30 kwietnia 2021
Autor

Jakub Majewski

Sto dni Bidena. Co dalej?

(Fot. EVELYN HOCKSTEIN / Reuters / Forum)

Oto minęło sto dni prezydentury Josepha Bidena. Zwykle, te pierwsze sto dni wyznaczają ważną cezurę: jest to okres, kiedy nowy prezydent otoczony jest szczególnym nimbem przychylności, który sprawia, że nawet jego przeciwnicy polityczny są bardziej skorzy do dialogu i współpracy. To w tym czasie nowi prezydenci starają się przedłożyć swoje najważniejsze projekty – a przynajmniej uruchomić ten proces. Co można więc powiedzieć po stu dniach nowego prezydenta?

Trudno nie odnieść wrażenia, że obecna administracja, przeciwnie do swoich poprzedników, zwlekała tak długo jak tylko się dało z prezentacją swojego programu. Zwyczajowo, na początku roku, prezydent wygłasza orędzie do narodu – tak zwany State of the Union address. Przemówienia te niczym nie przypominają orędzi polskich prezydentów. Są treściwe i warte wysłuchania, nawet gdy – jak w tym przypadku – nie imponują sztuką oratorską. Prezydent wykłada swoje plany, a czasem wręcz wdraża długofalową doktrynę polityczną. Orędzie wygłoszone przez Bidena nie odstępowało od tej normy, poza jednym znamiennym szczegółem: było dwa miesiące spóźnione.

Prezydentura wirtualna

Oczywiście, nowo wybrany prezydent nie może wygłosić State of the Union w styczniu, gdyż dopiero obejmuje urząd. Nie ma jednak we współczesnej historii przypadku, gdy nowy prezydent zwlekałby z tym orędziem dłużej niż do końca lutego. Wynika to właśnie z tego stu-dniowego „miesiąca miodowego” – historia dowodzi, że naprawdę znacznie łatwiej przychodzi przeforsowanie wielkich i ambitnych ustaw w tych pierwszych dniach niż kiedykolwiek później. Tymczasem, przemówienie Bidena odbyło się w 99-tym dniu jego prezydentury: 28 kwietnia.

Milczenie Bidena nie jest niczym nowym. Jeszcze jako kandydat na prezydenta, Biden unikał jak mógł publicznych przemówień, i regularnie odmawiał wywiadów medialnych, a gdy już przemawiał – zdarzało mu się nie tyle popełniać gafy, co wręcz wypowiadać całe zdania tak niekoherentne, że sugerujące demencję starczą. Jako prezydent zaś, Biden dotychczas udzielił jednego wywiadu, i jednej konferencji prasowej, i całkiem niedawno wywołał niemałe zdziwienie, gdy, rozmawiając z dziennikarzami na nieformalnym spotkaniu, uchylił się od dalszych odpowiedzi, twierdząc, że „wpadłby w tarapaty” gdyby dalej odpowiadał. W tych okolicznościach, być może najbardziej imponującym i zaskakującym aspektem orędzia Bidena był fakt, że wygłosił je całe bez większych potknięć i przejęzyczeń.

Rządy prezydenta Bidena sprawiają wrażenie wirtualnych. Słuchając jego z trudem sklecanych wystąpień, odnotowując też jego wielokrotne wzmianki o coraz to kolejnych obowiązkach prezydenta, które powierza swojej wice-prezydent, Kamali Harris, można podejrzewać, że Biden nie sprawuje realnej władzy, a jedynie firmuje ją swoim wizerunkiem sympatycznego, niekontrowersyjnego starszego pana. Jeśli tak, działania te są w pełni skuteczne: gdy nielubiana Kamala Harris sama nie miała szans pokonać Trumpa, Biden wygrał, i niezależnie od swego stanu umysłowego, jest zdecydowanie lepiej postrzegany niż jego poprzednik właśnie przez brak kontrowersji. Jak powiedział jeden z zapytanych wyborców w niedawnej ankiecie dla NBC News: „cieszę się, bo nie muszę słuchać codziennie co tam prezydent wyrabia. Najlepsze w nim jest to, że nie muszę wcale o nim myśleć.”

Nawet jednak z pełnym wsparciem mainstreamu medialno-politycznego, który w swojej nienawiści do Trumpa, nigdy nie udawał bezstronności, a teraz bezustannie stara się kreować pozytywny wizerunek nowego prezydenta, niekontrowersyjność w najlepszym przypadku dała Bidenowi obojętność, nie zaś popularność. Wspomniana wyżej ankieta wskazała, iż Biden ma obecnie 53% poparcia. Choć wynik ten został w mediach przedstawiony jako sukces, w gruncie rzeczy jest odwrotnie – obecny poziom poparcia Bidena, wypada gorzej od wszystkich prezydentów ostatniego półwiecza za wyjątkiem bezustannie atakowanego w mediach Trumpa.

Prezydentura socjału

Dla Demokratów, wyniki Bidena niewątpliwie będą potężnym sygnałem alarmowym przed zbliżającymi się za dwa lata wyborami uzupełniającymi do kongresu. Tym bardziej iż osiągnięto je w niezwykle sprzyjających okolicznościach: Biden objął prezydenturę w chwili, gdy zaczęła się rozkręcać kampania szczepionkowa i prezentuje swoją administrację jako odpowiedzialnych za sukces tej kampanii. 

Abstrahując od wątpliwości jakie wzbudzają same szczepionki przeciwcovidowe, sama kampania stanowi ogromną wartość w oczach społeczeństwa od wielu miesięcy mamionego obietnicami, że szczepionki przyniosą normalność. Stąd prezydent Biden w swoim orędziu wskazał właśnie na dwieście milionów dawek szczepionki zaaplikowanych w tym okresie, jak również na fakt, iż amerykańska gospodarka zaczęła się dźwigać z kolan i na rolę jaką w tej sytuacji ma odgrywać pomoc rządowa w formie czeków na $1400 rozesłana do większości Amerykanów.

Sukces pakietu ratunkowego jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjny – nietrudno zauważyć, że Partia Demokratyczna z której wywodzi się Biden odpowiada nie tylko za pakiet ratunkowy finansowany zresztą z pieniędzy podatników, ale również za konieczność wprowadzenia tego pakietu – to bowiem w stanach zarządzanych przez Demokratów wprowadzono najostrzejsze restrykcje i doprowadzono do największych zniszczeń w gospodarce. Nie zmienia to jednak faktu, iż pakiet ratunkowy cieszy się ogromną popularnością wśród Amerykanów, a Partia Republikańska znajduje się obecnie w trudnej sytuacji: nawet ich właśni wyborcy, niechętni Bidenowi, w większości popierają socjalistyczne rozwiązania które on proponuje na załagodzenie obecnego kryzysu.

A plany prezydenta – to one właśnie były najważniejsze w środowym przemówieniu – są zdumiewające w swoim rozmachu. Kraj, który w ciągu ostatniego roku dodał do swojego długu narodowego 4 biliony dolarów, osiągając łącznie niewyobrażalną kwotę $28 bilionów, miałby teraz wydać, ponad zwykłym budżetem, jeszcze kolejne 2 biliony na pomoc społeczną, na wielki federalny program przebudowy infrastruktury – dróg, sieci internetowej, wodociągów – i na wprowadzenie bezpłatnego szkolnictwa wyższego.

Ambicje przedstawione przez Bidena mają swój historyczny precedens: jest to powtórka z ogromnego programu socjalnego Franklina Roosevelta w latach 30-tych. Programu, który powszechnie uważa się za przyczynę odrodzenia Ameryki po wielkim kryzysie, a który faktycznie przedłużył ten kryzys i doprowadził kraj do krawędzi bankructwa, z którego uratowała go wojna światowa i wynikające z niej wielkie przemiany w świecie. Tym bardziej warto śledzić działania Bidena – jeżeli bowiem odniesie on chociaż częściowy sukces we wdrażaniu go w życie, Stany Zjednoczone mogą przejść faktycznie nieodwracalną i wprost katastrofalną transformację.

Prezydentura kryzysu

Zanim jednak Biden na poważnie wdroży swoje plany, będzie musiał przełamać opór senatu, w którym w wielu sprawach wymagana jest nierealna dla Demokratów większość 60 senatorów. Można spodziewać się więc że obydwie strony będą przez najbliższe półtora roku prowadzić swoiste podchody, stanowiące dokładne przedłużenie dotychczasowych stu dni Bidena. Administracja będzie próbowała przepychać na różne sposoby fragmenty swoich planów, podczas gdy Republikanie będą starali się te plany neutralizować, w taki jednak sposób, aby wrogie im media nie mogły przedstawić ich jako wrogów ludu.

Prawica w Stanach Zjednoczonych jeszcze nigdy nie była w tak trudnej sytuacji jak obecnie. Pomimo że w wielu stanach w dalszym ciągu rządzą Republikanie (inna kwestia, czy należy zawsze ich uznawać za prawicę…), a geograficznie rzecz ujmując, konserwatywni wyborcy rządzą całym krajem poza miastami, to nigdy jeszcze prawica nie była tak zmarginalizowana i zostracyzowana jak teraz. Nie jest przesadą powiedzieć, iż konserwatyści mają przeciw sobie cały konglomerat polityczno-akademicko-medialno-korporacyjny.

Konglomerat ten wspiera już nie przemiany, ale wprost rewolucję zbrojną. Ulice amerykańskich miast od roku bezustannie doznają wstrząsów – coraz to kolejnych krwawych zamieszek, niezmiennie określanych w mediach jako pokojowe protesty. Zdemoralizowana i bezustannie szkalowana w tych samych mediach policja słabnie na skutek nakręcającej się fali odejść i cięć budżetowych. To zaś prowadzi nie tylko do wzrostu przestępczości, ale również do coraz śmielszego występowania lewicowych bojówek aspirujących do zastąpienia policji.

Nigdy wcześniej nie zdarzały się również tak intensywne czystki ludzi o konserwatywnych poglądach w siłach zbrojnych, w federalnych instytucjach, i w policji. Nigdy wcześniej tak wielu Amerykanów nie było szkalowanych i wykluczanych za normalność. W tym leży trudność ich sytuacji – ale również ich siła. Narasta cicha determinacja, która poza lokalami wyborczymi objawia się również we wzroście sprzedaży broni palnej. Co najważniejsze: rośnie liczba konserwatywnych wyborców, gdyż w Ameryce zanika umiarkowane centrum – nikt nie może pozostać obojętny wobec zachodzących przemian.

To właśnie tej tendencji wzrostowej, pomimo swej trudnej sytuacji, konserwatyści zawdzięczają zwiększenie stanu posiadania w izbie reprezentantów pomimo przegranej Trumpa, jak również utrzymanie władzy w wielu rządach stanowych. Te ostatnie są godne uwagi, gdyż często wykazują zdrowsze instynkty i skuteczniejsze działania niż bądź co bądź mało kompetentna administracja Trumpa. Koniec końców, obecna administracja bynajmniej nie musi zdobyć pełni władzy za dwa lata – przeciwnie, jest spora szansa, że Republikanie odwojują jedną lub obydwie izby kongresu, co sprawiłoby, że Joe Biden nie tylko nie zrealizowałby swoich planów, ale też, że prawdopodobnie nie miałby szans na drugą kadencję (i tak wątpliwą z racji wieku).

Walka o duszę Ameryki trwa. Pomimo z trudem (i nieczysto) wywalczonego zwycięstwa w ubiegłym roku, Demokraci nie mają pełnej władzy, co jest również odzwierciedlone w raczej umiarkowanych osiągnięciach pierwszych stu dni prezydenta Bidena. Podsumowania tej sytuacji nie można jednak zakończyć bez przypomnienia, iż wojna wewnętrzna w Stanach Zjednoczonych jest elementem szerszego zjawiska kryzysu kulturowego Zachodu. Trudno nawet myśleć o zwycięstwie konserwatystów, jeśli nie nastąpi większy przełom. Jaki prezydent mógłby namówić Amerykanów, aby wrócili do tradycyjnej moralności, do małżeństwa i rodziny, tak koniecznych, aby uzdrowić tkankę społeczną? Jaki prezydent mógłby na nowo nauczyć Amerykanów, że prawa osoby muszą iść w parze z obowiązkami? Czy jest to w ogóle możliwe bez jakiegoś kataklizmu czy katastrofy wojennej? A przecież o wojnę nie jest trudno w sytuacji, gdy Chiny raz po raz testują siłę woli amerykańskiego rządu…

 

Jakub Majewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(3)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie