Paweł Chmielewski: Chleb „nowego Kościoła”. Wiara na innych zasadach?

mid-epa12916919.jpg
EPA/VATICAN MEDIA Dostawca: PAP/EPA.

Katolicyzm się zmienił. Rzeczy, które jeszcze niedawno uchodziły za gorszący skandal, dziś są zwykłą codziennością. Prawdy doktrynalne i moralne ustąpiły miejsca miłości bliźniego. To ona stała się główną przestrzenią zbawienia. To ma swoje gigantyczne konsekwencje.

Kiedy w grudniu 2025 roku władze anglikańskiego Kościoła Anglii podały, że arcybiskupem Canterbury zostanie kobieta, wybuchła burza. Coś takiego nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Wprawdzie anglikanie dopuścili już ordynację kobiet i robili je biskupkami, ale nigdy w Canterbury. W końcu arcybiskup Canterbury pełni w globalnej Wspólnocie Anglikańskiej rolę nieco podobną do papieża w Kościele katolickim.

Konserwatywni anglikanie zaczęli protestować. Część z nich ogłosiła, że wobec tej decyzji po prostu zrywa swoją więź z Canterbury: będą odtąd wyznawać chrześcijaństwo w wersji anglikańskiej, ale niezależnie. Drogę samodzielności wybrały wspólnoty anglikańskie w różnych krajach globalnego południa, przede wszystkim w Afryce. W Londynie nikt się tym jednak nie przejął. 25 marca 2026 roku urząd arcybiskupa Canterbury objęła pani Sarah Mullally.

Zróbmy to razem!

Mullally urodziła się w 1962 roku. Ordynację otrzymała w 2002 roku, a w 2015 roku została biskupem. Jest jedną z pierwszych kobiet we Wspólnocie Anglikańskiej, która przeszła tę drogę. Osadzenie jej w Canterbury stanowiło pewnie wyraz uznania dla jej zdolności przywódczych, ale zarazem – co do tego nie można mieć wątpliwości – jasną deklarację uznania, że płeć nie odgrywa w powołaniu duchownym w anglikanizmie żadnej roli. Jeżeli komuś się to nie podoba, trudno – niech odejdzie, Londyn chce iść w tej sprawie z duchem współczesności.

Po wyborze Sary Mullally wielu katolickich publicystów pisało, że ta decyzja znacząco pogorszy relacje Wspólnoty Anglikańskiej z Kościołem katolickim. Wprawdzie Rzym od dawna nie uznaje ważności święceń w tej wspólnocie, co ogłosił już papież Leon XIII w liście apostolskim „Apostolicae curae” z 1893 roku. Wprowadzenie u anglikanów ordynacji i biskupstwa kobiet, co wydarzyło się pod koniec XX wieku, było jednak dalszym krokiem zaostrzającym sytuację – a nominacja dla Mullally dobitnie to podkreśla. Okazało się jednak, że żadnego pogorszenia relacji nie ma. Papież Leon XIV i jego zaplecze zdecydowali się na przyjęcie wobec Mullally całkowicie otwartego stanowiska.

Jeszcze w marcu Ojciec Święty wysłał do nowej arcybiskup Canterbury krótkie gratulacje, gdzie zapewniał o modlitwie, dążeniu do jedności oraz wspólnocie wiary chrześcijańskiej. Wkrótce Sarah Mullally została zaproszona do Rzymu. Przyjechała tam pod koniec kwietnia, tuż po powrocie Leona XIV z Afryki – kontynentu, na którym doszło niedawno do podziału w anglikanizmie.

Zanim spotkała się z papieżem, odwiedziła wszystkie cztery bazyliki papieskie. W Bazylice św. Piotra Sarah Mullally modliła się przy grobie pierwszego papieża. Była też w położonej tuż obok Kaplicy Klementyńskiej. W sieci pojawiły się charakterystyczne zdjęcia. Mullally udziela biskupiego błogosławieństwa, a obok niej stoi katolicki biskup Flavio Pace, sekretarz w Dykasterii ds. Ekumenizmu z Kurii Rzymskiej. Biskup Pace pochylił głowę i wykonał znak krzyża, przyjmując błogosławieństwo udzielone przez Mullally.

Programowe kazanie anglikańska arcybiskup Mullally wygłosiła w anglikańskim kościele św. Pawła w Murach (St Paul's Within the Walls). Warto zwrócić uwagę na treść tej homilii. Mullally mówiła o jedności pomiędzy chrześcijanami. Według niej, jedności nie osiąga się tylko poprzez dialog teologiczny, ale wykuwa się ją w praktyce: „pomiędzy tymi, którzy żyją, modlą się i służą”, „pomiędzy tymi którzy spotykają się, słuchają i idą razem dzień po dniu”. „Jedność nie jest tylko wynegocjowana, jedność jest wcielana w życie” - powiedziała. Jak podkreśliła, ewangeliczność i Chrystusowość Kościoła widać nie tylko w jego życiu wewnętrznym, ale również w zewnętrznym. Wskazała na akty miłosierdzia: - troskę o zmarginalizowanych; - przyjmowanie obcych; - towarzyszenie uchodźcom i tym, którzy są pozbawieni domu, niedostrzegani i niewysłuchiwani.

To przemówienie wolno skonfrontować z treścią przesłania, jakie 20 marca wystosował do Mullally papież Leon XIV. Ojciec Święty wspomniał tam o istnieniu różnic teologicznych, ale podkreślił „wspólne rozpoznawanie w sobie braci i sióstr w Chrystusie poprzez nasz wspólny chrzest”. Papież nazwał Mullally „drogą siostrą”, wyraził nadzieję na przezwyciężanie podziałów celem lepszego głoszenia Ewangelii oraz na współpracę, by sprostać wyzwaniom, jakie „stoją dziś przed ludzką rodziną”.

Przy wszystkich różnicach, pobrzmiewa tu jeden wspólny akcent: uznanie różnic za praktycznie drugorzędne w obliczu wspólnego zadania, jakim jest posługa charytatywna w duchu Ewangelii.

Ten ton nie jest, oczywiście, zupełnie nowy: towarzyszy ekumenizmowi i dialogowi międzyreligijnemu od dziesięcioleci. Z przywódcami anglikanów spotykali się już poprzedni papieże, począwszy od Jana XXIII, a skończywszy na Franciszku, który utrzymywał szczególnie przyjacielskie relacje z poprzednikiem Mullally, arcybiskupem Canterbury Justinem Welbym.

Ton priorytetu charytatywnego byłby jednak nie do pomyślenia przed rewolucją dialogiczną, która rozpoczęła się w okolicach II Soboru Watykańskiego. Wcześniej różnice doktrynalne i moralne uważano za naprawdę istotne, a ścisłą współpracę pomimo tych różnic – za skandaliczną.

Założenie było proste: jeżeli katolicy będą współdziałać z protestantami jak bracia i siostry, to w praktyce podważą własne roszczenie do prawdy, wprowadzając zamiast niego sui generis relatywizm ekumeniczny. Tę obawę jednak odrzucono, a może raczej: zaakceptowano cenę, jaką trzeba zapłacić. Innymi słowy, współpraca na rzecz posługi charytatywnej w duchu Ewangelii została uznana za ważniejszą niż ewentualne skandale czy wątpliwości co do słuszności własnej teologii. Wymiar charytatywny zwyciężył.

Krytyk mógłby powiedzieć, że człowiek stał się ważniejszy od Boga, co miałoby być konsekwencją zwrotu antropologicznego, jaki przeprowadzono w teologii katolickiej, ze szczególnym wkładem ks. Karla Rahnera. Sympatyk tej zmiany odpowiedziałby, że jednego nie można przeciwstawiać drugiemu, bo miłość bliźniego zakłada miłość Boga – albo wprost albo pośrednio, a dla Chrystusa wyjście naprzeciw człowiekowi zawsze było ważniejsze niż zaadresowanie jego grzechu. Dlatego Zbawiciel najpierw uratował cudzołożnicę przed ukamienowaniem, a dopiero później ją napomniał. Nie uzależniał swojej pomocy od akceptacji prawd moralnych i doktrynalnych. Krytyk odpowie znowu: to prawda, ale nigdy nie zapominał o pouczeniu; tymczasem współczesny priorytet jedności w posłudze charytatywnej wymiar doktrynalny po prostu spycha na bok, zamykając go w jakichś specjalistycznych gremiach teologicznych, bez żadnego połączenia z praktycznym i codziennym życiem.

Priorytetyzacja wymiaru charytatywnego objawia się też w innych obszarach. Kiedy Leon XIV wracał samolotem z Afryki, jeden z dziennikarzy zapytał go o błogosławienie par homoseksualnych w Niemczech. Niedawno takie błogosławieństwa wprowadził kardynał Reinhard Marx z Monachium. Watykan dopuszcza tę praktykę, pod warunkiem, że jest nieuroczysta i spontaniczna, poza kontekstem liturgicznym. W Niemczech jest inaczej, błogosławieństwa są ceremonialne i przypominają czynności liturgiczne. Papież Leon XIV zdystansował się od tego, co robią biskupi w Niemczech. Zanim to uczynił, zdystansował się jednak od czegoś innego: od samego tematu.

Powiedział, że „przede wszystkim” trzeba pamiętać, że moralność seksualna nie jest tak ważna, jak moralność dotycząca „sprawiedliwości, równości, wolności mężczyzn i kobiet i wolności religijnej”. „To powinno mieć priorytet” wobec moralności seksualnej, zaznaczył.

Stosunek do innych ludzi – sprawiedliwość, równość, wolność – zostaje oceniona jako rzecz kluczowa, coś, co naprawdę powinno nas zajmować. Ułożenie relacji seksualnych, błogosławienie par LGBT… papież nie kwestionuje wewnętrznej wagi tych tematów, ale odsuwa je na bok. Tak, jak z anglikanami: może i są różnice teologiczne, ale najważniejsze jest wspólne świadectwo życia chrztem i Ewangelią, które ma służyć jedności posługi na rzecz bliźniego. Miejsce anglikanów mogą zająć geje i lesbijki. Żyją wprawdzie w sposób niezgodny z katolicką nauką moralną, ale mogą być ludźmi niosącymi sprawiedliwość, równość i wolność, na tym się skupmy.

 Ks. Karl Rahner uczył, że kto miłuje bliźniego, ten miłuje Boga – choćby sam o tym nie wiedział. „W miłości bliźniego, o ile jest prawdziwa i przyjmuje do końca swą własną niepojętą istotę, dana jest już cała chrześcijańska rzeczywistość zbawcza, całe chrześcijaństwo, które co prawda ma się dopiero rozwinąć w swej pełni, takiej jak ją znamy i strzeżemy, lecz ujęte jest już u swych najbardziej pierwotnych korzeniach, gdy jeden człowiek drugiego prawdziwie i «do końca» [umiłował]” – pisał Rahner.

Jan Paweł II i Benedykt XVI nie przyjmowali w pełni tego nauczania. Kontynuując dialogizm Jana XXIII i Pawła VI, starali się jednak – w różnym zakresie – o podtrzymanie wcześniejszej roli doktryny. Wychodziło im to różnie, co było widoczne w zwłaszcza w przypadku Jana Pawła II za sprawą jego oddania dialogowi ekumenicznemu i międzyreligijnemu. W doktrynie moralnej papież Wojtyła nie oddawał jednak pola, Benedykt XVI starał się nie robić tego nigdzie.

Sytuacja zmieniła się dość radykalnie 13 marca 2013 roku. Papież Franciszek przyjął Rahnerowski zwrot antropologiczny w całej jego rozciągłości. Wyciągnął z tego konsekwencje: wielokrotnie lekceważył moralność seksualną, wyciągając rękę do środowisk homoseksualnych; pozwalał na ich błogosławienie; otwierał drzwi rozwodnikom w powtórnych związkach; prowadził intensywny dialog, prezentując inne religie jako drogę do Boga. Warunek: wszędzie musiał istnieć silny komponent miłości bliźniego. Jeżeli ktoś miłuje, wchodzi w przestrzeń zbawienia, a jego moralne nieuporządkowanie czy błędy doktrynalne stają się drugorzędne. Tak, jak uczył Rahner: w miłości bliźniego ma być zawarta cała rzeczywistość zbawcza, uświadomiona czy nie.

Po roku rządów Leona XIV widać wyraźnie: kolejnej zmiany nie będzie. Papież Prevost idzie drogą, którą wyznaczył jego poprzednik. Przejawia się to w moralności, przejawia w ekumenizmie. Wielkie problemy doktrynalne są dla Leona drugorzędne. Jakiś czas temu został zapytany o to, czy można byłoby dopuścić kobiety do diakonatu. Zbył to pytanie, mówiąc, że „obecnie” nie widzi takiej możliwości. Zapytany o akceptację homoseksualizmu odparł, że „póki co” trzeba pracować nad zmianą kulturową w Kościele.

Dla Leona, jak się wydaje, te kwestie nie mają dużego znaczenia: można odpowiadać na nie w ten albo inny sposób. Jeżeli Leon wybiera podejście konserwatywne, to nie czyni tego chyba z wewnętrznego przekonania, że prawda jest tu ściśle określona – ale dlatego, że nie chce powodować zaburzeń w ciele Kościoła.

Leon nie odrzuca kategorii prawdy, ale sytuuje ją w innym miejscu: w obszarze miłości Boga i bliźniego, praktycznie nierozłącznych i nierozróżnialnych. Tak samo robił Franciszek. Tak samo robią anglikanie, Justin Welby czy Sarah Mullally. Tak samo robią niemieccy biskupi, dla których najważniejszym elementem życia chrześcijańskiego jest posługa charytatywna. Tak samo uczył Karl Rahner.

Taki jest po prostu nowy katolicyzm. Ziarna zostały zasiane w Oświeceniu. Wzrastały w czasie II wojny światowej i w okresie powojennym. Po II Soborze Watykańskim zasiew zaczął dojrzewać, ale dopiero Franciszek zdecydował się na zebranie plonów. Leon XIV może być tym, który wypiecze z nich nowy chrześcijański chleb, karmiąc nim cały Kościół – i na trwałe przekształcając sposób rozumienia i przeżywania wiary.

Zobaczymy, czy wierni będą chcieli ten chleb spożywać.

Paweł Chmielewski

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: