18 stycznia 2018
Autor

Porzuceni, ale wierni. Bo małżeństwo jest nierozerwalne

(Fot.:pixabay.com)

Nie rezygnuję z tej troski i zmagań, bo małżeństwo, w którym jestem, zostało przypieczętowane sakramentem. Jak wiemy nie ma sakramentu rodzicielstwa, rodziny, czy tym bardziej rozwodu, ale jest sakrament małżeństwa i jako sakrament ma ono trwać „dopóki śmierć ich nie rozłączy”. Przymierze małżeńskie zawarte jest między trzema osobami dwojgiem małżonków i Bogiem. Bowiem to Bóg łączy sakramentem małżonków, którzy Go do swego związku, podczas ślubu, zapraszają – mówi Robert Łajewski, lider Ogniska Wspólnoty Trudnych Małżeństw Sychar w Białymstoku w rozmowie z Adamem Białousem.

 

Dotknął Pana dramat rozbicia małżeństwa?

 

Ja i żona pochodzimy z Białegostoku. Oboje jesteśmy katolikami. Poznaliśmy się, w duszpasterstwie akademickim. Co, jakby się mogło wydawać, miało stanowić gwarancję, że nic naszemu małżeństwu nie grozi. Po ślubie, który zawarliśmy 10 lat temu, przeprowadziliśmy się do Warszawy. Tam urodził się nasz syn, który obecnie ma 9 lat. Jednak nasza relacja małżeńska, zamiast umacniać się, zaczęła słabnąć. Zwłaszcza od czasu, kiedy po urodzeniu syna, przestaliśmy się razem modlić. W końcu zostaliśmy zupełnie rozdzieleni. Od Już od 7 lat nie jesteśmy razem.

 

Jednak Pan się nie poddaje i nadal wierzy, że wasz sakramentalny związek jest do uratowania?

 

Charyzmat Wspólnoty Sychar można zawrzeć w zdaniu „Każde trudne małżeństwo jest do uratowania”. Wierzę, że i nasze małżeństwo zostanie uratowane. Dlatego m.in. nie zgadzam się na rozwód cywilny. Choć moja żona od 5 lat walczy o to w sądzie. Pan Jezus powiedział „Co Bóg złączył niech człowiek nie rozdziela”. Dlatego nie ma takich przeszkód, które uniemożliwiłby powrót małżonków do siebie, jeśli oczywiście oni oboje tego pragną. Okazuje się, że nawet dzieci, które urodziły się w związkach pozamałżeńskich, kochanek czy kochanka, teściowie czy rodzice i żaden inny człowiek nie mogą wówczas być przeszkodą, aby do siebie wrócić. 

 

Zna Pan przykłady powrotów do współmałżonka po długim okresie życia z dala od siebie?

 

Znam liczne tego przykłady. Nawet w naszym białostockim ognisku Wspólnoty, które istnieje zaledwie 3,5 roku, już dziewięć par małżeńskich zeszło się na nowo i znów żyją razem. Bardzo mocnym świadectwem powrotu małżonków do siebie, jest historia Ani i Andrzeja, którzy mieszkają niedaleko Warszawy. Oni opowiadają historię swojego małżeństwa na naszych rekolekcjach, a ostatnio, przed Świętami Bożego Narodzenia przedstawiali ją w audycji katolickiej emitowanej w pierwszym programie TVP.

 

Ania po trzech latach małżeństwa, odeszła od męża Andrzeja i związała się z kolegą z pracy. Ma z nim troje dzieci. Nawracać się zaczęła, kiedy jej najstarsza córka przygotowywała się do Pierwszej Komunii Świętej. Uświadomiła sobie wówczas boleśnie, że przez grzech złamania małżeńskiej przysięgi, nie może przystępować do Komunii Świętej, a bardzo tego pragnęła. Nastąpiła w niej duchowa przemiana. Po jakimś czasie spotkała przypadkiem męża, chociaż jak wiemy w Bożym działaniu nie ma przypadków. Od tego momentu małżonkowie rozpoczęli drogę powrotu do siebie. Nie była ona łatwa.

 

Ania zdecydowała się rozstać ze swoim partnerem, z którym ma troje dzieci, Andrzej zostawił swoją partnerkę, z którą ma dziecko. Zrobili to i po 13 latach życia poza małżeństwem znów zaczęli żyć jak małżonkowie. Przed rozstaniem nie mieli ze sobą dzieci, obecnie mają ich już dwójkę. Wychowują również swoje dzieci, które przyszły na świat w związkach pozamałżeńskich. Ta historia oraz wiele innych historii przezwyciężenia głębokiego kryzysu małżeńskiego przedstawionych jest w książce „Sychar. Ile jest warta twoja obrączka”, autorstwa Anny Jednej, liderki ogniska Sychar w Poznaniu.

 

Powiem też, że 3,5 roku temu zainicjowałem powstanie w Białymstoku ogniska Sychar.  Opiekunem duchowym naszego ogniska jest ks. dr Józef Kozłowski. Jest on również duszpasterzem rodzin. Nasza wspólnota pokazuje wartość nierozerwalnego małżeństwa sakramentalnego. My nie zgadzamy się na rozwody. Głównym celem naszej działalności jest pomoc osobom, które znalazły się w kryzysie małżeńskim i to na różnych jego etapach. 

 

Jaka jest droga do pokonania kryzysu i powrotu małżonków do siebie?

 

Początkiem tej drogi jest rozpoczęcie nawracania się, przynajmniej jednego z małżonków, do Boga. Ja miałem takie duchowe przebudzenie. Trafiłem do Wspólnoty Sychar. Pierwszym etapem procesu zmiany patrzenia na obecną sytuację, jest pewnego rodzaju duchowa żałoba, która doprowadziła mnie do pogodzenia się z tą sytuacją. Trwała ona półtora roku. Po tym  czasie pogodziłem się z faktem, że teraz nie jestem z żoną, z synem, nie jestem w swojej rodzinie. Teraz tak jest, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie inaczej, że kiedyś znów będziemy mogli być razem.

 

Ja przez półtora roku żałoby nie byłem w stanie włączyć radia. Nie dałem rady słuchać muzyki. Jednak z czasem, kiedy brałem udział w organizowanych przez Sychar warsztatach, spotkaniach, rekolekcjach moje myślenie i odczuwanie zaczęło się zmieniać. Takim przełomem był udział w rekolekcjach ignacjańskich „Fundament”. Od tamtej pory zacząłem poważnie pracować nad uzdrowieniem mojej relacji z Bogiem, która jak to sobie dopiero wówczas uświadomiłem, była bardzo mizerna. Również w tym czasie zacząłem rozumieć, co ja właściwie podczas ślubu w kościele, w obliczu Boga, przysięgłem żonie. Jak ogromną ma to wartość. Jestem odpowiedzialny za moją część przysięgi.

 

Co daje Panu bycie we Wspólnocie Sychar?

 

Do Wspólnoty Sychar w Warszawie trafiłem 7 lat temu. Tam, doświadczyłem wielkiego wsparcia. Dano mi odczuć, że ze swoim cierpieniem nie jestem sam. Poczułem się zrozumiany, gdyż we wspólnocie są osoby w sytuacji podobnej jak moja. Otrzymałem też odpowiedź na dręczące mnie pytanie, co mogę zrobić w obliczu naszego głębokiego kryzysu małżeńskiego. We wspólnocie uświadomiłem sobie, że nie mam wpływu na to, co robi żona, jakie podejmuje decyzje w odniesieniu do naszego małżeństwa. Jednak ja mogę zrobić w tej kwestii wiele. Mogę być wierny swojej przysiędze małżeńskiej, którą składałem w obliczu Boga. Mogę dbać o swój rozwój, przede wszystkim duchowy, intelektualny. Najpierw trzeba zrobić porządek ze sobą, żeby stworzyć dobra relację z innymi.

 

Wspólnota Sychar dała mi wiele narzędzi, potrzebnych do prowadzenia tego rozwoju. Zaoferowała spotkania – które na ogół odbywają się raz lub dwa razy w miesiącu, poza tym rekolekcje, konferencje, materiały, które uczą jak postępować w sytuacji, w jakiej się znalazłem. Dzięki temu przestałem zamęczać się destrukcyjnymi pytaniami: dlaczego tak się stało, dlaczego ja doświadczam tego cierpienia, a w to miejsce pojawiło się konstruktywne pytanie: po co? Szukając odpowiedzi na to pytanie, doszedłem do przekonania, że muszę jeszcze wiele pracować nad sobą, nad swoimi wadami, nad moim byciem mężem, ojcem, człowiekiem.

 

Jako mąż, ojciec i prawnik, uważa Pan, że rozwód to rozwiązanie przynoszące złe skutki?

 

Jeszcze jakieś sto lat temu osobie, która opuściła swojego współmałżonka, nie podawano ręki. Taka osoba traciła zdolność honorową. To było nie do pomyślenia. Zmieniło to dopiero wprowadzenie do systemu prawnego rozwodu, co stało się kilkadziesiąt lat temu w Polsce. Od dłuższego czasu funkcjonuje w myśleniu społecznym coś takiego jak mentalność rozwodowa. Kiedy tylko wystąpią jakieś trudności w małżeństwie, to coraz częściej małżonkowie idą do sądu po rozwód. Nie naprawiają relacji, nie pracują nad nią, tylko kasują. Dlatego teraz, sędzia w Sądzie Okręgowym w ciągu 15 minut, w przypadku kiedy jest zgoda na rozwód obu stron, rozbija rodzinę, która trwała kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.

 

Sprawy jak alimenty, władza rodzicielska, kontakty z dzieckiem, opieka, czy kuratela są rozstrzygane w nota bene Sądzie Rodzinnym. Zresztą nazwa Sąd Rodzinny, który de facto nie sprzyja na ogół odbudowywaniu,  scalaniu i naprawianiu rodzin i relacji, a raczej rozbija i niszczy rodziny, delikatnie mówiąc, może wydawać się myląca. I nie ważne jest, przy tym orzekaniu, jak z tego powodu cierpią dzieci, główne ofiary rozwodów.

 

 

Złe skutki rozwodów są bardzo daleko idące, sięgają nawet w następne pokolenia, nazywane DDRR – dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców. Nieumiejętność budowania trwałych więzi, wzrost przestępczości, choroby i zaburzenia psychiczne, dysfunkcje społeczne, samobójstwa, rozbite małżeństwa oraz inne dramaty, to tylko niektóre następstwa rozwodu.

 

Takie są wyniki długoletnich badań przeprowadzonych w USA przez prof. Judith Wallerstein. Opublikowała je ona w swojej książce pt. „Unexpected legacy of divorce”. Wyniki tych badań jasno pokazują, że najgorsze co rodzice mogą zrobić swoim dzieciom to rozwieść się. W polskim prawie jest głęboka sprzeczność prawna jeśli chodzi o rozwody. Mówię to jako prawnik. Bowiem w artykule 18 Konstytucji RP, jest umieszczona zasada ochrony rodziny, a jednocześnie rozwody, które niszczą, rozbijają rodzinę, są legalne. Rodzina jest niedostatecznie chroniona prawnie. A trzeba wiedzieć, że liczba rozwodów stale rośnie. W roku 2016 było ponad 180 tys. ślubów i ponad 64 tyś. rozwodów. A w dużych miastach, takich jak Warszawa, stosunek ilości orzekanych rozwodów, do ilości zawieranych małżeństw sięga 44 procent! 

 

Czy nie lepszym rozwiązaniem prawnym dla wielu skłóconych małżeństw, które idą po rozwód do sądu, jest instytucja separacji?

 

Separacja jest o wiele lepszym rozwiązaniem i w większości przypadków małżeństw, które chcą się rozstać, można by ją skutecznie zastosować. Instytucja separacji istnieje nie tylko na gruncie prawa cywilnego, ale i kanonicznego. Separacja daje pole i czas dla uporządkowania pewnych konfliktowych sytuacji między małżonkami. Można wtedy zamieszkać, nie podejmując działań w afekcie, będąc w wielkich negatywnych emocjach, które towarzyszą głębokiemu kryzysowi małżeństwa. Również separacja dobrze służy w sytuacji, kiedy jeden z małżonków posiada jakiś silny, destrukcyjny nałóg, jest agresywny, po prostu nie dojrzał do bycia w związku małżeńskim, w rodzinie. 

 

Nie zamierza Pan zrezygnować z walki o wasze małżeństwo?

 

Nie rezygnuję z tej troski i zmagań, bo małżeństwo, w którym jestem, zostało przypieczętowane sakramentem. Jak wiemy nie ma sakramentu rodzicielstwa, rodziny, czy tym bardziej rozwodu, ale jest sakrament małżeństwa i jako sakrament ma ono trwać „dopóki śmierć ich nie rozłączy”. Przymierze małżeńskie zawarte jest między trzema osobami dwojgiem małżonków i Bogiem. Bowiem to Bóg łączy sakramentem małżonków, którzy Go do swego związku, podczas ślubu, zapraszają.

 

Dziękuję za rozmowę

 

Adam Białous

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie