19 czerwca 2020

Grzegorz Kucharczyk: Jean Raspail – Strażnik Zachodniej Bramy

(fot. pixabay)

„Siedmiu jeźdźców opuściło Miasto o zmroku przez Bramę Zachodnią, której nikt już nie strzegł, i ruszyło w stronę zachodzącego słońca. Jechali z podniesionymi wysoko głowami, wcale się nie kryjąc (w przeciwieństwie do tych wszystkich, którzy wyjechali przed nimi), bo przecież nie uciekali i nie popełniali zdrady. W ich sercach nie było nadziei, a wyobraźnię trzymali na wodzy”.

 

Te słowa z powieści Jeana Raspaila „Siedmiu jeźdźców” od lat są dla mnie najbardziej syntetycznym opisem jego twórczości, jej ducha. Wyprawa tych siedmiu, którzy o zmierzchu opuścili Miasto nie zakończyła się tak szczęśliwie jako wyprawa Drużyny Pierścienia. Jednak ten motyw wyprawy – wędrówki, a może krucjaty, jak bowiem inaczej nazwać „podróż i powrót natury nierzeczywistej, odwołujące się do odczuć natury duchowej, które są obce ludziom współczesnym” dziedzica czterdziestu królów Francji w „Sire” – jest stale obecny w najświetniejszych powieściach Jeana Raspaila.

 

Wielkość twórczości autora „Pierścienia rybaka” polega na tym, że pobudza ona to, co T. S. Eliot nazywał moralną wyobraźnią. Raspail kieruje moje myśli ku „Przesłaniu Pana Cogito” z jego „Bądź wierny. Idź!”, ku „Potędze smaku”, która przywraca znaczenie „włókien duszy i chrząstek sumienia”, ku „Raportowi z oblężonego Miasta” i zawartym w niej zapewnieniem, że „jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden, on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania, on będzie Miasto”. Jak Benedykt – „zagubione odbicie” Następcy Księcia Apostołów z „Pierścienia Rybaka”, który przedstawiał się „Jestem Benedykt”, a nie „mam na imię Benedykt”. Jak słowa pouczenia skierowane do Filipa Faramunda przez jego ojca w „Sire” o tym, że „król nie posiada swego kraju […]; on sam w sobie jest swoim krajem, w jedności swego wcielenia. Królewskość nie polega na tym, że się ma, ale na tym, że się jest”.

 

Powieści Raspaila – z ukochanymi przeze mnie „Sire” i „Pierścieniem rybaka” na czele – to krystalicznie czysta opowieść o „obrońcach królestwa bez kresu i miasta popiołów”. A przy tym – jak przystało na pisarza, który nigdy nie dostał, nawet się nie otarł o literackiego Nobla, któremu zatrzaśnięto drzwi Akademii Francuskiej – są to dzieła, które skutecznie strzegą nas przed „oschłością serca”; uczą „kochać źródło zaranne, światło na murze, splendor nieba”. Lubię wracać do tych powieści, bo oczyszczają umysł i wyobraźnię.

 

A ta znowu nakłada na siebie obrazy wyczarowane przez różnych Strażników Zachodniej Bramy. Kieruje myśli ku scenie, gdy Aragorn – powracający król – zwołuje Armię Umarłych, a następnie ku jednej ze świetlistych scen „Sire”, choć dziejącej się w mrokach królewskiej krypty opactwa Saint-Benoit – sur Loire, gdy na ostatnie błogosławieństwo kończące Najświętszą Ofiarę „w głębi krypty dał się słyszeć jakiś daleki odgłos, stłumiony szczęk oręża i żelaza uderzającego o żelazo, brzęk rynsztunku, jakby przyklękała jakaś wielka armia, w zbrojach, pancerzach, z mieczami. […] Trwało to może minutę, może dwie. Długo, bo gdy przyklęka wielka armia, szereg za szeregiem, to przypomina biegnącą falę: trzeba zejść z koni, pochylić chorągwie, aż dotkną ziemi, muszą umilknąć trąbki, a rycerze muszą mieć czas na chwilę skupienia”.

 

W odróżnieniu od tolkienowskiej armii umarłych krzywoprzysięzców, była to „armia króla Filipa I”, rozpoznająca przy Źródle i Szczycie Wiary Kościoła prawdziwego króla. Mszalny kielich był również znakiem rozpoznawczym wszystkich trzydziestu trzech następców papieża de Luny, a odprawianie przez nich Najświętszej Ofiary w opuszczonych katedrach było światłem na wieżach strażniczych Bram Zachodu.

 

W naszych czasach banalizowania Eucharystii i Najświętszego Sakramentu, lektura tych powieści Raspaila ma zaiste moc oczyszczającą. I chociaż Francuz nigdy nie stał się urzędowo stwierdzonym „pisarzem katolickim”, to jego największe powieści (dla mnie bezdyskusyjnie „Sire” i „Pierścień rybaka”) są powieściami z gruntu katolickimi; powtórzę: krystalicznie czystymi.

 

Bo takie kolejne skojarzenia nasuwa wyobraźnia, gdy czytamy „nie jego własne, lecz włożone mu w usta” słowa opata Dom Benezeta: „Prawo Boskie jest jak wiecznie bijące źródło. Nie podlega ono ludzkiej władzy i jest tylko przekazywane przez tych, których Bóg wybrał. Nie może przestać obowiązywać, nigdy nie przestało i nigdy nie przestanie. Można uciąć głowy królom, wypędzić ich, zapomnieć o nich, ale prawo Boskie trwa dalej, jak niewyczerpana łaska, której skutki się nawarstwiają”.

 

Prawda, jak mówił Paul Claudel, „nie przejmuje się ilością zwolenników, których przekona”. Tak, jak Wcielona Prawda, która nie goniła za uczniami, którzy w wielkiej ilości opuścili Ją po słowach o eucharystycznym Źródle Życia Wiecznego z Ciała i Krwi Syna Człowieczego. Tak, jak ostatni z Benedyktów w „Pierścieniu rybaka”, który uczył, że „wierność nie jest, być może celem samym w sobie i odmawiając paktowania, traci się po drodze wielu ludzi, ale po co się targować, gdy ma się prawdę?”. 

 

Słowa o terapeutycznej mocy w naszych czasach wyprzedawania najświętszych prawd, tylko dlatego, by „ludzie nie odchodzili od Kościoła” (czytaj: by nadal płacili podatek kościelny), negowania prawdy o Przenajświętszym Sakramencie Ołtarza, tylko po to, by nikomu nie było przykro na uroczystościach rodzinnych („tata protestant w ławce, gdy mama katoliczka podchodzi do komunii” – a więc interkomunia).

 

Powieści Raspaila opowiadają o obronie Zachodniej Bramy i o jej zdradzie przez tych „co na kolanach, odwróceni plecami, obaleni w proch”. Analizę tych wszystkich postaci zdrady i zaprzaństwa, „zepsucia najlepszych” zawarł Francuz w swojej najgłośniejszej powieści „Obóz świętych”. Wiele już napisano – także na tych łamach – o profetycznej wartości tego dzieła. Warto jednak przypomnieć prorocze słowa przypisane przez Raspaila w „Pierścieniu rybaka” Janowi Pawłowi II (dwudziestowieczna część powieści rozgrywa się w 1994 roku), że „nadejdzie dzień, gdy nauka Kościoła zostanie jednomyślnie odrzucona, ponieważ będzie nie do pogodzenia z przyjętą moralnością i postępową religią. Powiedział [Jan Paweł II], że Kościół katolicki będzie rozrywany, a jego wielkie rzesze poddadzą się bez walki. Powiedział, że opinia międzynarodowa, której już się sprzeciwił bez powodzenia, będzie chciała sobie podporządkować papieża, jego lub jego następcę, że jakiś synod uzna to za konieczne w świetle jakiegoś nowego odczytania ewangelii i papieżowi nie pozostanie już nic innego, jak opuścić Rzym i zniknąć, jak Benedykt. I iść dalej, jak Benedykt. Obaj są tułaczami”.

 

Powróćmy do przytoczonego na wstępie fragmentu „Siedmiu jeźdźców”. Wystarczy zamienić w nim liczebnik „siedem” na „jeden”, by uzyskać opis samego Raspaila wyruszającego w „nierzeczywistą podróż”. Nie uciekł i nie popełnił zdrady. Nie wierzę jednak w to, że wyobraźnię trzymał na wodzy i nie było w jego sercu nadziei.  

 

Tak nie może być, bo jego książki wyobraźnię uskrzydlają i opowiadają przecież nie tylko o podróży, ale i o powrocie – co z tego, że nierzeczywistym dla współczesnych ludzi. Tak być musi, ponieważ zarówno podróż Benedykta do Rzymu, jak i wyprawa Filipa Faramunda po królewską sakrę do Reims są „wyzwaniem rzuconym trzeciemu tysiącleciu”. To powrót do źródła, o którym mówił w swoim natchnionym „z góry” kazaniu Dom Benezet przy ołtarzu wokół którego skupiła się „cała armia króla Filipa I”.

 

Chodzi więc najpierw o przywrócenie, a następnie przekazanie „prawa pochodzącego od Boga”. A „sam Bóg zadecyduje, czy zostanie kiedykolwiek wcielone w życie, o ile nadejdzie stosowna chwila”. To nie są słowa rozpaczy. To słowa ufności, a więc nadziei.

 

 

Grzegorz Kucharczyk

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie