W Mokranach ukraińscy „opaskowcy” (zwani tak od czerwonych opasek noszonych na rękawach) rozstrzelali 18 marynarzy Flotylli Pińskiej, przekazanych im pod straż przez czerwonoarmistów. W zdobytym przez Sowietów Grodnie aktywiści żydowscy i białoruscy współdziałali z okupantem w aresztowaniach i brutalnych egzekucjach, podpalali domy, denuncjowali polskich sąsiadów. W osadach wojskowych w Budowli i Lerypolu z wyszukanym okrucieństwem zgładzono 22 osoby. W Brzostowicy Małej dokonano odrażającej masakry około 50 osób, którym najpierw wlewano do ust rozrobione z wodą wapno, a następnie pogrzebano je żywcem. W Bojarach ofiary ukamienowano. W Snitowie ukrzyżowano duchownego prawosławnego sprzyjającemu Polakom, zaś funkcjonariuszowi policji wypruto wnętrzności…

 

Bramy triumfalne

Kolaboracja z sowieckim najeźdźcą miała zaskakująco szeroki zasięg.

Z całą pewnością część oddziałów dywersyjnych działała w ścisłej łączności z sowieckimi służbami specjalnymi. Inne grupy powstawały samorzutnie, a deklarowana przez ich aktywistów miłość do „dyktatury proletariatu” jako ustroju sprawiedliwości społecznej szła w zawody z całkiem przyziemną chęcią grabieży. Nie sposób zaprzeczyć, że w zajścia włączył się z ochotą element przestępczy.

 

Tym niemniej byłoby błędem szukać winy jedynie wśród agentów sowieckich i kryminalistów. Wkraczające wojska czerwonego agresora były oklaskiwane przez tłumy Żydów, Białorusinów i Ukraińców, którzy z entuzjazmem świętowali upadek państwa polskiego. Sowietów witały bramy triumfalne, transparenty i kwiaty. Odnotowano przypadki dziękczynnego całowania pancerzy czołgów, a nawet butów (!) zdobywców przez ogarniętych ekstazą entuzjastów nowego porządku. Wśród witających byli nie tylko komuniści czy sympatycy komunizmu – również członkowie elit politycznych i finansowych, przedstawiciele samorządów lokalnych, działacze Bundu, organizacji związkowych i społecznych…

 

Na gruzach idei

W tych dniach legła w gruzach idea wielonarodowego państwa obywatelskiego – wspólnego domu dla przedstawicieli wszystkich nacji, kultur i religii.

Szukanie przyczyn tego faktu w rzekomym ucisku narodowościowym w okresie dwudziestolecia międzywojennego prowadzi donikąd. Jakiekolwiek błędy popełnione przez państwo polskie, jakiekolwiek zatargi etniczne w województwach wschodnich nie usprawiedliwiają tak wielkiej fali rzezi, pogromów, dewastacji i rabunków, tak masowo i ostentacyjnie deklarowanej zdrady.

 

Współcześnie niektórzy historycy żydowscy występują z twierdzeniem, że Żydzi radośnie powitali Sowietów, ponieważ ci ostatni ocalili ich przed Hitlerem. Twierdzenie to ściśle współgra z tezą propagandy sowieckiej o Ukraińcach i Białorusinach „wziętych w opiekę” przez Armię Czerwoną. Jak jednak usprawiedliwić dość masowy akces przedstawicieli mniejszości narodowych do oddziałów dywersyjnych, które – zarówno ounowskie, jak i komunistyczne – w kampanii wrześniowej wystąpiły w roli sojuszników III Rzeszy? Jak wyjaśnić sytuację w Lubomli (woj. wołyńskie), zajętej przez wojska Wehrmachtu, z którym lojalnie współpracował miejscowy żydowsko-ukraiński komitet rewolucyjny? Albo też wypadki z Kobrynia, gdzie żydowscy komuniści zostali uzbrojeni przez… Niemców?

Wszakże trzeba tu zaznaczyć, że nie wszyscy przedstawiciele mniejszości poszli drogą zdrady. Wielu z nich dochowało wierności Rzeczypospolitej. Kiedy dziś zawodowi kłamcy próbują przedstawić stłumienie komunistycznej rewolty w Grodnie jako „pogrom ludności żydowskiej”, warto przypomnieć żydowskich obrońców tego miasta (a zatem współsprawców rzekomego „pogromu”!), takich jak Boruch Kierszenbejm (potem uwięziony przez Sowietów), czy gimnazjalista Chaim Margolis (poległy śmiercią bohatera). Postaci takie winny stanowić wyrzut sumienia dla klakierów wiwatujących na cześć Stalina. Kierszenbejm i Margolis udowodnili, że można było zachować się inaczej.

 

Andrzej Solak

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie