6 grudnia 2018
Autor

Redaktor PCH24.pl

„Robin Hood: Początek”. Legenda założyciela Antify?

(Źródło: monolith.pl /)

Dla recenzenta, najgorsze co może być to film nijaki. Co napisać o filmie, który nie wzbudza silnych emocji? Dla recenzenta, dobry film to taki, o którym jest co pisać – albo świetny, albo fatalny. O Robin Hoodzie mogę z czystym sercem powiedzieć, że jest to dobry film dla recenzenta. Ale tylko dla niego.

 

Ileż to już nakręcono filmów czy seriali o tym niewątpliwie najsłynniejszym banicie świata? Pod względem ilości współczesnych adaptacji legendy, jedynym chyba godnym rywalem dla Robin Hooda jest król Artur. Adaptacje tych dwóch brytyjskich legend, poza częstotliwością i różnorodnością, mają też inną wspólną cechę: zupełną płynność. Robin Hood ewoluował tak drastycznie na przestrzeni dziejów, że jeśli chodzi o cechy wspólne tych wszystkich legend, możemy się ograniczyć do faktu, iż miał na imię Robin, przydomek Hood, rabował i dobrze strzelał z łuku. Cała reszta, nie tylko jego pochodzenie społeczne czy członków jego drużyny, ale nawet jego miłość do Marianny i rywalizacja z Szeryfem Nottingham, to elementy zmienne i opcjonalne.

 

Nowe elementy legendy pojawiają się według gustu twórców; niektóre jednorazowo, inne zaś wrastają w opowieść tak błyskawicznie, że już po kilku latach nikt nie pamięta, że są nowością. Na przykład: muzułmanin w drużynie Robin Hooda. Ten pojawił się po raz pierwszy zaledwie w 1984 r., w słynnym angielskim serialu telewizyjnym. Ale „chwycił” i od tego czasu Saracen pojawia się prawie zawsze (wyjątkiem był film z 2010 r.).  Dotychczas jednak, Saracen był członkiem drużyny pomimo swojej wiary i obcości. Inaczej jest w obecnym filmie. Tu mamy Saracena, który walczy właśnie dlatego, że jest muzułmaninem i nie dołącza do Robina, ale wręcz to on go wprowadza w prawidła rozbojów i brudnej walki. Tak: Robin Hood jest wodzony za nos przez islamskiego terrorystę. Film stanowi apologię terrorystów Państwa Islamskiego, nawet nie w Syrii czy Iraku, ale w Europie.

 

O jakości słów kilka

Powiedzmy wprost: Robin Hood jest jak Kler, w tym sensie, że techniczna jakość filmu, ma bardzo nikłe znaczenie w porównaniu do polityczno-ideowej treści filmu. To właśnie te treści będą sednem recenzji. Najpierw jednak, powiedzmy chociaż kilka słów o stronie technicznej.

 

Najlepiej jest wizualnie. Ponieważ w ostatnich latach tak często filmy są tonowane niemal do szarości, że chociażby widok soczystej zieleni cieszy. Niestety: banita z lasu Sherwood spędza tak wiele czasu w ponurym mieście i dziwnej kopalni rodem z Mordoru, że rzadko tylko docenimy bogatą kolorystykę.

 

Robin Hood jest typowym nowoczesnym filmem akcji – filmy takie zawsze polegają na nowinkarstwie, efekciarstwie i ogólnej przesadzie. W ostatnich latach jest też modne unowocześnianie akcji. Mamy tu na przykład średniowieczne oblężenie miasta przestawione na modłę Szeregowca Ryana lub Helikoptera w ogniu, z łukami zastępującymi karabiny, a powtarzalne kusze jako ciężkie karabiny maszynowe. Niektórym to się będzie podobać, jednak osobiście uważam, iż poziom absurdu sięga tu nieświadomej satyry.

 

Ale: film ewidentnie celuje w młodszych widzów. Nie ma tu golizny czy wulgaryzmów i nawet jest wersja dubbingowa specjalnie dla młodszych widzów – więc wiele absurdów czy potknięć scenariusza można by potraktować pobłażliwie. Ot, film dla młodzieży, niczym momentami naiwne Kroniki Narni. Tylko że Narnia była mocno chrześcijańska (choć nie katolicka) w wymowie. A Robin Hood…? Ech…

 

W oparach politycznego absurdu

Tu przepraszam czytelników: tego filmu nie można zrecenzować bez zdradzenia szeregu elementów fabuły. W tym przypadku jednak, jest to godne i sprawiedliwe, gdyż mamy tu do czynienia z filmem, jak Kler, o którym warto wiedzieć, dlaczego nie warto go oglądać.

 

Robin to młody krzyżowiec, który wracając do domu w Anglii odkrywa, że rządzący tam Szeryf to zły ultraprawicowy polityk, który wymusza nowe podatki i drakońskie prawa, strasząc lud wojną i… napływem muzułmańskich imigrantów (to nie żart!). Nasz bohater spotyka jednak islamskiego terrorystę, któremu wcześniej uratował życie, co sprawiło, że stał się „godzien” zawarcia takiej zaszczytnej znajomości. Nie pytając się za bardzo, dlaczego, poza błahą chęcią zemsty, miałby wspierać islamskich terrorystów, Robin decyduje się całym sercem wesprzeć walkę przeciwko własnemu państwu i całemu Christianitas, aby powstrzymać krucjatę. A dlaczego warto zatrzymać krucjatę? Cóż, tego nie trzeba tłumaczyć – krucjaty są złe, wiadomo – ale aby rozwiać wszelkie wątpliwości, dowiadujemy się, że Szeryf tak naprawdę wysyła pieniądze nie tylko do wojsk angielskich, ale również do Arabów, aby przedłużać wojnę i poprzez porażkę króla, utorować sobie drogę do pełni władzy.

 

Islamscy terroryści są więc w gruncie rzeczy naszym dobrym sojusznikiem – przecież walczą przeciwko autorytarnym rządom złej, nietolerancyjnej prawicy! Co prawda, zły Szeryf jest również ofiarą, w pewnym bowiem momencie dowiadujemy się, iż wychował się w sierocińcu, gdzie wszystkie dzieci były straszliwie molestowane przez szlachtę i kler, ale rewelacja ta nie ma wzbudzać sympatii dla Szeryfa, a jedynie podkreślić, że prawdziwym wrogiem jest Kościół.

 

Największe zło, czyli Kościół

No właśnie, Kościół. Głównym czarnym charakterem filmu jest bezimienny kardynał, pełniący rolę zwykle zajmowaną przez króla Jana. Tu o królu wspomina się tylko jako potencjalnej ofierze spisku Szeryfa; poza tym, fabuła wręcz stara się stworzyć wrażenie, że Szeryf służy wyłącznie Kościołowi i wyłącznie z nadania Kościoła. Ten zaś jest instytucją złą, a do tego cynicznie pozbawioną wiary. Ów kardynał mówi wprost, iż Kościół „wynalazł” piekło, aby rządzić za pomocą strachu. A jego podwładni, rzecz jasna, bogacą się, imprezują z kobietami i molestują dzieci.

 

Oczywiście, niechęć do Kościoła hierarchicznego stała się częścią legendy Robin Hooda od czasu herezji anglikańskiej. Ale: zawsze wcześniej przedstawiano źle tylko biskupów, natomiast nie kapłanów i nie wiarę ludową. Tu natomiast, aby być dobrym, trzeba być wrogiem Kościoła. Jedyna „pozytywnie” pobożna postać tutaj to ów muzułmanin.

 

Opiszmy jeszcze jedną scenę. Oto Szeryf ucieka z miasta z wozem złota, gdy Robin pobudza lud do buntu. Buntownikom jednak udaje się go zatrzymać: obalają ogromny kamienny krzyż, blokując nim drogę. Scena jawnie satanistyczna: odwrócony krzyż wbity szczytem w ziemię, symbol, który później jeszcze dla wzmocnienia zostanie powtórzony w komiksowych napisach końcowych. Buntownicy atakują; w swoich współczesnych stylistycznie strojach, zakapturzeni, z chustami na twarzach i butelkach benzyny w rękach. Rzucają się na ścianę wielkich policyjnych tarcz. Tak! Zindoktrynowany przez islamskiego terrorystę, Robin Hood prowadzi chuliganów z Antify.

 

Cóż tu więcej powiedzieć? Chyba tylko zacytować ostatnie słowa końcowych napisów, skierowane już wprost do widza: „Jeśli nie ty, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?” Ale co? Mamy wspierać islamistów, zwalczać Kościół, czy po prostu tłuc się z policją?

 

Spodziewałem się nijakiego przeciętniaka. Tymczasem, wychodząc z kina, zbierałem szczękę z podłogi. Robin Hood szokuje groteskową nachalnością. Cóż, było o czym pisać, więc można powiedzieć, że to dobry film dla recenzenta. Ale nie dla widza.

 

„Robin Hood. Początek.” Stany Zjednoczone 2018.

 

Reżyseria: Otto Bathurst. Scenariusz: Ben Chandler, David James Kelly. W rolach głównych: Taron Egerton, Jamie Foxx, Ben Mendelsohn, Eve Hewson, Tim Minchin, Jamie Dornan.

Czas trwania: 116 min.

 

Jakub Majewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie