1 maja 2021

Komu i dlaczego przeszkadza historia chrześcijaństwa? Odpowiada prof. Wojciech Roszkowski

(Fot. Pixabay)

– Kilkanaście lat temu, kiedy piastowałem urząd posła do Parlamentu Europejskiego tworzono program Domu Historii Europy w Brukseli. Kilkunastu profesorów historii z całej Europy podpisało się wówczas pod jednym z punktów tej wystawy, który brzmiał: Chrześcijaństwo zrodziło się z tradycji judaistycznej i organizacji kościelnej w IV wieku. Powiedzieć, że mnie to zaskoczyło, to nic nie powiedzieć. Ludzie niby to wykształceni i znający temat podpisali się pod taką bzdurą… – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Wojciech Roszkowski opowiadając o swojej najnowszej książce „Historia chrześcijaństwa. Świętości, upadki, nawrócenia”.

 

Przygotowując się do rozmowy o Pana nowej książce pt. „Historia Chrześcijaństwa. Świętości, upadki, nawrócenia” przejrzałem moje podręczniki do historii ze szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum. Znalazłem w nich mnóstwo treści związanych ze starożytnym Egiptem, Mezopotamią, Grecją, Imperium Rzymskim, później państwem Franków etc. Historia chrześcijaństwa zawarta w tych podręcznikach zmieściłaby się zaś na jednej, może dwóch stronach. Z czego to może wynikać? Dlaczego historię Europy i świata przedstawia się w taki sposób, aby zmarginalizować bądź pominąć chrześcijaństwo?

Historia Kościoła Katolickiego, historia chrześcijaństwa zostały niemal skasowane z podstawy programowej już w czasach PRL-u i tak zostało w III RP. Programy nauczania historii powszechnej są tak skonstruowane, jakby chrześcijaństwa w ogóle nie było, albo jakby było czymś złym. Wystarczy spojrzeć, jaki jest przekaz w szkołach odnośnie reformacji – Marcin Luter jest przedstawiany jako ten, który chciał wszystko naprawić i zmienić, a papież jako ten, który chciał nabić sobie sakiewkę, co jest absolutną nieprawdą.

Cały czas pocieszamy się tym, że w Polsce jest lepiej niż na Zachodzie, gdzie na przykład w muzeum Domu Historii Europy w Brukseli historia chrześcijaństwa ogranicza się do rzucanie w przestrzeń hasła „polowanie na czarownice”. Kościół Katolicki jest z kolei przedstawiany jako problem, który należy rozwiązać czy też wyeliminować. Nie ma tam miejsca nawet na to, żeby chrześcijaństwo uznano chociażby za przedmiot obiektywnych studiów. NIE! Kościół jest na Zachodzie czymś, co trzeba nieustannie atakować, z czego trzeba kpić, czego historię należy fałszować w taki sposób, aby pasowała ona do dominującej narracji, która głosi m. in., że najwybitniejszym filozofem w dziejach Europy, a może i świata był Karol Marks.

Cieszę się, że zadał Pan to pytanie, bo porusza ono kwestię fundamentalną. Jak to jest, że w Polsce – gdzie nadal 90 proc. obywateli deklaruje się jako katolicy mało kto zwraca uwagę, że historia Europy jest związana z chrześcijaństwem? Dlaczego mimo faktu, że w Polsce mamy 40 proc. dominicantes, czyli katolików uczestniczących co niedzielę w Eucharystii tak rzadko porusza się wśród nich, albo przedstawia im na przykład podczas Mszy Świętej historii Kościoła – zarówno jego wzlotów, jak i chwil słabości? Zamiast tego można odnieść wrażenie, że problemu w ogóle nie ma, a nawet jeśli ktoś go dostrzega, to za ważniejsze uważa głoszenie bałamutnej, „obiektywnej” wiedzy na temat historii Kościoła, która ma swój rodowód w wieku oświecenia.

W „Historii chrześcijaństwa”, a konkretnie w jej II tomie, który ukaże się za kilka miesięcy znajduje się szkic pt. „Racjonaliści objaśniają nam Pismo Święte”. Pokazuję w nim skąd wzięła się krytyka Pisma Świętego, którą możemy obecnie obserwować również wśród niektórych duchownych i teologów. Zaczęło się to bowiem w umysłach ludzi, którzy Kościoła nie rozumieli, nie znali i wymyślali jakieś fałszywe rzeczy, takich jak młodohegliści czy inni zwolennicy ateistycznego punktu widzenia zgodnie z którym religia jest opium dla mas, jak pisał wywołany już Marks.

To właśnie ci ludzie wyciągali z historii chrześcijaństwa i Kościoła tylko najbardziej jaskrawe przykłady nadużyć i upadków, które w dodatku odpowiednio podkręcali i wykoślawiali. Podam dwa najsłynniejsze przykłady to „męczeństwo” Giordano Bruno i Galileusza.

Pierwszy nie dość, że był heretykiem, to w dodatku cierpiał na zaburzenia psychiczne, ale w związku z tym, iż celem jego życia było zniszczenie Kościoła stał się bohaterem racjonalistów.

Galileusz jawi się z kolei w narracji, o której mówimy jest przedstawiany jako myśliciel, naukowiec, który za głoszone poglądy stał się ofiarą Kościoła. Kilka lat temu przeprowadzono wśród zachodnich studentów badanie, w którym zapytano: w jaki sposób zmarł Galileusz. Zdecydowana większość odpowiedziała, że został spalony na stosie. Jestem ciekaw, ilu chrześcijan w Polsce w podobny sposób odpowiedziałoby na to pytanie… Boję się, że wynik mógłby być podobny…

 

No właśnie… Dlaczego w związku z tym wiedza o historii chrześcijaństwa ma ograniczać się do Narodzin Zbawiciela, Drogi Krzyżowej, Ukrzyżowania i Zmartwychwstania Pana Jezusa. A co z pozostałymi niemal dwoma tysiącami lat, o których pisze Pan w „Historii chrześcijaństwa”? O tym mamy nie wiedzieć, o tym mamy zapomnieć?

Kilkanaście lat temu, kiedy piastowałem urząd posła do Parlamentu Europejskiego tworzono program Domu Historii Europy w Brukseli. Kilkunastu profesorów historii z całej Europy podpisało się wówczas pod jednym z punktów tej wystawy, który brzmiał: Chrześcijaństwo zrodziło się z tradycji judaistycznej i organizacji kościelnej w IV wieku. Powiedzieć, że mnie to zaskoczyło, to nic nie powiedzieć. Ludzie niby to wykształceni i znający temat podpisali się pod taką bzdurą…

Zmobilizowało mnie to do zapoznania się z podręcznikami historii powszechnej, jakie obowiązywały w szkołach na Zachodzie. Przeczytałem w nich na przykład, że Jezus Chrystus jest postacią… kłopotliwą i nie wiadomo co z nim zrobić, jak go ocenić. Przedstawiano go jako proroka, mędrca, filozofa – mówiąc krótko: człowieka i tylko człowieka. Okazało się potem, że naukowcy-historycy, którzy przedstawiali się jako „obiektywni” (czytaj: ateiści) nie analizowali Ewangelii. I nie tylko oni. Bardzo cenię pisarstwo i ogromną pracę, jaką wykonał na rzecz popularyzacji historii i odkrywania jej w przystępnej formie dla każdego z nas Normana Daviesa. Niestety w jednej ze swoich książek na temat historii Europy stwierdził on wprost, że Chrystus nie założył Kościoła. Wniosek jest prosty: Davies nie czytał Ewangelii, bo gdyby to zrobił znałby słowa Pana Jezusa: „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 18, 16).

Nieraz spotykałem się z twierdzeniem, że Ewangelia nie jest zapisem historycznym. Przepraszam, a czym jest? Wiele lat badałem powstanie czterech Ewangelii; zastanawiałem się, co jest w nich zawarte i dlaczego są napisane w taki, a nie inny sposób; analizowałem dlaczego apostołowie cierpieli za głoszenie nauki Chrystusa, dlaczego wystąpili przeciwko sanhedrynowi? Doszedłem do wniosku jako historyk, że to wszystko jest prawdą, bo inaczej ich działanie i poświęcenie byłoby po prostu bez sensu. Ktoś, kto z miejsca odrzuca Ewangelię bez zapoznania się z ich treścią jako źródło wiedzy historycznej nie jest poważnym historykiem. Historyk musi analizować źródła i wyciągać wnioski.

Ale przecież historia chrześcijaństwa to nie tylko Ewangelie. W swojej najnowszej książce powołuje się Pan na dziesiątki dokumentów i źródeł, których zdają się nie dostrzegać „światli” i „obiektywni” historycy? Czy można postawić tezę, że to celowe działanie, aby stworzyć wrażenie, że chrześcijaństwo to tylko Ewangelie i nic poza tym?

Niestety tak. Proszę sobie wyobrazić, że literatura wczesnochrześcijańska z I, II, III, IV wieku jest stosunkowo bogata. Ktoś powie, że w pierwszych latach po śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa praktycznie nie ma źródeł, albo że jest jej niewiele w stosunku do literatury rzymskiej. To prawda, ale dlaczego tak jest? Odpowiedź brzmi: najpierw wyznawcy Chrystusa głosili słowo, a nie je pisali. Po 30 latach, o czym wspomina Euzebiusz z Cezarei trzeba było to spisać, żeby przekazywać Dobrą Nowinę ludziom, którzy nie mogli wysłuchać bezpośrednich świadków. Potem zaś literatura chrześcijańska zaczęła się potężnie rozwijać i jest jej mnóstwo.

W „Historii chrześcijaństwa” wymieniam takie postacie jak na przykład Hegezyp, którego oryginalne dzieło wprawdzie zaginęło, ale jego fragmenty są cytowane przez Euzebiusza z Cezarei. Nie jest więc tak, że historia Kościoła z pierwszych trzech wieków to jakaś białą karta i nikt nic nie wie. Wiemy i to bardzo dużo. W miarę jak rośnie liczba chrześcijan, rośnie również liczba źródeł i dokumentów. Jednym z nich jest dzieło Ireneusza z Lyonu, w którym autor opisał różne fantastyczne teorie wymyślane przez gnostyków, pogan i heretyków, żeby stworzyć konkurencję dla chrześcijaństwa.

Przychodzi cesarz Konstantyn, który jak to jest głoszone: zalegalizował Kościół. Mało kto jednak dodaje, że wyznawcy Chrystusa w tamtym czasie, czyli pierwszej połowie IV wieku są już niezwykle liczni i wzmocnieni Chrystusem oraz męczeństwem jego wyznawców mordowanych czy to za Nerona czy to Dioklecjana przez męczeństwo braci w wierze.

Powiem szczerze, że bardzo chciałbym, aby przynajmniej część katolików w Polsce uświadomiła sobie, że to nie jest tak, iż 2000 lat temu żył Chrystus, potem schizma, reformacja, II Sobór Watykański, pontyfikat Jana Pawła II i tyle.

Historie Kościoła są oczywiście napisane, ale w większości są to rozprawy akademickie. Książka, którą ja napisałem ma inny cel, mianowicie spróbowałem stworzyć swego rodzaju mozaikę i nakreślić za pomocą kilkudziesięciu szkiców najważniejsze momenty i najważniejsze postacie historii chrześcijaństwa po to, żeby czytelnik mógł głębiej wejść w temat, przemyśleć go, poskładać wszystko w jeden spójny obraz.

 

Podtytuł Pana nowej książki brzmi: „Świętości, upadki, nawrócenia”. W mojej ocenie mamy w nim wszystko – i momenty wzniosłe, i chwile hańby, i to co najważniejsze, czyli odpowiedź na wezwanie Chrystusa „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1,15). Czy taki był właśnie cel „Historii chrześcijaństwa” – pokazanie, że Kościół to przede wszystkim my – ludzie, którzy możemy czynić dobrze, albo źle, ale najważniejsze i tak powinno być dla nas nawrócenie?

Tak. Chciałem w ten sposób rozprawić się z wszystkimi bałamutnymi bajkami na temat Kościoła i pokazać, że na przykład czasy Konstantyna Wielkiego nie były żadnym triumfem chrześcijaństwa, ponieważ jego następcy byli albo arianami, albo poganami jak Julian apostata. O jakim więc triumfie tu mówimy?

Chciałem pokazać również jak układały się relacje Kościoła z władzą świecką. Zgodnie ze stereotypem to Kościół rządził cesarzami, królami, książętami i wiele osób złapie się za głowę, gdy przeczyta w jak wielu wypadkach było na odwrót.

Na szczęście przez wieki ostatecznie to Chrystus zawsze zwyciężał, ponieważ prędzej czy później miało miejsce nawrócenie i powrót do Ewangelii.

W mojej książce tak jak powiedziałem chciałem pokazać najważniejsze moim zdaniem osiągnięcia i błędy Kościoła. Osiągnięciem niewątpliwie jest chrystianizacji Etiopii w IV wieku, obrona wiary przez chrześcijan w Persji, odrodzenie Kościoła na Zachodzie. Z drugiej strony mamy zaś potworny kryzys moralny papiestwa w IX wieku, wielką schizmę, konflikt Ojca Świętego z Cesarzem. Nie ważne jak wiele będzie jednak tych kryzysów i jak będą potężne. Pan Jezus obiecał nam, o czym już mówiłem, że bramy piekielne Kościoła nie przemogą i wierzmy, że tak będzie. To jest myśl przewodnia tej książki i tego – jako katolicy się trzymajmy.

 

Dlaczego I tom zakończył Pan na upadku Konstantynopola w 1453 roku, a nie na wielkiej schizmie 1054?

Ponieważ upadek Konstantynopola podkopał siłę Kościoła na Wschodzie i przesunął punkt ciężkości do Moskwy, co sprawiło, że zaczął on grzęznąć.

Wydarzenie 1054 roku w mojej ocenie było wyjątkowo nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy. Papież Leon IX był wówczas uwięziony, więc wydelegował do rozmów wyjątkowo niedyplomatycznego przedstawiciela, który starł się z równie niedyplomatycznym patriarchą Konstantynopola. Doszło do konfliktu dwóch nadmiernie ambitnych osób, co zaowocowało konfliktem, a potem rozłamem.

Co ciekawe dogmatycznie wówczas prawie nic się nie stało. To nie była schizma dogmatyczna, tylko schizma dotycząca organizacji Kościoła, na przykład: czy papież ma ostatnie słowo w stosunku do patriarchy Konstantynopola czy nie? Dopiero kolejne wieki pogłębiły te konflikty i coraz bardziej go rozgrzebywano, ale ciągle nie dominowała w tym dogmatyka. Proszę zauważyć, że dzisiejsze prawosławie jest stosunkowo bliskie nauce Kościoła Katolickiego, ale politycznie jest to zupełnie inny świat, zupełnie inna cywilizacja.

Stąd m.in. pretensje Moskwy do występowania w obronie chrześcijańska i nazywania jej „trzecim Rzymem”. Są one jednak zupełnie nieuprawnione, ponieważ Kościół jest dla Rosji instrumentem władzy imperialnej.

 

Ale ja na przykład byłem uczony, że w wielkiej schizmie poszło o literkę „i” w wyznaniu wiary. Rzym głosił: wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Konstantynopol zaś: …, który od Ojca Syna pochodzi.

Kwestia litery „i” została po wiekach rozdmuchana do granic niemożliwości. Prawda jest taka, że negocjatorzy nie stanęli na wysokości zadania, zadziałała polityka i doszło do rozłamu, ale o tym więcej w książce.

 

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

 

Fot. Wydawnictwo Biały Kruk

Autor: Wojciech Roszkowski

Format: 165 x 235 mm

Liczba stron: 632

Oprawa: Twarda

Zdjęcia: Tak

Rok wydania: 2021

Wydawca: Biały Kruk

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(5)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie