29 czerwca 2013
Autor

Redaktor PCH24.pl

Zobacz inne artykuły

Czekają na powrót do domów

(Fot. Magdalena Żuraw)

Wojna w Gruzji, sprowokowana przez Rosję w 2008 roku, pozostawiła na społeczeństwie gruzińskim wiele ran. Najbardziej widoczne – obozy dla uchodźców – rozciągają się pod granicami Osetii Południowej. To tu ludzie z pomocą organizacji katolickich nadal walczą o pomyślniejszą przyszłość.  

W okolicach granic Osetii Południowej istnieje kilka obozów dla uchodźców. Największy z nich – Cerowanie znajduje się parę kilometrów pod Tbilisi, zaś parędziesiąt kilometrów w stronę Gori nieco mniejszy i bardziej zapomniany – obóz Shavshvebi. To tu po zakończeniu wojny ludność gruzińska w ogromnie dużej liczbie znalazła schronienie.

 

Z początku do nowoprzybyłych mieszkańców prowizorycznych osiedli pomoc finansowa i humanitarna płynęła obficie, gdy jednak przestała docierać, musieli zderzyć się z brutalną rzeczywistością. Za nową, sztuczną granicą (uznawaną niemal wyłącznie przez Rosję) zostało całe ich życie. Świadomość ta jest dla nich obecnie o tyle bardziej męcząca, że zarówno granicę, jak i jeszcze niedawno ich własne domostwa widzą niemalże z każdego miejsca wioski Shavshvebi.    

 

Odebrana nadzieja

 

W Shavshvebi w 177 domach mieszka około dwóch tysięcy ludzi. Do miejscowej szkoły chodzi obecnie 160 dzieci, a wszystkim mieszkańcom pomaga jedyna działająca tu organizacja: Centrum Rehabilitacyjne Psychologiczno-Socjalne wspomagane przez zakon Ojców Kamilianów. Ośrodek utrzymuje się wyłącznie ze środków napływających z innych państw. W „Casa della nonna kamilliani” – świetlicy Centrum, gdzie trzy razy w tygodniu 50 dzieci spotyka się z wychowawcami – odbywają się regularne zajęcia mające na celu rozwijanie u nich indywidualnych zdolności, pogłębianie wiedzy ogólnej, zabawę. 

 

Dzieci mogą zatem nauczyć się muzyki u Tamili Kisishvili, wyczarować małe arcydzieło z animatorem i projektantem Mananą Abzianidze, uszyć marionetki z profesorem sztuk Sophio Lebanidze i stworzyć marionetkowy spektakl z Zurabem Kikodze, czy wreszcie pogłębić wiedzę ogólną z koordynatorem projektu a zarazem psychologiem i historykiem – Gieorgijem Lekishvili. Grupy w jakich pracują dzieci, dzielone są według wieku: 6-9 lat, 9-12 i 12-16, tak, aby każdy pracował z rówieśnikami. Oprócz zajęć praktycznych mali Gruzini mają do dyspozycji również tenis stołowy, szachy, piłkę nożną, siatkówkę.

 

Na samym początku naszego funkcjonowania najwięcej czasu zajmowały zajęcia psychologiczne – mówi Gieorgij  Lekishvili. – Maluchy były przerażone, wcześniej wielu z nich na własne oczy widziało śmierć. Były zastraszone i zamknięte w sobie.

 

Z czasem dzięki funkcjonowaniu placówki ich zdrowie psychiczne się poprawiało – stały się bardziej otwarte i ufne. Jednak ludzie, którzy tu mieszkają, jak zaznacza Gieorgij, nadal mają ciężko. W oddali bowiem wciąż widzą granicę kraju, za którą zostawili cały dobytek: swoje domy, gospodarstwa, pracę.

Nie jest łatwo mieszkać w nagromadzeniu identycznych budynków, które odgrodzone siatkami stoją jeden obok drugiego w idealnie równej odległości, mając świadomość, że tuż za miedzą jest miejsce, gdzie się urodzili i wychowali.

 

Jeden z naszych podopiecznych widział podczas wojny śmierć swojego ojca – wspomina Gieorgij. – Ojciec chłopca zginął od postrzału, dziecko było świadkiem, jak umiera. Takie przeżycia są tu bardzo częste i powodują duży uszczerbek na zdrowiu psychicznym. Dotyczy to również osób dorosłych, które całe życie spędziły w Osetii Południowej, a nagle znalazły się bez niczego na terenie przygranicznym.

 

Gdy uchodźcy przybyli do obozu Shavshvebi, obiecywano im, że to rozwiązanie jest tymczasowe. Z chwili zrobiły się jednak lata, pomoc od rządu ustała, a ludzie muszą sobie radzić tak, jak potrafią. Oficjalnie państwo wypłaca zapomogi, w rzeczywistości są to jednak kwoty rzędu 28 lari (ok. 56 zł) miesięcznie przypadające na jedną osobę.

 

A prócz dachu nad głową warunków do życia i możliwości utrzymania się z jakiejkolwiek pracy praktycznie tu nie ma. Każdy uprawia na własną rękę owoce, warzywa, hoduje świnie, króliki, krowy, kury. Nieliczni tylko jeżdżą do Gori, gdzie pracują za marne wynagrodzenia.

 

Gdyby nie pomoc płynąca z zagranicy, pewnie i tego by nie mieli – przekonuje Gieorgij, zaznaczając jednak, że pomoc szybko ustała. Przykładowo do dziś nie spełniają żadnej użytecznej funkcji ambulatoria i publiczne łazienki wybudowane wraz z osiedlem jeszcze w 2008 roku, których nie było za co ukończyć. Nie ma w nich bieżącej wody, a za prąd i gaz nie ma czym płacić. – Ludzie czują się zapomniani i pominięci – dodaje psycholog.

 

Widoczna na każdym kroku bieda i brak nadziei przytłaczają. Na pustych równoległych uliczkach przesiadują całymi dniami mężczyźni, grając w domino, karty, paląc papierosy i czekając na lepsze jutro, o które sami nie mają jak zawalczyć. Bezrobocie w Gruzji bowiem (wbrew oficjalnym danym mówiącym o 16 proc.), sięga w rzeczywistości połowy dorosłej populacji. Nie tylko na wsiach, ale również w dużych aglomeracjach takich jak Tbilisi, Kutaisi, czy mniejsze Gori, bardzo trudno jest znaleźć pracę.

 

Ludzie nie mają nadziei na przyszłość, mają tylko nadzieję na powrót do swoich domów do Osetii Południowej – mówi Gieorgij. – Staramy się dać im jak najwięcej siły, żeby się nie poddawali. Dlatego też zajmujemy się dziećmi, które choć teraz jeszcze niczego nieświadome, mogą kiedyś o tę przyszłość zawalczyć.

 

Nauka w obozie

 

Z edukacją w Gruzji również jest problem. System, który przewiduje 12 klas szkoły powszechnej, a następnie w ciągu 4 lat uzyskanie licencjatu, czy w przeciągu 5 tytułu magistra, nie jest dla każdego. Studia państwowe są w Gruzji płatne i bardzo drogie – mało kogo stać na posłanie dziecka na uczelnię. Dopiero w czerwcu br. przyjęto prawo mówiące o tym, że dla uchodźców i dzieci z biednych rodzin przewidziane są miejsca na uczelniach państwowych.

W Shavshvebi istnieje jedna szkoła, do której uczęszczają wszystkie dzieci z obozu. Po szkole mają możliwość przyjścia na świetlicę prowadzoną przez Centrum Rehabilitacyjne. Zajęcia na świetlicy, jak już wspominaliśmy, odbywają się trzy razy w tygodniu.

 

W każdy poniedziałek, środę i piątek przyjeżdżamy do Shavshvebi z pomocą – mówi Gieorgij.

 

Na świetlicy odbywają się lekcje geografii, historii, dzieci wykonują własnoręcznie marionetki, którymi na tle również własnoręcznie wybudowanej sceny odgrywają spektakle, m.in. gruzińską operę. Teatrzyk miał już parę dużych występów w Tbilisi, w Centrum Leczniczo-Rehabilitacyjnym Zakonu Posługującym Chorym,  placówce Ojców Kamilianów. Wraz z opiekunami zajmują się też wyszywaniem, haftowaniem, zdobieniem ceramiki. Co parę miesięcy placówka organizuje wystawę dziecięcych prac z możliwością ich zakupu, zaś wszystkie zebrane w ten sposób pieniądze przeznaczane są na organizowane raz, czasem dwa razy do roku wycieczki po kraju, np. do Kachetii, Mtskhety, Wardzi.   

 

Gieorgij przywozi do Shavshvebi podstawowe produkty spożywcze, higieniczne, lekarstwa, tekstylia.

Ludzie potrzebują tu wszystkiego: od jedzenia po ubrania – mówi podając młodej kobiecie paczkę z pieluchami dla jej paromiesięcznego dziecka.

Dzieci mogą również liczyć na korepetycje z przedmiotów, jakie znane są kadrze wychowawców.

 

Jednym z głównych dobroczyńców jest wspomniany wyżej zakon Ojców Kamilianów oraz Związek Katolików Gruzińskich. Jednak fakt, że podopieczni są pod katolicką kuratelą paradoksalnie rodzi kolejne problemy – prawosławne społeczeństwo Gruzji niechętnie pomaga innowiercom.

 

Skromnie, ubogo i serdecznie

 

Choć na co dzień żyją skromnie, na skraju ubóstwa czy wręcz w biedzie, mieszkańcy Shavshvebi są bardzo otwarci na innych i potrafią dzielić się tym, co mają. Kobiety piekące chleb w tone (tradycyjnych piecach ustawionych pod gołym niebem), wołają nas do siebie, dają gorący wypiek, pytają o Polskę, nasze życie i opowiadają o swoim.

 

Na początku było bardzo ciężko. Wszystko, co było częścią nas samych, zostało w Osetii Południowej – żali się starsza mieszkanka obozu. – Przetrwaliśmy wojnę, bombardowania, Rosjan rabujących nasze domy, podpalających nasze lasy (żeby zostawić jak największe spustoszenia), widok czołgów stojących na naszej ziemi, przyjaciół umierających od karabinów. W porównaniu z tym, co widzieliśmy, to jak teraz żyjemy nie jest największą tragedią – przekonuje. – Tragedią jest wyrwanie nas z naszej ziemi.

 

Z drugiej strony, nie możemy narzekać. Osetia Południowa jest częścią naszej ojczyzny, ale dopóki okupują ją Rosjanie, choćbyśmy bardzo chcieli, nie mamy gdzie wrócić – wtrąca jej koleżanka przyklejając ciasto na ścianki pieca. – Najważniejsze, żeby nasze dzieci rosły w zdrowiu i spokoju.

 

Przy wjeździe do Shavshvebi możemy zobaczyć tablicę, na której widnieją przedmioty, jakie powinno się mieć na terenie obozu. Wśród okularów, czapek i długich butów, wymieniona jest również maska gazowa. Czy mieszkańcy obozu czują się bezpieczni?

 

Rosjanie w każdej chwili mogą napaść na Gruzję, jak wtedy, w 2008 roku – mówi mężczyzna pracujący niedaleko świetlicy przy nawożeniu własnych upraw. – Oni zawsze czują się całkowicie bezkarni. Wtedy natomiast będą musieli zaatakować nas. Jesteśmy, podobnie jak Gori, najbliżej granicy. Stąd widać połać piasku na górze, gdzie stały rosyjskie czołgi z lufami szukającymi celu.

 

Centrum Rehabilitacyjne Psychologiczno-Socjalne istnieje od 2009 roku. W maju bieżącego roku skończyła się umowa z głównym sponsorem, Union Medici Misionaria Italiana (UMMI).

 

Staramy się zrobić dla uchodźców z Osetii jak najwięcej, ale nie możemy zdziałać cudów. Potrzebujemy pieniędzy. W tym roku minął termin trwania projektu, nasz główny sponsor postanowił się wycofać z dalszej pomocy. Na gwałt poszukujemy organizacji, która będzie mogła nam jej udzielić. Bez niej nie jesteśmy w stanie zrobić zbyt wiele – podkreśla Gieorgij, który prośby o wzięcie ich działalności pod opiekę przez zagraniczne, czy międzynarodowe organizacje humanitarne, kieruje m.in. do Polski. Na razie nie ma żadnego odzewu, ale nadal wierzy, że w końcu znajdzie się organizacja z dużymi zasobami finansowymi i chęcią wsparcia. Tymczasem nadal poszukuje pomocy poza granicami Gruzji, póki co, bezskutecznie.

 

Tekst i fotografie: Magdalena Żuraw

 

 

 

{galeria}

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie