16 kwietnia 2021

Superman kontra cenzura, czyli jak ukazać wartości w świecie antywartości

(fot. materiały filmowe (Man of Steel, 2013, reż. Zack Snyder))

Czy to możliwe, by w nienawidzącym Chrystusa, stanowiącym narzędzie zbiorowej hipnozy i ogłupienia Hollywood pojawiły się jeszcze dzieła obrazujące ewangeliczne prawdy?

Ostateczny upadek
Nie łudźmy się; czasy fabryki marzeń promującej filmy z silnym przesłaniem – jeżeli nie katolickim – to przynajmniej ogólnochrześcijańskim bezpowrotnie minęły. Dzisiaj na takie produkcje jak „Książę Egiptu” czy „Baveheart”  (którego pewne wątki inspirowane były Ewangelią) nikt w Hollywood nie postawi. Degrengolada moralna i artystyczna środowiska kształtującego kanony „najważniejszej ze sztuk”, w połączeniu z inwazją politycznej poprawności doprowadziły do sytuacji, gdzie największe produkcje traktowane są w pierwszej kolejności jako kręcone w rewolucyjnym szale dzieła propagandowe.

Dlatego z współczesnych produkcji wręcz wylewa się potwornie nudna w swej jednostajności pochwała wszelkiej maści antywartości, podana z jednoczesną krytyką wszystkiego, co przez lata konstytuowało naszą cywilizację. Gdzieniegdzie niezauważenie przemkną jakieś „reakcyjne” skrzepy w postaci autorskich produkcji Clinta Eastwooda czy Stevena Spielberga, obrazujące np. istotę prawdziwej męskości, ale są one tolerowane jedynie ze względu na legendarny dorobek i pozycję w branży autorów. No i dlatego, że robią za swoje pieniądze i nie muszą „prosić się” wielkich wytwórni.

Są jednak gatunki nie poddające się tak łatwo politpoprawnej krytyce – fantastyka. Skoro świat zmyślony, to i zasady w nim pasujące można oderwać od obowiązujących standardów. Na marginesie, to właśnie w jej ramiona uciekali wybitni polscy pisarze pragnący tu i ówdzie wbić szpilę komunistycznemu systemowi. O kontrrewolucyjnych zaletach ekranizacji „Władcy Pierścieni” czy „Opowieści z Narnii” zapisano już całe biblioteki, natomiast dzisiaj swój blockbusterowy renesans przeżywa sci-fi, a szczególnie historie o popularnych superbohaterach.

Fantastyka bliższa rzeczywistości…

Nic nie ściągało w ostatnich latach tylu osób do kin, co ekranizacje popularnych serii komiksowych ze świata Marvela i DC. Przygody Supermana, Batmana, Wonder Woman, Thora, Hulka czy Iron-Mana doczekały się w ostatnim czasie mnóstwa adaptacji, bijąc kasowe rekordy i ukierunkowując rynek filmowy. Za wymyślanie na nowo popularnych historii wzięli się najzdolniejsi reżyserzy; Christopher Nolan, Zack Snyder czy Anthony Russo, angażując najpopularniejszych aktorów – Roberta Downinga Jr.-a, Henry’ego Cavilla, Scarlett Johansson, Jeremy Ironsa i wielu, wielu innych.

I tak się jakoś złożyło, że trwałych, ponadczasowych wartości dzisiaj nie niosą szare dramaty życia codziennego, ani nawet w przepisane na nowo biblijne historie (jak kompletnie anty-chrześcijański „Noe” z Russelem Crowe w roli głównej), ale…latający w obcisłych kostiumach i strzelający laserami z oczu kulturyści.

Bo rozrywka to miałka i nastawiona głównie do fanów; zarówno scenariuszowo jak i fabularnie ekranizacje komiksów nie mają się czym chwalić (choć czasem zdarzy się kilka wyjątków, jak np. trylogia Avengers, czy seria Mroczny Rycerz). Lwią część każdej takiej produkcji zajmują sceny walki wypełnione po brzegi efektami CGI, a całość wygląda jak zapiekanka zalana zbyt dużą ilością keczupu. Jednak czy oddanie fanów i prześciganie się w ilości efekciarstwa wystarczając tłumaczy wieloletni sukces, prowadzący do powstania 27 filmów z serii Marvel i 20 na podstawie komiksów DC?

Bynajmniej! Wszyscy, gdzieś głęboko na dnie serca tęsknimy za mitem; opowieścią kanoniczną, gdzie sacrum wyraźnie oddzielone jest od profanum, zło jest złem, a dobro dobrem, bohaterowie osiągają wielkość przez przezwyciężanie własnych słabości i poświęcenie dla innych, a których losami kieruje przeznaczenie. Mimo zwątpienia, nigdy nie dają się całkowicie złamać i w ostatecznym rozrachunku zawsze tryumfują. Ale w niektórych komiksowych ekranizacjach znajdziemy coś więcej; przesłanie płynące z – jak to powiedział J.R.R. Tolkien – jedynego mitu, który stał się rzeczywistością, czyli wprost z Ewangelii.

Człowiek ze Stali

Pracujący w totalistycznym systemie poprawności politycznej twórcy muszą się sporo nagimnastykować, by oszukać wprawne oko cenzora i przemycić – choć na chwilę – ponadczasowe i nieprzemijalne wartości. Robią to głównie za pomocą symboliki i alegorii. Ciężko o lepsze pod tym względem dzieło niż „Man of Steel” (2013, reż. Zack Snyder), opowiadające o genezie i losach Supermana.

Chrześcijański widz bez trudu dostrzeże chrystologiczny symbolizm, wylewający się niemal z każdej sceny filmu. Tytułowy bohater łączy dwie natury; ludzką i boską (jest dzieckiem władców rasy obcych-bogów Kryptonian, podrzuconym na wychowanie ludzkim rodzicom), jego imię brzmi Kal-El (przedrostek El w j. hebrajskim odnosi się bezpośrednio do Boga), a jego ojciec zsyła go na Ziemię jako niemowlę aby uratował ludzkość i był jej moralnym przewodnikiem.

Początkowo młody Clark (Henry Cavill) – takie imię dali mu ziemscy rodzice – nie wie kim jest, jednak jego przybrany ojciec i opiekun (Kevin Costner) „wierzy, że został zesłany z jakiegoś powodu”. Jest świadom swoich mocy, jednak całą młodość zajmuje mu odkrycie ich sensu i celu. Swoją prawdziwą „misję” rozpoczyna w wieku…33 lat – tyle samo ile miał Jezus, dokonując dzieła Zbawienia.

W pewnym momencie bohater zastanawia się czy „przyjąć krzyż” w postaci oddania się w ręce nieprzyjaciela (za cenę ocalenia ludzkości). Idzie wtedy po radę do katolickiego księdza. Cały dialog odbywa się w tle z witrażem ukazującym modlitwę Chrystusa w Ogrójcu.

Generał Zod (główny antagonista) oferuje Supermanowi podział władzy nad ziemianami, podobnie jak Kusiciel oferował Jezusowi „wszystkie królestwa świata”, jeżeli tylko „padnie i odda mu pokłon” (Mt 4, 9). Właściwy ojciec pośmiertnie wyjawia Clarkowi; „Chcieliśmy byś poznał życie ludzi, byś w odpowiednim momencie stał się pomostem między dwoma ludami”. Podobnie Chrystus „stał się podobny nam we wszystkim, oprócz grzechu”. Kiedy ojciec mówi do Supermana „możesz ocalić ich wszystkich”, ten odlatuje z rękami rozłożonymi na kształt krzyża; całość widoczna jest przez kilka sekund na tyle wyraźnie, by widz bez problemu załapał alegorię.

Przy okazji dowiedzieliśmy się, że wielkie „S” na kostiumie bohatera to nie skrót od „Superman”, ale symbol nadziei używany na planecie Krypton. Podobnych odniesień znajdziemy w filmie bez liku. Podobnie jak w innych częściach serii: „Batman vs. Superman” czy „Liga Sprawiedliwości”, gdzie przywrócony do życia bohater (zmartwychwstały?) stanowi jedyną nadzieję na pokonanie Steppenwolfa; wysłanego na Ziemię sługi odwiecznego, kosmicznego Zła – Darkseida.

Sam reżyser nie odcina się od chrystologicznego symbolizmu. Co więcej, przekonuje, że po pierwsze – właśnie na nim opiera się cała legenda, a po drugie chciał „by każdy widz skonfrontował się ze swoją relacją wobec Jezusa”. Sam Snyder został wychowany we wspólnocie wyznaniowej Stowarzyszenie Chrześcijańskiej Nauki, dalekiej od Kościoła katolickiego, natomiast dużo bliższej współczesnej gnozie. Być może dlatego hollywoodzki Wielki Brat popatrzył na niego dużo pobłażliwiej.  

Podobnie współpracujący ze Snyderem scenarzysta; David S. Goyer, którego jako zlaicyzowanego Żyda omijają podejrzenia o „sprzyjanie” Kościołowi. Sam w wywiadach nie wypowiada się na temat chrystologicznego symbolizmu, a pytany o inspirację dotyczącą czarnych bohaterów, wskazuje głównie na czysto ludzkie motywacje; ewolucjonizm, poszukiwanie „przestrzeni życiowej” czy partycypowanie w systemie, w którym obiektywnie złe rzeczy przedstawiane są jako dobre.

Generał Zod miał po prostu szukać na Ziemi miejsca do osiedlenia dla ocalałych Kryptonian – gatunku dominującego, podobnie jak europejscy osadnicy w Ameryce Północnej, tłumaczyli odbieranie ziemi Indianom. Ra’s al Ghul, wróg Batmana z „Mrocznego Rycerza” chce zniszczyć miasto Gotham, przyspieszając zagładę obecnego, przesiąkniętego złem świata.  W połączeniu z historiami o mających problemy z asymilacją w Ameryce żydowskich chłopcach, uciekających w fikcyjne komiksowe historie, Goyer prezentuje idealną bajeczkę na potrzeby współczesnego Hollywood.

Natomiast w zwieńczającej dzieło superbohaterów serii „Liga Sprawiedliwości”, występuje już osobowe Zło, działające w ścisłej hierarchii (jak złe duchy), motywowane nieprzejednaną wolą dominacji i zniszczenia. Główny Nieprzyjaciel – wspomniany już Darkseid wysyła na ziemię swojego sługę – bestię. Wypisz, wymaluj motyw jak z Janowej Apokalipsy.

Więcej nie przejdzie

Jednak nawet symbole niebezpośrednio katolickie, luźno nawiązujące do Ewangelii i tak posiadają pewien wpływ na szeroką publiczność. Okruszki Dobra trafiają jak ziarno z przypowieści na różne gleby. Zwłaszcza, jeżeli każdy kolejny film pobija box office, a na premiery ludzie walą drzwiami i oknami.

A to dla hollywoodzkich czarowników za dużo. Dlatego przepisując po raz kolejny te same historie ubierają je w zupełnie inne szaty. „Joker” z 2019 r. to już mroczna historia psychopatycznego mordercy, którego motywacje usprawiedliwiane są do tego stopnia, że czasem nawet czujemy wobec niego współczucie. Podobnie z będącym antykatolickim bluzgiem „Robin Hoodem” (2018), gdzie główny bohater przedstawiany jest niczym lider Antify. Spuśćmy też zasłonę miłosiernego milczenia nad sromotnym upadkiem serii Star Wars, przekształcającej się z pięknej klasycznej legendy w new-age’owską, panteistyczną papkę.

W kolejce czeka już ciężki, osadzony w noire’owej stylistyce Batman (premiera zapowiadana na 2022 r.). Według zwiastunów, Bruce Wayne  tym razem przedstawiony zostanie jako zbuntowany nastolatek w stylu „emo”, praktycznie nie różniący się od złoczyńców. Kulturowi reformatorzy chcą także wziąć się za dzieło klasyczne – Władcę Pierścieni. Nieoficjalnie mówi się, że kupując prawa do produkcji serialu w uniwersum J.R.R. Tolkiena, Amazon chce rywalizować z najpopularniejszym serialem wszechczasów; „Grą o Tron”. Jednak jeżeli ta rywalizacja ma polegać prześciganiu się w ilości erotycznych wątków, bezsensownej brutalności i moralnym relatywizmie (co stanowiło kamień węgielny i źródło popularności produkcji HBO), będziemy mieli do czynienia w istocie z profanacją, a nie ekranizacją.

Zakrojona na szeroką skalę rewolucja w popkulturze nie może przejść obojętnie wobec faktu, że część najpopularniejszych dzieł wszechczasów oparta jest o najwspanialszy „mit” w historii. Dlatego trzeba je odpowiednio przepisać, by nowe pokolenia nie miały szans poznać ich prawdziwego znaczenia.

Piotr Relich

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(6)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie