14 listopada 2020
Autor

Redaktor PCH24.pl

Michał Wałach: brukselski homodyktat, czyli polexit coraz bardziej konieczny

(Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay.com (Capri23auto))

Tekst opublikowano 14 listopada, a więc jeszcze przed zawetowaniem przez Polskę budżetu UE. Mimo tego nadal pozostaje aktualny, gdyż nie ma pewności co do ostatecznych rozstrzygnięć w tej sprawie i charakteru ewentualnych porozumień na linii Bruksela-Warszawa.

 

Granice brukselskiego dyktatu ideologicznego zdają się… nie istnieć, co oznacza, że wyjście Polski z Unii Europejskiej – choć cały czas mało prawdopodobne – staje się coraz bardziej konieczne, a jeśli nawet przyjdzie za to zapłacić olbrzymią cenę, to w interesie trwania narodu przy najważniejszych pryncypiach: warto.

 

Kilka dni temu Komisja Europejska przedstawiła strategię na rzecz „równości” osób związanych ze środowiskami LGBTIQ. Celem jest walka z homofobiczną „mową nienawiści” (co w praktyce może oznaczać nawet karanie więzieniem za krytykę homoseksualizmu lub nazywanie go grzechem) oraz uznane na terenie całej UE rzekomego „rodzicielstwa” jednopłciowych par (a więc uznanie za „fakt” czegoś, co faktem nie jest i nigdy nie będzie).

 

Prezentując ową strategię wiceszefowa KE Věra Jourová ubolewała nad faktem przyjmowania w Europie uchwał o „strefach wolnych od ideologii LGBTIQ”. Takich dokumentów nie ogłasza się jednak w jej ojczyźnie – Czechach – czy też nigdzie indziej od Portugalii po Finlandię, jak tylko w Polsce. Widać więc czarno na białym, że możemy spodziewać się skierowania ostrza unijnej strategii w nasz kraj.

 

Jak w praktyce miałaby wyglądać realizacja „tęczowej” strategii? Nie wiadomo, gdyż w wymiarze formalno-prawnym Unii Europejskiej nic do naszych przepisów dotyczących rodziny. Traktaty takich kompetencji dla rzeszy biurokratów nie przewidziały. Ci jednak – do szpiku kości przesiąknięci lewicowymi ideałami – nie lubią sprzeciwu. Cóż więc jakieś traktaty, jakieś papiery, jakieś regulacje, jakieś procedury… cóż tam, skoro spory kraj w środku kontynentu stawia ideologiczny opór. Trzeba więc działać. I to z całą stanowczością.

 

Choć dziś trudno wskazać sposoby naciskania na Polskę w sprawie realizowania postulatów lewicy walczącej o wolność od pasa w dół, spodziewać się można wykorzystania w tej materii niezwykle cenionych w naszym społeczeństwie funduszy unijnych. Tak się bowiem złożyło, że w ostatnich dniach – oprócz strategii Jourovej – „na tapetę” wrócił temat powiązania transferu nad Wisłę euro-środków z „praworządnością” i jakimiś mglistymi „europejskimi wartościami” (zwykle osoby posługujące się tą frazą mają na myśli raczej „wartości unijne” gdyż prawdziwe wartości europejskie to nic innego jak Nauczanie Kościoła, a nimi lewica szczerze gardzi). W tym wypadku jest podobnie jak w „tęczowym” planie działania: nie ważne, że trudno precyzyjnie zdefiniować „praworządność”, co daje potężne pole do nadużyć, gdyż niewykluczone, że właśnie o to chodzi – żeby posługiwać się pięknymi i wzniosłymi hasłami, które w praktyce nic nie znaczą i w żadnym dokumencie nie są należycie wyjaśnione, oddając jednocześnie interpretację owych terminów starszym, mądrzejszym i ważniejszym rozgrywającym europejskiej polityki. No bo przecież nie może być tak, że Polacy mówią „nie”, skoro Berlin i Paryż mówią „tak”.

 

Oczywiście jasnym jak słońce jest, że zgoda na powiązanie unijnych funduszy z realizacją postulatów homoseksualnego ruchu politycznego oznaczać będzie, że dotychczasowe środki staną się najzwyklejszymi brukselskimi srebrnikami. Niestety jednak już zastępy miejscowych jurgieltników zaczęły bić na alarm i straszyć, że oto polski rząd zdradza naród, bo pozbawia go środków do życia.

 

Mniejsza już o to, że wszyscy autorzy takich odezw – świadomie lub nie – deklarują, że Polaków mają za idiotów, co to bez sypniętego z pańskiej łaski grosza głodem będą przymierali, bo bez nadzoru Niemca z noł-hał w kieszeni nic w życiu osiągnąć nie potrafią. Machnijmy na takich jegomości ręką, bo przecież ten pogląd podzielają i rzesze tzw. zwykłych Polaków. Machnijmy, bo większy problem mamy z polskim rządem, który – owszem – jest przeciwko brukselskiemu dyktatowi, jest, ale… się nie zaciąga.

 

Mamy bowiem buńczuczne deklaracje, jak to Polska nie zawetuje budżetu UE i jak to Bruksela łamie traktaty próbując naciskać na nasz w sprawie homopostulatów. Retorycznie nieźle im to nawet wychodzi. Ale czy w praktyce przez ostatnie 5 lat polski rząd zrobił coś, by uniezależnić nasz kraj od strumienia euro, a więc i od politycznych oraz ideologicznych aberracji tych, którzy stoją przy kurku i ów strumyk mogą zakręcić? Czy w latach gospodarczej prosperity zaoszczędziliśmy własne, budżetowe pieniądze, aby w chudych latach móc samemu finansować walkę z kryzysem? Nic z tych rzeczy. Jak było dobrze, to hulaj dusza, a premier z rękawa sypał plusikami dla każdego, kto się tylko uśmiechnął, więc na w miarę zrównoważony budżet (bo o nadwyżce oczywiście nikt nad Wisłą nawet nie myślał) przyszło nam czekać do czasu… kompletnego chaosu. I tak zamiast równowagi mamy gargantuiczny deficyt. Czy w takiej sytuacji polski rząd pozwoli sobie na podskakiwanie i ryzyko utraty dostępu do euro? Oczywiście pod względem formalno-prawnym ma spore możliwości działania i obrony. Czy jednak okaże się dość stanowczy? Śmiem wątpić w odwagę kogoś, kto podkula ogon widząc na ulicach feministki, szczególnie, że poza nielicznymi sytuacjami spornymi PiS od początku swojego istnienia jest partią euro-entuzjastyczną.

 

Tymczasem nie da się wykluczyć, że brukselskie naciski w sprawie realizacji nad Wisłą politycznych żądań homolobby będą wymagały powiedzenia jednoznacznego i stanowczego: stop. W interesie narodu rozumianego nie tylko jako tu i teraz, ale także jako ciąg pokoleń, jako przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Być może więc za przetrwanie narodu w jego cywilizacyjnym, ale nawet biologicznym wymiarze, przyjdzie zapłacić potężną cenę i w czasie kryzysu samemu odciąć się od łatwych (choć przecież wcale nie „darmowych”) pieniędzy przychodzących z zewnątrz. Nie ma jednak kwoty, za jaką warto byłoby sprzedać swoją duszę.

 

 

Michał Wałach

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie