19 czerwca 2019

Skąd brać siłę, by powstrzymać antykatolicką rewolucję?

(fot. Regina Korczak-Watycha/FORUM )

Problemem nas – polskich katolików – nie jest odrzucenie czci dla Najświętszego Sakramentu, jak to ma miejsce w wielu krajach Zachodu, lecz obojętność. Daliśmy sobie wmówić, że podczas Eucharystii wszystko inne wokół ma znaczenie, a Chrystus niekoniecznie jest ponad „tym wszystkim”. Czy z takim przekonaniem jesteśmy gotowi stawić czoła profanatorom?

 

Kryzys Kościoła, zmasowana obrona postulatów LGBT, profanacje wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej a wreszcie – profanowanie samego Chrystusa. Wszystko to, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach przeraża. Straszne wydają się nie tylko same akty urągania Bogu, ale również ich częstotliwość. W tym mroku zrobiło nam się gęsto, lepko i nieprzyjemnie.

 

W tle pojawiły się zaś pytania czy czeka nas „scenariusz irlandzki” czyli rewolucja antykatolicka, wymiatająca wiernych ze świątyń oraz ustanawiająca antyludzkie prawo z legalizacją aborcji włącznie. Jeśli porozmawiać ze świadkami dramatycznych wydarzeń ostatnich lat na zielonej wyspie, dowiemy się, że tam laicyzacja pełzała od dawna. To nie była tylko rewolucja, lecz również długi proces związany z erozją wiary. Kościół od dawna przestał być tam depozytariuszem ortodoksji katolickiej, wszak jego hierarchowie chętnie przyjęli posoborowe reformy. Inaczej niż w Polsce, gdzie wiele świątyni zachowywało sacrum, a wiara – swój prawdziwy smak.

 

Zniszczone balaski

W ostatnich latach jednak również w Polsce możemy zauważyć tendencję do stopniowego wywracania dotychczasowego porządku w imię, a jakże, „dobra człowieka”. Liturgiczne nowinkarstwo pojawia się także w naszych kościołach. Ale – inaczej niż w przypadku posoborowia na Zachodzie – przebiega niemal niezauważenie. Jeśli poczytać wywiady z kapłanami wstrząśniętymi tym, jak szybko zmienił się zachodni Kościół po soborze, również w zakresie liturgiki, rzuci nam się w oczy przede obraz plądrowania świątyń z takich „pozostałości dawnej epoki” jak balaski czy „stare ołtarze”. Trafiały one na śmietniki, do magazynów, na sprzedaż jako antyki. A przecież obydwa związane z kultem eucharystycznym – ołtarz jako miejsce, gdzie dokonuje się transsubstancjacja i balaski wołające do wiernych o okazanie czci Panu Jezusowi.

 

W ilu świątyniach w Polsce, na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, pozbyto się owych balasek? Gdzie one zniknęły? Co się stało z miejscem, gdzie klękaliśmy, przyjmując Pana Jezusa? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast dlaczego zniknęły. Bo okazały się nie dość praktyczne, przeszkadzały w swobodnym poruszaniu się, w dodatku ustawianie się ludzi przy stopniu powodowało za dużo zamieszania… Cześć wobec Eucharystycznego Chrystusa została „pokonana” względami praktycznymi.

 

To nic innego jak udzielenie zgody na bylejakość, która z kolei pociąga za sobą zobojętnienie. Bo skoro nie ma znaczenia czy przyjmujemy Pana Jezusa w postawie klęczącej czy stojącej, to nie ma też znaczenia, czy przyjmujący Eucharystię przyklęknie na jedno kolano czy „zapomni o tym” w ferworze emocjonalnego uniesienia. Lub po prostu, z powodu zwykłego gapiostwa.

 

Prostota czci

Ilość czasu jaką w Kościele poświęca się na troskę o bliźniego, dbałość o to, by za bardzo się nie zmęczyć, nikogo nie urazić, wszystko dobrze zorganizować a do tego podtrzymać uwagę wiernych w trakcie liturgii – wszystko to stało się obsesją współczesnych duchownych i katolików w ogóle. Liturgia przestała służyć Bogu a zaczęła służyć człowiekowi. To człowiek ma „odnaleźć siebie” w liturgii zamiast odnaleźć w niej Boga, któremu winien jest cześć.

 

Wszystko zatem zostało postawione na głowie. A obrazek księdza z jednego z warszawskich kościołów, który dumnie usiadł przy ołtarzu, gdy kobiety komunikowały, powinien stanowić nie tylko przedmiot oburzenia, ale też swoisty znak naszych czasów. Symbol tego, do czego doprowadziła ekscytacja człowiekiem ze strony współczesnego katolika.

 

A przecież wszystko to, co tak bardzo sobie komplikujemy, jest w istocie szalenie proste. Obrazem prostoty, z jaką powinniśmy stawać przed żywym Chrystusem jest Anioł, który ukazał się dzieciom w Fatimie. Wzniósł on Kielich i Hostię ku niebu po czym pokłonił się aż do samej ziemi. „Przenajświętsza Trójco (….) wielbię Cię z najgłębszą czcią – powiedział Boży posłaniec – i ofiaruję Ci przenajdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi jest On obrażany”. Podobno usłyszawszy te słowa Franciszek przez resztę swojego życia modlitwą wynagradzał Bogu zniewagę jaką ludzie okazywali Eucharystii.

 

Kult obojętności

Zwróćmy uwagę, że obok świętokradztwa Anioł wymienia – jako grzech obrażający Chrystusa – również obojętność wobec Zbawiciela realnie obecnego w Eucharystii. Jakiś czas później siostra Faustyna usłyszy od Pana Jezusa: „Ach, jak mnie to boli, że dusze tak mało łączą się ze mną w Komunii Świętej. Czekam na dusze, a one są dla mnie obojętne”. Owszem, można interpretować te słowa w kontekście frekwencyjnym – tak mało osób przystępuje do sakramentu Eucharystii – ale jakoś trudno wyobrazić mi sobie Pana Jezusa uskarżającego się jedynie na niedostatek ludzi w kościołach. Wydaje się, że w tych słowach jest coś jeszcze: problem obojętności wobec Chrystusa ze strony tych, którzy Go przyjmują. Zawiera się w tym z pewnością brak adoracji, wspomniana bylejakość, niezrozumienie sensu Eucharystii i wreszcie – najgorsze – świętokradztwo.

 

Czy zatem katolik żyjący w kulcie obojętności może w ogóle stanąć w obronie Eucharystii? Czy mając już wyrobione zdanie na każdy palący temat społeczno-polityczny, ktokolwiek wyobrażał sobie, że przyjdzie mu zajmować stanowisko wobec aktów straszliwych profanacji, które dzieją się w przestrzeni publicznej, na oczach milionów ludzi? I w dodatku przy aprobacie tzw. elity? Czy jesteśmy na to także duchowo przygotowani?

 

Akt barbarzyństwa

Nie tak dawno reżyser Andrzej Saramonowicz, chełpiąc się tym, jak to „artyści widzą więcej” niż przeciętny człowiek, porównał profanację Najświętszego Sakramentu w Gdańsku, jaka dokonała się tam w trakcie parady środowisk LGBT, do obrazu krzyża i konającego Chrystusa. „Czy martwy człowiek na krzyżu nie jest aby równie wyrazistym aktem przemocy symbolicznej” – pytał Saramonowicz, mieniący się twórcą kultury. Przecież już samo zestawienie bandyckiej potwarzy z wielką miłością, której znakiem stał się krzyż, zakrawa na akt pospolitego barbarzyństwa. Nie chodzi już bowiem o deklarację niewiary, odrzucenia dyscypliny dekalogu, lecz o negowanie krzyża, który stał się fundamentem naszej cywilizacji.

 

Musimy uświadomić sobie, że wyrażanie zgody na każdy kolejny akt profanacji sprawi, że granica będzie się przesuwać. Jeszcze kilka lat temu nawet nie wyobrażaliśmy sobie, by w przestrzeni publicznej i w poważnej gazecie panoszył się prymitywny i wulgarny antykatolicyzm. Dzisiaj dzieje się to na naszych oczach.

 

I co współczesny katolik może temu przeciwstawić? Co ma do zaproponowania? Czyży tylko „bylejakość” i miałkość, w którą coraz częściej popada? Jeżeli zobojętniejemy na Eucharystię, która stanowi pokarm na życie wieczne, nie pozostanie w nas ani odrobina odwagi, by bronić naszych wartości. Dlatego zadajmy sobie pytanie: czy jesteśmy w stanie bronić Chrystusa ukrytego pod postacią chleba i wina? I jak wiele jesteśmy zdolni dla niego poświęcić? A wreszcie: jak silnie oddziaływać może w dzisiejszych czasach jest nasze świadectwo?

 

Tomasz Figura

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie