28 grudnia 2020
Autor

Marcin Austyn

Zobacz inne artykuły

Grzegorz Kucharczyk: Lektura na czas kwarantanny – o „uzbrojonym” arcybiskupie i zakazanym słowie

(źródło: pixabay.com)

Każdy, kto odwiedza te łamy, już wie, jak najlepiej urozmaicać sobie (żeby nie powiedzieć „ubogacać”) czas kwarantanny. Lektura tekstów na portalu PCh24 lub oglądanie PChTV – to bardzo dobry sposób. Gdy miną już ostatnie oznaki zmęczenia związane z sylwestrowym – wprost wymarzonym – budowaniem wspólnoty (młodzież zdaje się nazywa to „melanżem”) w nakazanych przez rząd godzinach, warto sięgnąć po dobrą książkę.

 

Gdy chodzi o autorstwo tego gatunku, niezawodny jest arcybiskup Fulton J. Sheen. Na krótko przed Świętami trafiła do księgarń kolejna polska edycja jednego z dzieł amerykańskiego hierarchy. Tym razem chodzi o „Wstęp do religii”, opublikowany nakładem Wydawnictwa Diecezjalnego w Sandomierzu.

 

Zgodnie z tytułem otrzymujemy wykład nie tylko podstawowych prawd wiary Kościoła Świętego, ale również solidną dawkę zdrowej filozofii i wyprowadzonej z niej teologii oraz antropologii – czyli czegoś, czego jak na lekarstwo brakuje w niektórych polskich seminariach duchownych, a zwłaszcza w katechezie szkolnej. Zamiast gry na emocjach („podnieśmy ręce i głośno wołajmy” etc.), które jak podpalona mierzwa płoną jasno i wyraźnie, ale bardzo szybko nikną, mamy w tej książce do czynienia z solidnym rusztowaniem filozoficznym, na którym wspiera się wykład prawd katechizmowych, ale również prawdy o tym, czym jest Kościół i czym jest chrześcijaństwo.

 

Wszystkie książki abp. Fultona J. Sheena czytam z ołówkiem w ręku. Także „Wstęp do religii”, w którym zaznaczyłem m. in. ten fragment: „Chrześcijaństwo nie jest systemem etycznym, jest życiem. Nie jest dobrą radą, jest ono Boską adopcją. Bycie chrześcijaninem nie polega na uprzejmości wobec ubogich, chodzeniu do kościoła, czytaniu Biblii, śpiewaniu hymnów, byciu szczodrym wobec instytucji charytatywnych, na byciu sprawiedliwym wobec pracowników, byciu delikatnym wobec niepełnosprawnych i na udzielaniu się w komitetach kościelnych, choć obejmuje ono wszystkie te rzeczy. Chrześcijaństwo to przede wszystkim miłosna relacja. […] Postępowanie dobrze wobec drugiego człowieka nie czyni cię Jego [Boga] synem, lecz bycie synem sprawia, że postępujesz dobrze”.

 

Na dwustu osiemdziesięciu stronach takich zakreślonych miejsc mam znacznie więcej. Za każdym razem zaznaczając je, mój podziw dla głębi, przenikliwości i jasności wywodów autora – a więc cech, których tak brakuje w większości współczesnych, nowomodnych traktatów ujmujących religię jako „feel good factor”, jako emocjonalny plaster na frustracje „człowieka współczesnego” (indywiduum rzekomo znacznie lepsze od wszystkich, dawno minionych „czasów współczesnych”) – szedł w parze z refleksją, że mam do czynienia z głosem jakby innego Kościoła. Doprecyzowując: jakby innej „wrażliwości duszpasterskiej”. Zresztą podobne odczucie mam czytając – w ostatnim czasie w dużej ilości – pisma Prymasa Wyszyńskiego.

 

W ciągu ostatnich miesięcy nauczyliśmy się kilku nowych słów (na przykład „lockdown” – w różnych wersjach), a stare nabrały nowego znaczenia (np. kwarantanna – już nie dotycząca chorych, ale odnosząca się do wszystkich „podejrzanych”). Niektóre zaś zupełnie zniknęły. Na przykład „dopust Boży”. Tego ostatniego słowa jak ognia unikają zwłaszcza hierarchowie Kościoła – znaczna ich większość, zaczynając od samego papieża – którzy w tych niepewnych czasach, jedno wiedzą na pewno: zaraza (kto dziś zresztą mówi o zarazie?) nie jest karą Bożą, ani nie jest wydarzeniem, które z woli Bożej Opatrzności zostało dopuszczone.

 

Arcybiskup Sheen przypomina zaś, że „wszystko, co się dzieje, zostało przewidziane przez Boga i było Mu znane przez całą wieczność, i albo dzieje się to z Jego woli, albo przynajmniej to dopuścił”. Nakazuje pamiętać o tym, „że w Bogu nie ma przyszłości. Bóg wie wszystko, lecz nie w następstwie czasu, lecz w „nieruchomej teraźniejszości” wieczności, to znaczy wie wszystko naraz. Jego wiedza, że postąpisz w określony sposób, nie jest bezpośrednią przyczyną twojego działania, podobnie jak twoja wiedza, że siedzisz, nie spowodowała, że usiadłeś, lub powstrzymała cię przed powstaniem, jeśli chciałeś to uczynić. […] Ponieważ w Bogu nie ma przyszłości, Jego wiedza o wydarzeniach z góry nie oznacza, że wywołuje On dany skutek”.

 

Te słowa – pomijając oczywiście rzadki talent do mówienia jasno o sprawach trudnych – mógł napisać człowiek, który był przyodziany w „zbroję” zdrowej, opartej na metafizyce filozofii, która służyła teologii wywodzącej się z Objawienia.

 

Któż dzisiaj jeszcze mówi o istocie Boga, o Jego życiu wewnętrznym we wspólnocie Trzech osób? A kto ma mówić, jeśli kolejne pokolenia kleryków są pozbawiane „zbroi”, o której na kartach encykliki „Fides et ratio” wspominał św. Jan Paweł II nakazując biskupom Kościoła katolickiego (do których i tylko do nich, był adresowany ten dokument) oparcie formacji filozoficznej i teologicznej w seminariach na „filozofii bytu” wedle wzorca, jaki dał Kościołowi św. Tomasz z Akwinu. Taką „zbroję” miał abp Sheen. A dzisiaj sytuacja jest taka, że wychowani na „rozemocjonowanej” katechezie w szkole, młodzi ludzie (coraz ich mniej) idą do seminarium, gdzie zamiast „zbroi”, dostają odzienie z niemieckiego „lumpeksu” (made by Karl Rahner).

 

Ludzie tak „ubrani” nie są w stanie, bo nie są na to intelektualnie przygotowani, przyjąć prawdy o istnieniu czegoś takiego, jak dopust Boży. Nie mogą i nie chcą, ponieważ nauka o „Bożym dopuszczeniu” zakłada w sposób oczywisty, że to Pan Bóg jest Panem historii. Pan historii nie tylko jest ponad nią, ale chce, by biegła ona w konkretnym kierunku, by służyła jakiemuś celowi. To zaś zakłada, pytania „po co?” i „dlaczego?”, które w świecie naukowym dyszącym pod butem dyktatury pozytywizmu i neomarksizmu, a w świecie teologii dotkniętej (neo)modernizmem, już dawno skazane zostały na zamilczenie. „uzbrojony” arcybiskup Sheen nie waha się ich stawiać. Ba, zna nawet odpowiedzi.

 

Grzegorz Kucharczyk

 

Udostępnij
Komentarze(9)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie