Ks. Andrzej Zwoliński: Czy wszystkich należy kochać tak samo? Ordo caritatis a przyjęcie imigrantów

Miłość, rozumiana jako możliwie najbliższe otwarcie się na drugą osobę – Boga, anioła lub człowieka, trwanie przy nim w wierności, teoretycznie jest możliwa bez podejmowania jakiejkolwiek czynności. Można kochać i nic nie czynić, aby swoją miłość do kogoś okazać, wyrażać czy pomnażać. Można – teoretycznie - utrzymywać miłość schowaną gdzieś na dnie swego serca, a trwać w obojętności. Byłaby to sytuacja niezwykła, ale możliwa do pomyślenia. Byłaby to jednak miłość bezowocna i bez większej wartości.
a. Miłosierdzie
Miłosierdzie jest innym, prawdziwym i istotnym wyrazem miłości, która zdaje egzamin i poddaje się pozytywnie próbie. Miłosierdzie jest rozpoznawalnym znakiem prawdziwej miłości. Jest dowodem, że otwiera się ona i komunikuje z innymi. Podstawą miłosierdzia jest miłość – duchowe i wewnętrzne źródło w człowieku i w Bogu, z którego wypływają czyny miłosierdzia.
Wskazuje na to już samo pochodzenie słowa „miłosierdzie” – łac. „misericordia”. Łączy ono w sobie dwa znaczące terminy: „miser” – człowiek biedny, potrzebujący wsparcia lub współczucia; oraz „cor” – serce, symbol uczucia – dobroci i miłości. W Biblii wyrażano „miłosierdzie” kilkoma znaczącymi terminami: „heses” – znaczyło przyjaźń, lojalność, solidarność, wierność – oparte na wewnętrznym zobowiązaniu miłość czynną, która wynika z przymierzem z Bogiem i przynależnością do wspólnoty rodzinnej.
Innym terminem był „raham”, który wyrażał okazywanie uczucia miłości i litości. Powstały od niego termin „rahamim” odnoszono do Boga, aby określić Jego litość dla człowieka słabego, nieszczęśliwego i uciskanego, a zwłaszcza względem ciemiężonego narodu wybranego. „Rahamin” wyrażał więc, podobnie jak „heses”, litość, miłosierdzie, które objawiały się w konkretnych czynach, a nie tylko w uczuciu i dobrych chęciach.
W Nowym Testamencie przybył termin „agape”, który oznaczał wspólne przeżycie dobra. Cechami miłosierdzia było współuczestnictwo w dobru drugiej osoby, zrównanie przy zachowaniu odrębności, wierność, współczucie i pomoc niesiona konkretnym działaniem. Miłosierdzie oznaczało odpowiedź na rzeczywistą potrzebę – na „biedę” bliźniego.
Tak też rozumie uczynki miłosierdzia Katechizm Kościoła katolickiego, które określa jako „dzieła miłości, przez które przychodzimy z pomocą naszemu bliźniemu w potrzebach jego ciała i duszy” (KKK 2447). Św. Jan Paweł II wyraził prawdę o miłosierdziu słowami: „Miłosierdzie jest nieodzownym wymiarem miłości, jest jakby drugim jego imieniem, a zarazem właściwym sposobem jej objawienia się i realizacji wobec rzeczywistości zła, które jest w świecie, które dotyka i osacza człowieka, które wdziera się również do jego serca i może go ‘zatracić w piekle’ (Mt 10, 28)”.
b. Uczynek miłosierdzia – podróżnych w dom przyjąć
Jednym z wymienionych w Katechizmie uczynków miłosierdzia jest: podróżnych w dom przyjąć.
Ważną cechą każdej drogi jest jej wektorowość, co oznacza, że odbywa się ona w określonym kierunku. Przemieszczanie dokonuje się z jednego punktu do drugiego, najczęściej o różnej wartości dla wędrującego: opuszcza bliskie sobie strony - wędruje w kierunku obcych; pozostawia biedę, by poszukiwać bogactwa; wyrusza z miejsca gdzie nic więcej się nie nauczy, by w nowym miejscu zdobyć wiedzę, nowe możliwości ubogacenia. Podążanie drogą oznacza zmierzanie do jakiegoś celu, by osiągnąć pożądany status.
„Ludźmi gościńca” według dawnego prawa były osoby, które nie mają określonego statusu, a więc przynależności, miejsca zamieszkania, meldunku, „przypisania” do danej przestrzeni geograficznej i społecznej. Aby mogli dojść do celu, zrealizować swe zamiary, potrzebują pomocy kogoś, kto wesprze ich podczas drogi.
Formą wędrowania jest także ucieczka. Uciekinier wędruje spoglądając przede wszystkim za siebie, obawiając się przeszłości, którą porzuca, jakby go goniła i chciała dopaść. Strach i poczucie zagrożenia towarzyszy mu nieustannie, dlatego mniej ważne „dokąd?” jest dla niego pytanie „jak stąd uciec?”
Niekiedy motywem uchodźstwa jest poszukiwanie lepszego świata, bardziej stabilnego, sytego i przewidywalnego. Nie zawsze ucieczka prowadzi do odkrycia lepszego świata.
Masowym zjawiskiem, będącym najczęściej skutkiem wojen zewnętrznych lub wewnętrznych (domowych), jest deportacja wielkich mas ludzkich. Deportacja (łac. deportatio) to zesłanie, zsyłka - przymusowe przesiedlenie się jednostki lub całych grup społecznych, podyktowane przez dominującą władzę własnego kraju lub okupanta.
Ludzie wchodzą więc na drogi i bezdroża świata niekiedy w sposób świadomy – wędrując do celu z góry obranego. Niekiedy są na tę drogę wyrzuceni przez czynniki od nich niezależne, jak kataklizmy, trzęsienia ziemi, pożary, wojny czy walki wewnątrz danego państwa. Zawsze jednak jest to krok w niepewnym kierunku, zgoda na stąpanie po drogach, których się wcześniej nie znało, a więc poczucie bezpieczeństwa jest wówczas zachwiane, a jego los niepewny.
W Biblii starożytni Izraelici często byli w sytuacji obcych i przybyszów (hebr. „nakhri”, „obcy” ger”, „toshav”, „zar”). Jednak w rozumieniu Izraelitów „obcy” stanowili przeciwieństwo „swoich” – uchodzili za pogan (Pwt 14, 21, 15, 3; 32, 16) z którymi nie powinno się mieć nic wspólnego.
Obcy pasterz nie miał prawa do trzody. Biblia nie podaje jednolitej nauki odnośnie postepowania z obcymi, zwłaszcza, gdy chcieli zamieszkać w ziemi Izraela. Obcy pozostawał zawsze obcym – najczęściej oceniano ich negatywnie, stosując wobec nich epitety: „nic nie znaczący” (Iz 40, 15 – 17), „źródło pozyskiwania niewolników” (Kpł 25, 44), „pokusa” i „zły przykład” (Pwt 12, 30). Ich pobyt w Izraelu był ograniczony: nie mogli posiadać własności ziemskiej, pełnić funkcji religijnych, dzierżyć władzę (Pwt 17, 15). Nie mieli prawa darowania długów w roku szabatowym (Pwt 15, 3).
Gdy obcy przebywał dłużej, mógł stać się „osiadłym obcym” lub „chronionym obywatelem” (hebr. „ger”). Nie stawal się nigdy automatycznie „swoim”, lecz nie był też całkowicie obcym: mógł obchodzić szabat (Wj 20, 10; Pwt 5, 14), uczestniczyć w świetach (Pwt 16, 11), pościć w Jom Kipur (Kpł 16, 29), składać ofiary (Lb 15, 14 – 15), być obrzezany i uczestniczyć w uczcie paschalnej (Wj 12, 48 – 49; Lb 9, 14). Posiadali prawo pokłosia, dziesięciny, prawo schronienia w miastach azylu, odpoczynku w szabat. Wśród obcych wyróżnieni byli najemnicy, podejmujący pracę dla dobra Izraela (hebr. „toszab”) – byli traktowani jako półobywatele, lecz nie posiadali własności i byli wykluczeni z obchodów świata Paschy (Wj 12, 43 – 45). Wśród ob. cych istniała też grupa „niepowołanych” (hebr. „zar”) – postrzegani jako wrogowie społeczni, zagrażający bezpieczeństwu Izraela (por. Wj 29, 33; Lb 17, 5; Lm 5, 2; Jr 51, 51).
Wobec „obcych” zalecana była jednak gościnność, która była w starożytności rzeczą świętą. Wdowa, która przyjęła proroka Eliasza, doznała cudu, bo dzban mąki i baryłka oliwy, z której zaczerpnęła ostatnią garść mąki i ostatnia porcję oliwy, by przygotować jedzenia dla gościa, nigdy się odtąd nie opróżniały, aż do czasu, gdy Bóg zesłał deszcz na ziemię (zob. 1 Krl 17, 8 – 16).
W Nowym Testamencie „obcy” jest określany jako „barbarzyńca” (gr. „barbaros” – Kol 3, 11). Często widziano w nich nieprzyjaciela, rabusia, złodzieja (por. J 10, 5; Hbr 11, 34).
Jezus był także w sytuacji poszukiwania gościny. Pierwszy raz, gdy brzemienne Maryja z Józefem poszukiwali dla siebie miejsca w Betlejem. Nie było jednak wówczas dla Nich miejsca w gospodzie (Łk 2, 7). Nie było dla nich gościnnego pokoju i Jezus narodził się w pasterskiej grocie. Święta Rodzina poszukiwała gospody, kwatery, izby, pokoju gościnnego (określa się je greckim słowem „katalyma”). Identycznie określone jest miejsce, które poszukiwali uczniowie dla spożycia Ostatniej Wieczerzy. Jezus kazał przygotować Paschę do spożycia z uczniami w pokoju gościnnym, „katalyma”, który – według wskazówek Jezusa – uczniowie znaleźli. Nie była to izba nikogo z nich, ale wypożyczona, gościnna, dla przybyszów, którymi wówczas byli apostołowie i Jezus.
Wszystkie publiczne zalecenia Starego Testamentu dotyczące „obcych” nadal obowiązywały.
Z rozwojem Kościoła nauczano, że wszyscy winni siebie samych uważać za przybyszów na tym świecie (Dz 17, 21; Hbr 11, 13; 1 P 1, 1; Jk 1, 1). Ich ojczyzna jest bowiem w niebie (Rz 12, 2; Flp 3, 20). W Kościele nie ma „ksenoi” (obcych) ani „goim” (nie- Żydów).
Dla chrześcijan gościnność była jedną z podstawowych cnót, sprawdzianem miłosierdzia i potwierdzeniem prawdziwości słów modlitwy, które niekiedy łatwiej wypowiedzieć, niż przygotować przybyszowi gościnę. Św. Benedykt, zakonodawca, w swej Regule bardzo mocno podkreślał rangę gościnności i obowiązek jej praktykowania w każdym klasztorze. Każda wspólnota musiała mieć gościnne miejsce dla przybyszów, nie mogła nikogo odpędzić, gdy ktoś prosił o pomoc i wsparcie w drodze. Każdy człowiek ma prawo do swej ojczyzny, do kawałka własnego domu. Poszukując swojego miejsca na ziemi ma prawo do tymczasowego wsparcia i pomocy ze strony tych, którzy żyją w pobliżu jego drogi.
c. Porządek miłości
Miłość musi zachować otwartość wobec wszystkich, zachowując przy tym porządek. W chrześcijańskim myśleniu o miłości podkreśla się ogromne znaczenie tzw. „ordo caritatis” – „porządku miłości”. Wśród uczniów Jezusa św. Jan był szczególnie umiłowany. W starożytnym chrześcijaństwie wyraźnie wyróżniano miłość do braci (gr. philadelphia) , a więc do członków wspólnoty, od powszechniejszej miłości bliźniego. Podkreślano, że szczególne obowiązki miłości odnoszą się do rodziców i do domowników: „A jeśli kto nie dba o swoich, a zwłaszcza o domowników, wyparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego” (1 Tm 5, 8).
Kiedy mówimy o nakazie miłości, należy pamiętać, że istnieje bardzo dużo i różnych odniesień nazywanych w ten sposób. Wiąże się z nimi szereg obowiązków, które należy rozróżniać i umieć porządkować. „Porządek miłości” dotyczy w istocie dwóch zagadnień: zachowanie równowagi między miłością samego siebie a miłością bliźniego – czy jednostka ma prawo zachować własne dobro, gdy to zagraża dobru innych (np. lotnik w spadającym samolocie czy ma prawo wyskoczyć, a samolot runie na osiedle domów); oraz czy w przypadku oczekiwania pomocy przez wielu, mamy prawo ratować tych, którzy są nam najbliżsi?
Miłość samego siebie nie w każdym przypadku jest egoizmem, a więc złem moralnym. Bóg wzywa do odpowiedzialności za własne życie, za własne powołanie, za siebie samego. Taka odpowiedzialność dla chrześcijanina oznacza troskę o stan łaski, jedność z Bogiem, o doskonalenie siebie. Pośrednio jest to wezwanie do miłości samego siebie jako Bożego stworzenia napełnionego łaską.
Z miłością wiążą się obowiązki wynikające z możliwych potrzeb bliźnich lub samego siebie. Rozróżnia się zasadniczo trzy rodzaje potrzeb: potrzeba ostateczna skrajna (łac. extrema necessitas) – od zaspokojenia której zależy dalsze być albo nie być danej osoby; może zachodzić skrajne zagrożenie życia skrajna potrzeba cielesna) lub zagrożenie zbawienia (skrajna potrzeba duchowa); potrzeba ciężka, poważna (łac. necessitas gravis) – gdy człowiek bez pomocy nie jest w stanie uniknąć znacznej przeszkody w swym życiu doczesnym lub duchowym; potrzeba lekka, zwyczajna (necessitas habitualis) – gdy ktoś znajduje się w sytuacji trudnej, którą sam może prawie w całości przezwyciężyć. Owo rozróżnienie jest niekiedy bardzo trudne i wymaga dużej roztropności i rozeznania sytuacji.
Potrzeby duchowe mają zawsze wyższą wartość niż doczesne, chociaż w niektórych sytuacjach zaangażowanie w zaspokojenie potrzeb materialnych może okazać się niezwykle ważne. Przy czym istotne są nie tylko potrzeby oczekujących pomocy, ale i potrzeby udzielającego pomocy. Kapelan wojskowy kocha dobro duchowe żołnierzy i w niebezpiecznych sytuacjach na froncie idzie do rannych, by udzielić im sakramenty – kocha bowi8em owo dobro duchowe bardziej niż własne ciało, dlatego naraża własne życie.
Nie można podać szczegółowych reguł porządku miłości – zbyt duża jest różnorodność sytuacji, które to zagadnienie dotyczy. Sformułowano więc jedynie ogólne zasady:
- Miłość bliźniego nie może zobowiązywać do zbyt wielkich ofiar;
- Dobro wspólne ma pierwszeństwo przed dobrem jednostki – zarówno własnym jak i poszczególnych bliźnich;
- Każdy jest odpowiedzialny przede wszystkim za siebie;
- Porządek miłości obiektywnie nie domaga się wprost poświęcenia własnych dóbr materialnych lub – co więcej – życia na rzecz bliźniego;
- Chrześcijanin jest zobowiązany do pomocy bliźniemu, który znajduje się w skrajnej potrzebie duchowej nawet za cenę poważnych ofiar o charakterze doczesnym, a nawet za cenę życia;
- W przypadku lżejszej potrzeby, nie ma obowiązku pomagania wszystkim, którzy o to wyraźnie nas proszą, a tym bardziej wszystkim w ogóle;
- W miłości bliźniego chrześcijanin może i powinien dać pierwszeństwo tym, którzy są mu bliżsi z racji pokrewieństwa, czy też innych, podobnie silnych, powiązań.
Św. Franciszek Salezy, który wiele pisał na temat „ordo caritatis”, uczył: „Jeśli twój ojciec i matka znajdują się w potrzebie i konieczność wymaga, abyś zatroszczył się o ich utrzymanie, nie czas wtedy o pójściu za radą wycofania się do klasztoru. Miłość bowiem żąda od ciebie, abyś przede wszystkim wykonał jej przykazanie uczczenia ojca i matki, służenia im, wspomagania ich i poratowania. Masz zdrowie wątłe i chwiejne, wymagające ustawicznej troskliwości – Nie obarczaj się dobrowolnie całkowitym ubóstwem, gdyż miłość zabrania ci tego. Miłość nie tylko zakazuje ojcom rodzin wszystkiego sprzedawać, aby rozdać ubogim, lecz wręcz przeciwnie nakazuje im uczciwie zdobywać środki potrzebne do należytego wychowania dzieci oraz utrzymania żony, dzieci i domowników. Czyż św. Paweł nie radzi małżonkom, aby spędziwszy czas jakiś na modlitwie, powracali znów do zwykłego trybu swego małżeńskiego życia?” (Filotea, w: Wybór pism, Warszawa 1956, s. 282).
d. Wobec imigrantów
Pomoc niesiona imigrantom nie jest absolutnym i bezwzględnym nakazem, pozostającym poza „porządkiem miłości”. Musi być ona roztropna i rozważna, zważając na dobro swego domu i najbliższych, bez obawy o otwieranie nowych zagrożeń dla tych, których kochamy i stali się szczególnymi podopiecznymi naszej troski i starań o dobro.
Ewangelia ma być źródłem mądrości Bożej, a nie naiwności. Chrześcijanin ma prawo i obowiązek troszczyć się wpierw o własną rodzinę, parafię i swój naród, a dopiero później o całą rodzinę ludzką. Św. Tomasz z Akwinu (Suma teologicznsa, IIa – Iiae, q.26) bardzo ostro krytykował tezę, że miłość wobec każdego bliźniego ma być zawsze równa. Powszechnie w starożytności i w średniowieczu przyjmowano za oczywiste twierdzenie, że przyjaźń jest partykularna, a więc nie jest równa. Według watykańskiego moralisty, o. Wojciecha Giertycha OP, który wykładał to zagadnienie w Angelicum w Rzymie: w klasztorach zaczęto polemizować z tezą św. Tomasza, gdyż obawiano się miłości partykularnej – z obawy przed homoseksualizmem.
Łatwo zauważalne jest, że praktycznie z jednymi ludźmi jesteśmy „bliżej”, a z innymi „dalej”, co nie jest traktowane jako brak czy grzech. Miłość caritas wpisuje się w nasze naturalne umiłowanie ludzi -uzdalnia do zaprzyjaźnienia się z Bogiem i do zaprzyjaźnienia się z ludźmi ze względu na Boga. W tej miłości – caritas – jest pewna hierarchia - czyli ordo caritas. Najpierw kochamy Boga ze względu na Niego samego, ponieważ On nas pierwszy umiłował. Potem kochamy siebie samego ze względu na Boga, a więc nasze duchowe dobro, zmierzanie do świętości. Najpierw troszczymy się więc o własną świętość, potem o dobro bliźnich – również o ich dobro materialne. Wpierw jednak kochamy bliźnich chcąc, by też uczestniczyli w dobrach duchowych, w przyjaźni z Bogiem. Kochamy ludzi ze względu na Boga, a nie Boga w ludziach. Jeśli bliźni jest głodny, to go karmimy ze względu na Boga.
Z pewnością zaś bardziej troszczymy się o własną rodzinę i jej potrzeby, niż o głodnych w innych regionach świata, chociaż tamci głodni mogą być bardziej głodni niż nasi bliscy. Dawanie jałmużny nie może okradać bliskich, czy usprawiedliwiać obojętności wobec zobowiązań ciążących na danym wierzącym wobec wspólnoty, w której trwa.
Przyjmowanie imigrantów przez dane społeczeństwo musi być roztropne, a nie być akceptacją samobójczych - wobec własnego społeczeństwa – wezwań polityków. Gdy wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, J. D. Vance, odwołał się do zasady ordo caritatis, uzasadniając konieczność obrony granic USA przed nielegalnymi imigrantami, był za to – niesłusznie – krytykowany. Politycy różnych orientacji partyjnych mają własne rozumienie „dobra wspólnego”, często niewłaściwie i mylnie przywołując dla swych teorii katolicką naukę społeczna.
Miłosierdzie wzywa przede wszystkim do realizmu w ocenie swych możliwości ekonomicznych, skali możliwych wyrzeczeń i aktów postu. Obrona tego, co ważne i cenne społecznie, zabezpieczenie stanu pokoju społecznego i integralności wspólnoty, jest jak najbardziej słuszne. To dojrzałe i realistyczne „porządkowanie miłości”.
Caritas – miłość braterska, jest miejscem dla zdrowej i serdecznej relacji z innymi. Nie ma w tym nic złego, że jest ona zróżnicowana: jednym lubimy więcej, innych mniej, lecz nikogo nie wolno nienawidzić i szkodzić mu. To normalne, że wobec jednych ludzi utrzymujemy większy dystans, a innych „kochamy bardziej” – jak to określamy potocznie nawet wobec swych krewnych i bliskich. Wszystkich kochamy – ze względu na Boga, pragnąc dla nich świętości, lecz w codzienności wyrażamy tę miłość na różne sposoby, w skali, jaka jest w danej sytuacji dla nas możliwa.
Ks. Andrzej Zwoliński






