3 listopada 2020
Autor

Redaktor PCH24.pl

Kartki w polskim kalendarzu

(źródło: pixabay.com)

Wokoło coraz mniej ludzi, którymi nie zawładnęła gorycz, zgorzknienie albo nawet i nienawiść. Coraz więcej tych, dla których najważniejszymi stały się sprawy przyziemne (proszę zwrócić uwagę na to określenie  – „przyziemne”). Coraz trudniej rozmawiać o kolorach, o dźwiękach, o rymach – po prostu o tym, co jest duchowe. I mówią nasi znajomi: „człowieku, daj spokój teraz z tym teatrem; o kulturze pogadamy potem”.

 

A co dla nich znaczy to „potem”? Czy chodzi o to, że po tej tzw. pandemii? Że porozmawiamy wtedy, kiedy będzie jak przedtem? Niezmiennie mnie dziwi nasze pocieszanie się, że „przecież mogłoby być gorzej” i jednoczesne usprawiedliwianie zgody na odbieraną nam wolność. I – żeby było od razu jasne – nie chodzi mi tutaj o wolność podróżowania czy kupowania. Sprawy przyziemne, a do takich te wymienione należą, to tylko dodatek do tego, co człowieka konstytuuje, czyli do duchowości.

 

Kiedyś, czyli zawsze

W swoich „Wspomnieniach wojennych” Karolina Lanckorońska (przed wojną profesor historii sztuki na Uniwersytecie Lwowskim) prowadzi nas aż do niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, gdzie trafiła aresztowana przez gestapo w styczniu 1943 roku. Słusznie kojarzymy lagry z piekłem na ziemi, a w przypadku tego obozu, z piekłem – rzec by można – podwójnym. To tam niemieccy lekarze prowadzili na uwięzionych kobietach (głównie Polkach) przerażające doświadczenia medyczne. Były cztery rodzaje operacji: operacje kostne aseptyczne i septyczne (poprzez zakażenia) oraz podobne operacje muskułów. Wykonywane były również operacje wyjęcia kości potrzebnych dla niemieckich żołnierzy, a ponadto robiono zastrzyki zarażając gronkowcem albo tężcem. Operowane kobiety najczęściej umierały w mękach, bez wody i środków znieczulających. Ofiary tych eksperymentów zwano w obozie potocznie „królikami”. Autorka wspomnień, niezwykle oddana pomocy innym uwięzionym, jednocześnie niemal od początku prowadziła na terenie obozu tajne wykłady z historii starożytnej i historii sztuki (szczególnie z historii sztuki starożytnej Grecji). Uczyła też indywidualnie, m.in. języków obcych, a chętnych nigdy nie brakowało. Nie była tam jedynym nauczycielem, a jak wspomina, najpopularniejszymi były lekcje astronomii u pani Peretiatkowicz.

 

Błogosławiony ksiądz Władysław Bukowiński, do 1940 roku proboszcz katedry w Łucku na Wołyniu, w sowieckich obozach koncentracyjnych był wieziony przez ponad 13 lat, głównie w Kazachstanie i Karagandzie. Wielokroć zagrożony śmiercią, nigdy nie zaprzestał pracy duszpasterskiej wśród współwięźniów (udzielał sakramentów, a przede wszystkim odprawiał ofiarę Mszy świętej). W łagrach był również nauczycielem – wykładał historię Polski. Od 1954 r. był formalnie wolny, choć w Związku Sowieckim była to „wolność na smyczy”. Mimo zakazu prowadzenia działalności duszpasterskiej robił to nadal, za co był prześladowany, a w roku 1958 znów trafił do obozu. W swoich „Wspomnieniach z Kazachstanu” tak opisywał ów czas „nielegalnego” apostolatu: (…) Najlepiej nadaje się domek jednorodzinny, położony na uboczu. W takim domu można spokojnie się modlić, a nawet głośno śpiewać, byleby tylko były pozamykane drzwi i okna. Mszę św. można w naszych warunkach odprawiać raniutko lub wieczorem. W dzień odprawiam tylko Mszę pogrzebową przy zwłokach. Zazwyczaj odbywa się to tak: przychodzę po południu lub przed wieczorem. Przede wszystkim urządzam ołtarz. Jest nim zwyczajny stół, byleby tylko mocno stał i nie chwiał się. Stół przykrywa się białym obrusem. Na stół kładzie się duże pudełko lub dwie grube książki, przykrywa się białą chustką i stawia krucyfiks. Świece stawia się w lichtarzach, lub jak ich nie ma w szklance z solą. Powyżej zawiesza się jeden lub dwa obrazy i ołtarz gotów. Następnie spowiadam. Mszę odprawiam o godzinie 9 wieczorem. Po Mszy św. zwykle jeszcze spowiedź. Wreszcie krótki spoczynek nocny. Krótki, bo kładę się zwykle po północy, a już o 5 lub 6 rano jest poranna Msza św., a potem dalej spowiedź, czasami chrzty i namaszczenia olejami świętymi, czasami śluby. Ponieważ to powtarza się wciąż na nowo w różnych domach i rodzinach, więc sypiam częściej w cudzych łóżkach niż w swoim własnym. (…) W niedzielę przychodzi na Mszę św. nie mniej niż sto osób (…).

 

Dlaczego odwołałem się do wspomnień dotyczących – jak wielu by powiedziało – zamierzchłych czasów? W ten sposób odnoszę się do owego stwierdzenia, że na kulturę, a tym samym na duchowość „będzie czas potem”. Jeszcze niedawno zżymałem się nad głupotę decydentów, którzy przedkładali budowę przedszkola czy remont drogi nad inwestowanie w kulturę. Jeszcze niedawno oburzano się na infekowanie polskiej kultury miazmatami marksizmu i roniono łzy nad instytucjami, które przestały służyć Polsce, choć są przez nią wciąż utrzymywane. Dzisiaj nikt już nic nie roni i się nie oburza. Kultura umarła – niech żyje wirus! Tymczasem faktem bezspornym jest to, że polskość jest funkcją wielowiekowej kultury narodowej wpisanej w jednoznaczne punkty odniesienia, wśród których najważniejszym jest chrześcijaństwo. Zaniedbywanie tego na rzecz doraźnych strachów czy  przyjemności, czy to fizycznych czy materialnych, jest równoznaczne z likwidacją polskości.

 

Juto, czyli wczoraj

Wyjątkowej klasy analityk współczesnego życia społecznego, Krzysztof Karoń, powiedział ostatnio, że „jedziemy na oparach kultury”. Celniej nie można było tego sformułować. A jeżeli tak, to za kolejnym zakrętem czeka nas świat rodem z filmu „Mad Max”, czego zresztą doświadczamy po trochu już teraz na naszych ulicach. A jeżeli tak, to może zanim paliwo się skończy, wypadałoby „dojechać” do miejsca, gdzie będzie można „zatankować” na kolejne lata i pokolenia. I miejmy świadomość tego, że na pewno nie załatwi tego „wyborcza kiełbasa” czy respirator w każdym domu, bo tzw. „bezpieczeństwo przede wszystkim” jest drogą donikąd. A tłumacząc to „na nasze” – to droga urawniłowki, do utraty tożsamości, a więc piekła nieistnienia.

 

Po to, aby kiedyś był czas „po wojnie”, wojnę trzeba nie tylko przeżyć, ale zrobić to na tyle świadomie, aby można było zauważyć owo „po”. A nade wszystko owo „po” móc ubrać w konkretne kształty. Polskie Państwo Podziemne lat 1940 – 1945 nie tylko walczyło zbrojnie z Niemcami, nie tylko starało się nie dać fizycznie unicestwić Rzeczypospolitej, ale bardzo konkretnie planowało czas po wojnie. Aby to było możliwe, niemal od pierwszych miesięcy okupacyjnych, ruszyło tajne nauczanie – od poziomu podstawowego po uniwersytecki. Polska podziemna działała też w sferze symbolu i znaków nieodzownych każdej kulturowej zbiorowości. Działały domowe sceny teatralne, odbywały się koncerty i wernisaże, wydawano książki, śpiewano piosenki. To wszystko było potrzebne i polskie, bo tylko takie dawało szansę na tożsamościowy ciąg dalszy, na to, że w ogóle będzie jakieś „po wojnie”. III Rzesza miała bowiem swoją alternatywną do naszej wizję przyszłości, a w niej priorytetem było wynarodowienie Polaków, co należy rozumieć jako odebranie im kultury, ich tożsamości, począwszy od języka, a skończywszy na Kościele. Mieliśmy stać się podludźmi, nie tylko formalnie, co Niemcy robili programowo, ale wewnętrznie, psychicznie. Nas w nas miało nie być. Ale – odwołując się nieco żartobliwie do „klasyki” – nie z Polakami takie numery. 

 

Już śmierci się nie boję (…)

Lecz przedtem, zanim serce

przywalą kamieniem (…)

niech się wargi nasycą,

serce się napoi

i usta niech zapłoną w pieśni

jak pochodnia

 

Autorem tych słów jest Tadeusz Gajcy, słusznie, obok Krzysztofa Kamila Baczyńskiego uznawany za najwybitniejszego poetę Polski Walczącej. Gajcy był jednym z czterech redaktorów legendarnego, wydawanego od 1942 do 1944 r. w podziemiu miesięcznika „Sztuka i Naród”. Wszyscy redaktorzy byli „gwiaździstymi dyjamentami w popiele” i wszyscy, jeden po drugim, zginęli: Bronisław Onufry Kopczyński, kompozytor i publicysta – w obozie koncentracyjnym w Majdanku; Wacław Bojarski, publicysta, pisarz, autor piosenek – postrzelony przez Niemców podczas składania wieńca pod pomnikiem Kopernika w Warszawie, zmarł po kilkunastu dniach; Andrzej Trzebiński, poeta, prozaik i dramaturg, zabity w zbiorowej egzekucji na Nowym Świecie w Warszawie; no i Gajcy, który poległ jako żołnierz Armii Krajowej szesnastego dnia Powstania, również w Warszawie. A ja przywołuję tych ludzi i to, co stworzyli, bo ich śmierć to nic innego, jak – mówiąc językiem niekoniecznie lirycznym – inwestycja w nas, którzy po nich przyszliśmy. Oni nie byli katastrofistami i nie rzucali się w otchłań niebytu. Wierzyli w Boga i w Polskę oraz wiedzieli, że mają polskie obowiązki wynikające z danych im przez Opatrzność talentów. Na tytułowej stronie pierwszego numeru „Sztuki i Narodu” widniało hasło: Artysta jest organizatorem wyobraźni narodowej. Podobne wnioski i refleksje dałaby nam epoka Żołnierzy Wyklętych, a więc czas polskiej insurekcji antykomunistycznej, a i potem ta konsekwentnie wyrażana przez Polaków niezgoda na zniewolenie sowieckie, miała swą symboliczną poetycką puentę u Zbigniewa Herberta, w metaforze odwołującej się do „kwestii smaku”…

 

Dzisiaj, czyli teraz

Niedawno w stolicy naszego kraju  miała miejsce konferencja „Zderzenie kulturowe w UE. Czy Polska ma szansę?” Zostawmy na boku ewentualne uszczypliwości dotyczące kolejnego kanapowego „konwentyklu gadających głów” czy nawet zarzuty, iż proponowane hasło wywoławcze tego spotkania już na wejściu ustawiało rozmówców w pozycji defensywnej. Pośród wielu słów, które tam wypowiedziano, chciałbym zwrócić jednak uwagę na te, które wyartykułował publicysta Robert Tekieli: Wszystkie rewolucje, od Lutra przez francuską po bolszewicką, nazistowską i kulturową, to są rewolucje, które mają instytucjonalizować grzech. Rewolucja tęczowo-zielona, różowa, walczy z trzema miłościami: z miłością kobiety do mężczyzny, miłością do ojczyzny, miłością do Chrystusa. Jeśli my pielęgnujemy każdą z tych miłości to my tego nie przegramy. (…) Pierwszym szańcem jest walka o dzieci, drugim – walka o artystów i kulturę.

 

Powtórzę za Tekielim: „Pierwszym szańcem jest walka o dzieci, a drugim o artystów i kulturę”. Dokładnie tak i w zasadzie nie inaczej. Mogę tylko dodać – i to jako nauczyciel – że walka o dzieci w ramach obecnego systemu oświaty (z jego obecną kadrą) jest skazana na porażkę, jak walka o dobry polski przekaz artystyczny w instytucjach zarządzanych przez marksistów. Dla porządku dodajmy, że wyjątki tylko potwierdzają regułę. Pozostaje więc sztuka i konsekwentne poprzez nią budowanie i odbudowywanie wyobraźni narodowej, a więc to, co robili ci przed nami i to w czasach dużo bardziej apokaliptycznych niż nasze zarazy powszednie.

 

Ale i my mamy swoje „Himalaje”, niemożliwe do wyobrażenia sobie przez przodków i antenatów – to zdrada hierarchii kościelnej, czyli utrata najważniejszego sojusznika w formowaniu duchowości. Tym razem nie chodzi o czasami niezrozumiałą dla społeczeństwa doraźną taktykę dogadywania się Kościoła z taką czy inną władzą (to robił również Prymas Tysiąclecia. A swoją drogą, co z jego beatyfikacją?!) To najpierw i przede wszystkim posoborowa (II SW) rezygnacja z paradygmatów tradycji katolickiej, które Bożego ducha umacniały w wiernych i ugruntowywały w klerze, a tym samym dawały również mocne podstawy patriotyzmowi. W konsekwencji mamy abdykację niemal całego episkopatu z bycia po stronie ludzi i to w sytuacjach tak oczywistych, jak choćby tegoroczne „odwołanie” przez władzę cywilną Wielkiejnocy czy dnia Wszystkich Świętych. Innymi słowy – przysłowiowa kruchta kościelna nie jest już dzisiaj miejscem, które chce sprzyjać narodowej narracji i polskim artystom, jak to się działo choćby w czas stanu wojennego od grudnia 1981 r. I znowu, dla porządku dodajmy, że istniejące jak najbardziej wyjątki tylko potwierdzają tę smutną regułę.

 

I tutaj, żeby zrozumieć do końca w czym rzecz, trzeba znów zacytować zastraszonych, którzy raniące nas opresje z jednej strony zwą terrorem, ale z drugiej oburzają się na kontrujące ten stan rzeczy próby działań pozytywistycznych lub tożsamościowych. I krzyczą wtedy, że to „szaleństwo w tym czasie”, bo najpierw „trzeba przeżyć”. Chciałoby się rzec: powiedzcie to wyżej wymienionym albo na przykład takim literackim bohaterom i wzorcom polskości jak Wołodyjowski czy Ordon…  Spróbujcie przekonać do takiej postawy rtm. Pileckiego czy ks. Popiełuszkę… A może wasze zdanie podzieliłaby Danusia Siedzikówna?

 

Tomasz A. Żak

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie