28 grudnia 2020

„Niech się mury pną do góry…”! Co nam da ta szczepionka? [OPINIA]

Już jest! Wyruszyła z Brukseli i zmierza ku naszym granicom. Pędzi w specjalnym samochodzie, a nawet w całym konwoju. Będzie niebawem. Blisko, coraz bliżej i… tak! Przekroczyła granice naszego kraju. Jest późno, właściwie noc. Do celu dotrze nad ranem. Gdy wszyscy Polacy będą odpoczywać z brzuszkami wypełnionymi świątecznymi śniadaniami, obiadami i kolacjami, przywita ją sam premier Mateusz Morawiecki. Kto to taki? No jak to kto: szczepionka.

 

Zasypiając w sobotę nie byliśmy jeszcze pewni czy kolejnego dnia obudzimy się w nowej rzeczywistości. Niby premier zapewniał, minister Niedzielski motywował do wytrwałości, a niezawodny szef kancelarii pana premiera, Michał Dworczyk ostrzegał już kilka dni temu, że to się wydarzy. A jednak – co bardziej wrażliwym łza spłynęła po policzku, gdy ujrzeli pielęgniarkę w szpitalu MSWiA przyjmującą pierwszą dawkę szczepionki. Tak, TEJ szczepionki, na którą świat czekał od tylu miesięcy, którą przepowiadał nam nieodżałowany minister Szumowski, a która od niedawna jest w Polsce.

 

Witał ją sam premier entuzjastycznymi wpisami na Facebooku, ugościł minister zdrowia, który w przerwie między kęsem makowca, a porcją rosołu, zapewnił nas w trakcie konferencji prasowej, że to właśnie ona – ta szczepionka – jest namacalną szansą pokonania jego – tego wirusa – o ile oczywiście wszyscy ją przyjmiemy. Radość zapanowała tak wielka, że aż sam szef rządu nie mógł uwierzyć, iż taki dar z Brukseli wpadł mu w ręce: upragnione stało się faktem i to w dodatku zaraz po Świętach Bożego Narodzenia. Tych radosnych i, to jasne, „magicznych”.

 

A jednak atmosfera nieco się zepsuła. Zaszczepiona pierwsza pielęgniarka nie wywołała zgodnego okrzyku radości wszystkich Polaków. Wbrew oczekiwaniom licznych mediów, jak jeden mąż przekonujących nas od tygodni, iż nic lepszego od szczepionki nie mogło nas spotkać, że to największy sukces od czasów zdobycia Kijowa przez Bolesława Chrobrego albo przyjęcia chrztu przez Mieszka, niektórzy twitterowicze i fejsbukowicze zaczęli kwestionować tę upiorną logikę, zakładającą, że już za kilka tygodni będziemy mieli nie nową już nawet, ale starą normalność. I tak podniosły nastrój zepsuły najpierw walki „antyszczepionkowców” z lekarzami przekonującymi, iż oni się na pewno zaszczepią i zachęcają, by inni się postąpili tak samo. Później do boju ruszyli publicyści: Piotr Semka nie rozumiał, dlaczego komuś szczepionka może wydawać się podejrzana, Marcin Makowski przekonywał o doniosłości momentu pierwszego zaszczepienia, zaś Tomasz Rożek biadolił nad hejtem w sieci skierowanym przeciwko zwolennikom szczepionek. Słowem: nakłuty balonik stopniowo traci powietrze.

 

W cały tym galimatiasie, pośród zachwytów nad kolejnymi historycznymi „pierwszymi szczepieniami” (pierwsze w Polsce, pierwsze w Małopolsce, pierwsze w Gdańsku itd.), zdążyliśmy chyba zapomnieć o tym, co dzieje się za oknami naszych domów. A tam nowa normalność w pełnej krasie. Właśnie bowiem powinniśmy zacząć cieszyć się spadkiem zakażeń koronawirusem i powrotem do stref zielonych, żółtych oraz czerwonych. To obiecywał nam sam premier, gdy zamykał restauracje, hotele i siłownie. Ręczył za to minister zdrowia dumny przecież, że udało się przedstawić Polakom plan walki z koronawirusem.

 

Kto jednak pamięta dziś o stu dniach odpowiedzialności – które właśnie dzisiaj miały się zakończyć – oraz kolejnych etapach łagodzenia obostrzeń? Nikt, bo przecież tkwimy w lockdownie. Nawet jeśli nazwiemy go „przedłużonym okresem odpowiedzialności z nowymi obostrzeniami” (jak chcą partyjne gołębie) czy „kwarantanną narodową” (czego chcą jastrzębie), to niewiele się w naszym życiu zmieni: część branż nadal będzie zdychać, a niektóre uratują się być może kolejnymi wygibasami, byle tylko ominąć coraz głupsze przepisy prawne. Dzieciaki będą, za przeproszeniem, nadal gnić w domach, bo przecież godzina policyjna dla nieletnich obowiązuje u nas od dawna, a w sylwestra to już kompletnie nie wiadomo co nam wolno, a czego nie wolno. Bo niby zapowiadanej przez ministra zdrowia godziny policyjnej nie będzie, ale – na co zwrócił uwagę niezawodny minister Dworczyk – zakaz wychodzenia z domu jednak będzie, tylko nie został nazwany „godziną policyjną” bo… na to nie pozwala ustawa, w oparciu o którą wydano rozporządzenie. Rozumiem aparatczykowskie maniery Dworczyka, wszak od tego premier ma szefa kancelarii, by ten tłumaczył w najmniej nawet mądry sposób każdą kretyńską decyzję swojego pryncypała. Ale przecież są jakieś granice robienia z nas idiotów. Albo jest podstawa prawna do zakazywania nam wychodzenia z domów, albo jej nie ma – tu sytuacja jest zerojedynkowa. Tak przynajmniej wygląda to w oczach normalnego człowieka. Wygląda jednak na to, że zdrowy rozsądek na dworze Morawieckiego bardzo podrożał.

 

Kłamstwa i mataczenia władzy, z jakimi mamy do czynienia od kilku miesięcy trwają w najlepsze. I, co gorsza, niewiele wskazuje, by cokolwiek miało się w tej sprawie zmienić. Psim obowiązkiem rządu jest zadbać o to, byśmy mogli w miarę normalnie i bezpiecznie funkcjonować w określonej rzeczywistości. Tą rzeczywistością jest dzisiaj świat ogarnięty pandemią koronawirusa. Moja opinia jest jasna: rząd nie zrobił właściwie niczego, byśmy mogli normalnie żyć i pracować w tych nienormalnych warunkach. Dlatego nie wierzę, że szczepionka to jakiś cudowny „lek na całe zło”, który w ciągu kilku miesięcy zamknie sprawę pandemii. To są jedynie marzenia ściętej głowy i kolejne manipulacje premiera Morawieckiego.

 

Tomasz Figura

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(113)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie
Więcej komentarzy