Sprawa Lindsay Clancy. Herezja fałszywego miłosierdzia w pigułce

O naiwni, którzy daliście wiarę feministkom, że „prawo” do decydowania o życiu i śmierci kończy się na ich własnym ciele. Jak pokazuje sprawa Lindsay Clancy, krwiożerczy Moloch nic nie robi sobie z granic wyznaczonych przez nawet najbardziej liberalne przepisy.
Ten proces rozgrzał całą Amerykę. Lindsay Clancy, 35-letnia pielęgniarka i położna z Duxbury w Massachusetts, w 2023 r. zamordowała trójkę własnych dzieci. Kobieta wysłała swojego męża do sklepu, a w tym czasie udusiła 5-letnią Corę, 3-letniego Dawsona oraz 8-miesięcznego Callana. Następnie targnęła się na własne życie. Ostatecznie nie umarła, lecz została sparaliżowana i od tego czasu porusza się na wózku inwalidzkim.
Choć Clancy przyznała się do morderstwa, obrona przekonuje, że w trakcie popełniania czynu nie była świadoma swoich działań. Według pełnomocników cierpiała m.in. na psychozę poporodową, rzadkie schorzenie objawiające się natrętnymi myślami samobójczymi i słyszeniem głosów. Na kilka miesięcy przed popełnieniem zbrodni przyjmowała masę leków psychotropowych; lekarzom zwierzała się z myśli zachęcających do zabicia dzieci. Mimo to, psychiatrzy wciąż przepisywali jej nowe mieszanki specyfików, ignorując sygnały ostrzegawcze.
Zdaniem prokuratury kobieta popełniła zbrodnię z premedytacją, a narracja o chorobie psychicznej służy jako zasłona, na której postawiono linię obrony. W przypadku orzeczenia winy, Clancy grozi dożywocie.
Ale cała sprawa, choć niezwykle tragiczna, nie zdobyłaby tak wielkiego rozgłosu gdyby nie reakcja kobiet w całych Stanów Zjednoczonych. Pod hasłem „To mogła być każda z nas”, ubrane na różowo, niektóre z dziećmi na rękach, przez kilka tygodni gromadziły się pod budynkiem sądu, wyrażając poparcie dla oskarżonej. W internecie zebrano na jej potrzeby ponad milion dolarów. Kobiety w połogu nagrywały hamletyczne filmiki, pokazując jak okropne potrafi być macierzyństwo. Popularność zdobył groteskowy trend rzucania kostek lodu do wanny, jako sposobu na odreagowanie przebodźcowanych matek.
Ogólnokrajowemu poruszeniu służył prawdziwy wysyp teorii spiskowych na temat roli w całej sprawie męża oskarżonej. Patrick Clancy, według autorów (głównie autorek) tych filmików, miałby sam sprowokować zabójstwo dzieci, faszerować żonę psychotropami, a nawet sam wyrzucić ją z okna. Fakty natomiast są takie, że mężczyźnie nie postawiono żadnych zarzutów, a obrona nigdy nie kwestionowała wiarygodności świadka. Ale w czasach niezwykłej popularności seriali kryminalnych, anty-męskiej retoryki i prymatu emocji nad rozumem, nie trzeba wiele by rozbudzić niezdrowe emocje.
Każdy człowiek z w miarę rozwiniętym zmysłem moralnym pewnie zastanowi się, co trzeba mieć w głowie, by z pełnym przekonaniem bronić morderczyni własnych dzieci. Ciężka choroba, błędy systemu psychiatrii czy zaniedbania małżonka mogą służyć co najwyżej jako okoliczności łagodzące, a nie USPRAWIEDLIWIAJĄCE odebranie życia trzem niewinnym, bezbronnym istotom, z których najmłodsze nie potrafiło jeszcze nawet powiedzieć słowa „mama”.
Powrót Lilith
W 2020 r. Netflix wypuścił film dokumentalny o pewnym mordercy z USA, który pozbawił życia żonę i dzieci. Zdjęcia niemal w całości pochodziły z materiałów w mediach społecznościowych, vlogów, prywatnych nagrań, wpisów i postów. Wynika z nich jednoznacznie, że mężczyzna był ofiarą nieustannego nękania psychicznego ze strony małżonki: kobieta zachodziła w ciążę bez informowania o odstawieniu antykoncepcji, narzekała na niego przy koleżankach i rodzinie, poniżała przy każdej możliwej okazji, nawet tuż przed własną śmiercią, prowokując atak. Teraz proszę wyobrazić sobie reakcję na ogólnokrajowy ruch mężczyzn, którym przyszłoby do głowy wspierać takiego potwora.
Tymczasem współczesny feminizm maksymalnie przesuwa granice tego co dozwolone, ujawniając swoje prawdziwe, mroczne oblicze. W Polsce doskonale poznaliśmy tą przebiegłą strategię. Najpierw wzbudza się współczucie wobec matek dzieci poczętych z wadami letalnymi. Potem – rodziców dzieci nieuleczalnie chorych. Następnie przychodzi się zastanowić nad problemami społecznymi; patologią w rodzinie, brakiem warunków mieszkaniowych czy bezrobociem. Na kolejnym etapie nie trzeba już silić się na żadne usprawiedliwienia – dziecko można zabić „AboTAK!”, nawet w 9. miesiącu ciąży, substancją powodującą takie męczarnie, że nie używa się jej nawet wobec zwierząt.
Kobieta w tej wizji ma przyrodzone, nieświęte prawo do „rozpoczęcia wszystkiego od nowa”, nawet kosztem ofiary z życia własnego dziecka. Skoro dzisiaj znajdują się sposoby na usprawiedliwienie morderstwa własnych dzieci, strach pomyśleć, co przyniesie przyszłość. Czyżbyśmy cofali się do bezlitosnych barbarzyńskich czasów, kiedy rodzice mieli święte prawo zabicia niechcianego potomstwa?
Widzimy już pierwsze zwiastuny tej straszliwej zmiany. Dzisiaj od powszechnej świadomości powraca postać Lilith, żeńskiego demona z mitologii mezopotamskiej, personifikacja dzikiej, nieokiełznanej seksualności, żywiąca się krwią noworodków. Od czasów starożytności i średniowiecza przeszła zaskakującą ewolucję w kulturze. Od uosobienia zła i zagrożenia stała się symbolem buntu, niezależności oraz feministycznej siły.
Kreatura patronuje dzisiaj „klinikom” aborcyjnym i niektórym urzędom w USA, a jej imienia przyzywają sataniści, licząc, że pomoże im osiągnąć wyzwolenie seksualne. W środowiskach feministycznych uchodzi za symbol tzw. praw seksualnych i reprodukcyjnych, a do mainstreamu wraca za sprawą literatury, sztuki, kina oraz gier komputerowych.
Brytyjski malarz John Collier przedstawił demonicę jako zmysłową, nagą kobietę w rajskim ogrodzie z owiniętym wokół ciała wężem. Głowa gada spoczywa wygodnie na jej ramieniu. Warto zadać sobie pytanie, która postać byłaby bliższa współczesnej kobiecie? Ta, która swoją pokorą „miażdży głowę węża”, czy ta, która poprzez bunt wobec Boga (non serviam) stanowi dla niego podporę?
Odwrócone chrześcijaństwo
Trzeba uczciwie przyznać, że siły zła ciężko pracowały, byśmy znaleźli się w tym miejscu. Przebiegle wykorzystując naturalne pokłady ludzkiej empatii i odwracając znaczenie chrześcijańskiego miłosierdzia, od lat wychowywały nas do fałszywego współczucia, które sprawia, że bliżej nam do sprawcy niż ofiary.
Gangster wzbudzający podziw i sympatię, morderca z trudnym dzieciństwem, dealer narkotykowy ratujący chorą matkę, prostytutka / tancerka w klubie utrzymująca samotnie dziecko, sparaliżowany nastolatek odnajdujący nadzieję w śmierci… pop-kultura pełna jest tego typu przykładów. W konsekwencji najpierw podświadomie poszukujemy usprawiedliwienia dla sprawcy, ignorując wymiar moralnego zła, cierpienie ofiar czy sprawiedliwość wobec wyrządzonych krzywd.
Nic więc dziwnego, że uwagę komentatorów przykuwa głównie Lindsay Clancy. To jej cierpienie, samopoczucie i stan psychiczny przeważnie analizują specjaliści. To nad jej losem lamentują ubrane na różowo kobiety. Dzieci są w tej opowieści praktycznie nieobecne. Malutkie pociechy wabione przez własną matkę do piwnicy, gdzie czeka na nich śmierć. Zamordowane przez ramiona, które zamiast chronić i przytulać, pozbawiły życia. Te chwile w oczekiwaniu na najgorsze, to malujące się na niewinnych twarzach niedowierzanie, błagania „mamusiu, proszę nie rób tego”…
W tym przypadku zadanie jest o tyle łatwiejsze, że chodzi o dzieci. Najbardziej prześladowane istoty we współczesnym społeczeństwie. O dzieciach można powiedzieć otwarcie, że się ich nie lubi (w odróżnieniu od ludzi o innym kolorze skóry, homoseksualistach etc.), zabraniać im wstępu do miejsc publicznych, narzekać na ich zachowanie zdobywając popularność w mediach społecznościowych, wreszcie – odrzucić je całkowicie, lub pozbyć się ich przy pierwszej okazji.
Piotr Relich







