12 marca 2020
Autor

Redaktor PCH24.pl

Święty Karol Boromeusz. Kapłan w czasach zarazy

(Fot. Pierre Mignard (1612-1695), “Św. Karol Boromeusz posługuje ofiarom dżumy”)

Heroizm jakim św. Karol Boromeusz wykazał się podczas epidemii trawiącej Mediolan w 1577 r. sprawił, że okres ten nazwano „epidemią św. Karola”. Świadkowie tamtych wydarzeń wspominali – nieustraszeni ludzie Kościoła nieśli chorym i umierającym miłość nieporównywalną z niczym innym. 

 

Epidemię trawiącą Mediolan w 1577 r. nazwano „epidemią św. Karola” nie dlatego, że przyszły święty w jakiś sposób przyczynił się do jej rozprzestrzenia, ale wręcz przeciwnie – jego cnoty najmocniej uzewnętrzniły się podczas pomocy cierpiącym i umierającym. Kiedy wszyscy inni uciekli, to właśnie on wraz z posługującymi z jego nadania kapłanami, otaczali chorych miłością, profesjonalną – jak na ówczesne czasy – opieką medyczną, dawali nadzieję i pocieszenie. Dla mediolańskiego metropolity było oczywiste – to właśnie chorzy i umierający najbardziej potrzebowali Sakramentów, a Kościół był od tego by im je zapewnić.

 

Przykład dla innych

Święty Karol Boromeusz doskonale zdawał sobie sprawę z konieczności niesienia pomocy nie tylko duchowej, ale i medycznej. Jako świetny organizator zarządził lokowanie chorych w specjalnie wybudowanych w tym celu lazaretach, do stolicy Lombardii sprowadził najlepszych ówczesnych lekarzy, a z prywatnej kasy sfinansował remont szpitala. Przeznaczał też środki na poprawienie warunków sanitarnych. Za jego przykładem poszedł senat Mediolanu i za pieniądze z miejskiej kasy żywiono około 50 tysięcy chorych wraz z rodzinami.

 

Sam święty zasięgał rady specjalistów, opatrzył się w dzieła medyczne, propagował higienę osobistą i działania profilaktyczne. Zalecał – zgodne z ówczesną wiedzą medyczną – unikać oddechu chorego, dezynfekować dłonie octem, często zmieniać ubrania czy spożywać odpowiednie przyprawy korzenne. Dając przykład innym ludziom Kościoła, sam osobiście odwiedzał chorych; tam gdzie się pojawiał momentalnie u ludzi wzrastała nadzieja – z niecierpliwością wyczekiwali jego przybycia.

 

Konflikt z władzami

Jeszcze na rok przed rozprzestrzenieniem zarazy – dzisiaj uczeni wskazują, że najprawdopodobniej chodziło o ospę – miasto nakazało zaprzestanie uroczystości jubileuszowych, jakie odbywały się w mediolańskiej katedrze Bożego miłosierdzia. Kardynał Boromeusz podporządkował się miejskim zaleceniom i zakończył uroczystości. Ci sami urzędnicy jednak, kilka miesięcy później zorganizowali huczny festyn ludowy na cześć przyjazdu Juana de Austrii, zwycięzcy z pod Lepanto. Całe miasto świętowało, zapominając o zarazie. Kiedy sytuacja stała się groźna, niektórzy zarządcy miejscy opuścili Mediolan.

 

Pierwszym, który otwarcie wypomniał władzom niekonsekwencje, głupotę i narażenie życia innych był właśnie święty Karol. Mimo, że w momencie wybuchu zarazy przebywał w Lodi, szybko wrócił do zagrożonego miasta. Zarządcy miejscy na początku zupełnie nie zgadzali się na kontakt duchownych z zarażonymi – widząc jednak upór kardynała i jego poświęcenie, dali za wygraną.

 

To co najważniejsze

Karol Boromeusz wiedział czego chorzy i umierający potrzebują najbardziej. Nie wyobrażając sobie ich opuszczenia, pozostał na miejscu, nawet gdy papież Grzegorz XIII dał mu możliwość prowadzenia posługi z poza miasta. Nie wszyscy ludzie Kościoła posiadali jednak tego samego ducha, co mediolański kardynał – widząc zatem małoduszność swoich kapłanów sprowadził chętnych do pomocy zakonników z innych diecezji, a nawet ze Szwajcarii. W większości przypadków chorym posługiwali więc kapucyni, jezuici, barnabici, teatyni czy karmelici. W środku zbudowanego przezeń szpitala umieścił ośmioboczną kaplicę, tak by z każdego miejsca chorzy mogli widzieć Mszę Świętą. Eucharystię sprawował kapucyn, znany ze swojej ofiarności  o. Paweł Bellitano da Salo z Lodi.

 

Podtrzymywał na duchu nie tylko chorych, ale również osoby duchowne. W licznych kazaniach powtarzał, że chrześcijańskie miłosierdzie nie pozwala opuszczać w biedzie najbardziej potrzebujących. Tłumaczył, że właśnie w sytuacjach kryzysowych najbardziej objawia się powołanie do życia konsekrowanego, a jeżeli „Bogu Wszechmogącemu spodoba się byśmy zostali dotknięci chorobą, a nawet śmiercią, jakże wielka czeka nas chwała, jaka nagroda!”.

 

„Zaprawdę, nie należy śmiercią nazywać tego, lecz życiem, albowiem kto tak umiera z miłości do Boga, dla zbawienia bliźniego, ten naśladuje męczenników wzdychających za życiem w chwale wiecznej” – mówił.

 

Modlitewny szturm

Święty Karol zainicjował wielką modlitewną kampanię w intencji ustania zarazy, o nawrócenie grzeszników i przebłaganie Bożego Majestatu. W mieście odbywały się nabożeństwa czterdziestogodzinne, procesje i pielgrzymki. Praktyka postu i jałmużny objęła całą diecezję. Mnóstwo osób nawracało się, przyjmowało Komunię Świętą i czyniło pokutę. Sam arcybiskup niósł w procesjach wielki krzyż, który od tamtego czasu czczony jest w mediolańskiej katedrze. Podczas jednej z nich, idąc boso skaleczył się w stopę, lecz dał ja sobie opatrzyć dopiero po zakończeniu uroczystości.

 

Do domowej modlitwy wzywały wiernych siedem razy dziennie dzwony. Rzucając hasło: wielkie miasto, wielką świątynią, arcybiskup włączył wszystkich mieszkańców w jedną wspólną, nieustającą modlitwę. Przy dziewiętnastu ołtarzach ustawionych w różnych punktach miasta cały czas sprawowano Eucharystię.

 

W międzyczasie zaraza ustawała. 20 stycznia 1577 r. stał się dniem publicznych modlitw z udziałem mediolańskiego duchowieństwa, radnych, władz miejskich, senatu i mnóstwa wiernych. Do maja kryzys zażegnano.

 

W wyniku epidemii zmarło około siedemnaście tysięcy osób w samym Mediolanie i osiem tysięcy w jego okolicach. W całej diecezji zmarło 120 kapłanów, ale tylko trzech w wyniku zarażenia podczas pełnienia posługi wobec chorych. Na 65 klasztorów żeńskich, jedynie 2 z nich dotknęła choroba. Spośród domowników kardynała zmarły tylko trzy osoby: stajenny, sekretarz i służący.

 

Dlaczego tamten czas nazwano „zarazą świętego Karola”? Ponieważ „podczas tylu budujących wspomnień tej klęski dominuje w pamięci wspomnienie tego człowieka, który miał inspirować  uczucia i czyny pamiętniejsze niż nieszczęścia, i to przetrwało w pamięci jako podsumowanie tej całej grozy, ponieważ w tych wszystkich wydarzeniach zajaśniała jego dobroć, czyniąc go wodzem, wspomożycielem, wzorem i dobrowolną ofiarą w czasie powszechnej plagi”.

 

 

Piotr Relich

 

Tekst na podstawie; Stanisław Romuald Rybicki FSC, „Święty Karol Boromeusz. Wierny sługa Kościoła odrodzenia (1538 – 1584)”, Kraków 1978.

 

 

Polecamy także nasz e-tygodnik.

Aby go pobrać wystarczy kliknąć TUTAJ.

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie