19 lutego 2021
Autor

Marcin Austyn

Zobacz inne artykuły

Przemysł rozwodowy

(Fot. Wlodzimierz Wasyluk/ Forum)

Wielkie powierzchnie, setki wystawców, spotkania z ekspertami, mnogość ofert – słowem: targi. Taki widok w zasadzie nikogo już nie dziwi. Mamy targi książki, budownictwa, techniki wojskowej, ślubne… I tylko ponurym świadectwem naszych czasów jest fakt istnienia targów rozwodowych. Tak! Tragedia małżonków stała się dziś dla innych okazją do rozkręcenia biznesu. Nisza? A skądże! Śmiało możemy już mówić o „przemyśle rozwodowym”.

 

W Polsce sprawy nie zaszły jeszcze bardzo daleko, ale – co tu dużo mówić – sporo już mamy na sumieniu. I ciągle gonimy Zachód. Tam targi rozwodowe to już imprezy całkiem sporych rozmiarów!

 

Cóż takiego można zaproponować rozstającym się małżonkom? Spójrzmy na Brighton, gdzie w tym roku odbyła się taka „impreza”. Przybyli na nią eksperci od prawa spadkowego i wszelkiej maści doradcy finansowi, ale też psychologowie, uzdrowiciele i specjaliści od kultury Dalekiego Wschodu. Byli również sprzedawcy butów i garderoby, cukiernicy, a nawet przedstawiciele biur podróży.

 

Okazuje się bowiem, że rozpad małżeństwa to znakomita okazja do złowienia klienta. Bo przecież trzeba zadbać o finanse po rozstaniu, trzeba poprawić sobie samopoczucie – a to zmieniając fryzurę czy styl ubierania albo… wyznanie. Są wszak „duchowi przewodnicy”, którzy nie tylko chętnie poprowadzą uroczystość zaślubin, ale i „uświęcą” rozstanie specjalną ceremonią. Znajdzie się i fotograf, który „strzeli” porozwodową fotkę. Sektor rozkwita. I jeśli przyjąć za jego początek pierwsze targi rozwodowe w Wiedniu – to liczy sobie już prawie trzynaście lat. Są już stali bywalcy tychże targów, „zaliczający” równolegle… kolejne rozwody.

 

Polskie klimaty

Czy podobne sceny mogą wydarzyć się w Polsce? Zapewne trudno nam wyobrazić sobie w naszym kraju radosnych pastorów na ceremoniach rozwodowych. I słusznie. Bo też i „przemysł rozwodowy” w Polsce ma – przynajmniej na razie – zgoła inne oblicze. Mimo iż nie organizuje się jeszcze wokół niego targów, to jednak nie ulega wątpliwości, że sektor, wraz z rosnącą liczbą rozwodów, rozwija się. Ma charakter bardziej zinstytucjonalizowany. Działają w nim głównie… sędziowie, prawnicy, kuratorzy, a także policjanci czy pracownicy opieki społecznej (walka z tak zwaną przemocą domową i procedura „niebieskiej karty”) – przedstawiciele zawodów zaangażowanych w przypadku wejścia na „ścieżkę rozwodową”.

 

W ocenie Lecha Osikowicza, który zawraca uwagę na to zjawisko, czynnik finansowy ma tu spore znaczenie, bo ludzie pełniący zawody związane z rozwodami są finansowani z podatków. Nie jest więc w ich interesie to, by rozwodów było mniej. Przeciwnie. Więcej rozwodów to szansa na zawodowy rozwój. Rzecz jasna, trudno zarzucać wszystkim złą wolę – wszak wiele osób kształciło się w danym kierunku z myślą o niesieniu pomocy innym. Problem jednak w tym, że funkcjonujący w Polsce system jest zły, bo nastawiony na konflikt małżonków – to on uruchamia całą maszynerię związaną z rozstaniem i wyznaczeniem opieki nad dziećmi. Często hasłem-wytrychem jest tu „dobro dziecka”. Problem stanowi jednak sposób jego rozumienia i wynikające z tego decyzje dotyczące losu nieletnich.

Niestety, przedstawiciele zawodów „wrzuconych” w przemysł rozwodowy rzadko kiedy dostrzegają jego mankamenty. Funkcjonują w nim na zasadzie: bo tak to działa. Doskonale tę sytuację obrazuje stare powiedzenie: Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.

 

Pomyślmy zatem, co by było, gdyby ta rzeczywistość nagle uległa odmianie? Tysiące osób musiałoby zmienić profesję czy specjalizację. Któż podejmie takie ryzyko, mając przed sobą bezpieczną ścieżkę kariery w istniejącym systemie?

 

A zmiana jest nam potrzebna. Spójrzmy na „praktyczne” objawy przemysłu rozwodowego w Polsce – nietrudno znaleźć potwierdzenie tezy, że rozwód się opłaca. Oczywiście, nie chodzi tu o rodzinę, ale o osoby zawodowo zaangażowane w cały proces rozpadu związku.

 

Każda bowiem ze stron małżeńskiego sporu skorzysta z usług adwokata. To kosztuje. „Po drodze” niezbędne okazać się mogą opinie specjalistów (choćby psychologów), pracowników opieki społecznej, policjantów. Postępowanie wymaga czasu, rozpraw. Przecież nie dzieje się to za darmo, a jako podatnicy wszyscy się tu dorzucamy.

 

Zły system

Po przeciwnych stronach sali sądowej stają nie tylko małżonkowie, bo występują oni wraz z przedstawicielami zawodów, dla których istnienie i trwanie między innymi spraw rozwodowych oznacza pracę, a zatem źródło utrzymania.

 

A co po rozwodzie? Podział majątku, osobne mieszkania, samochody… Ileż to biznesowi otwiera możliwości! I taki system jest zły. Z czasem bowiem przekształca się w wielką machinę, której istnienie jest celem nadrzędnym. Tak pogłębia się mentalność rozwodowa, a to tylko rozpędza system. To zła droga. Wiedzie ona wprost do rzeczywistości, jaką przeżywa Zachód. Rzeczywistości, w której rodzina jest kwestią umowną, płeć nie gra roli i nie ma zobowiązań ani odpowiedzialności za drugiego człowieka. Rzeczywistości, która stan osiąganego (pozornego tylko) szczęścia mierzy kolejnym związkiem. Albo nowymi gadżetami i fundowanymi sobie przyjemnościami. Czy wkrótce znajdziemy je w ofercie wystawców polskich targów rozwodowych?

 

Marcin Austyn

 

Tekst ukazał się w 72. numerze magazynu Polonia Christiana

Chcesz otrzymywać kolejne numery pisma? Dołącz do Klubu Przyjaciół PCh24.pl

Udostępnij
Komentarze(12)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie
Więcej komentarzy