7 lutego 2013
Autor

Redaktor PCH24.pl

To nie kryzys ojcostwa, ale rodziny!

(fot. cjhallman / sxc.hu)

„Słuchacze kaznodziei zbyt często słyszą albo moralizatorstwo, albo podkreślanie tych przymiotów chrześcijanina, które w sposób naturalny bardziej odpowiadają kobietom. Jeśli nie zdajemy sobie z tego sfeminizowania treści Ewangelii sprawy, to być może dlatego, że już tak bardzo się do tego przyzwyczailiśmy” – mówi Sławomir Zatwardnicki w rozmowie z PCh24.pl.

 

Gdzie się „podział” współczesny ojciec?

Przekora powoduje, że pytanie chciałbym odwrócić: a gdzie się „podziała” współczesna matka? Bo przecież nie mamy do czynienia jedynie z kryzysem ojcostwa, ale w ogóle – z kryzysem rodziny, którego jednym z przejawów jest pomieszanie ról oraz uniformizacja wychowania na modłę kobiecej wrażliwości w domu. Z kolei ten kryzys rodziny też nie bierze się znikąd, ale jest konsekwencją cywilizacyjnego kryzysu czy też tzw. „postępu”, zależy z której strony patrzeć; niebagatelny wpływ ma również sytuacja ekonomiczna. Oczywiście przyczyn tego stanu rzeczy można by szukać jeszcze dalej czy głębiej, może więc przerwijmy ten nieskończony regres zwróceniem uwagi na malejący wpływ wiary na życie ludzi; to oczywiście też nie jest ostateczne wyjaśnienie – bo trzeba by zapytać, skąd się takie malejące znaczenie religii bierze – ale przynajmniej zwraca naszą uwagę we właściwym kierunku: być może w ogóle nie da się być ojcem bez odniesienia do Boga Ojca.

 

W każdym razie: ojcowie nie są dziś aż tak bardzo różni od swoich poprzedników, tyle że nie wspiera ich społeczeństwo czy tradycyjne wartości, z kolei możliwości ucieczki od własnego powołania są dziś dużo większe niż kiedyś. Pozostawieni samym sobie muszą rodzice świadomie wybierać płynięcie pod prąd, i rzeczywiście widać dziś jakieś jaskółkowe tendencje odzyskiwania rodzicielstwa przez tatusiów i mamusie. Ale takich świadomych rodziców po pierwsze nigdy nie będzie większość (pozostali pozostaną obojętni, co w sytuacji po grzechu pierworodnym jest zawsze łatwiejsze), a po drugie nie bardzo wiadomo, jak to odzyskiwanie macierzyństwa i ojcostwa miałoby wyglądać – na jakiej wizji rodzicielstwa można by się oprzeć? Ten poda taką receptę, tamten inną, a wszystko to można sprowadzić tylko do jednego mianownika: psychologicznych porad.

 

A konkretnie – gdzie się dziś ojcowie „podziewają”? Przede wszystkim w pracy, której wykonywanie w przypadku mężczyzn zawsze graniczy z pracoholizmem, a w czasach dzisiejszych wymaga heroicznej cnoty, by w ten rodzaj uzależnienia nie wpaść. Ale również po pracy nie jest trudno czy to wyemigrować wewnętrznie (ojciec nieobecny emocjonalnie), np. rechotać przed sitcomami lub podnosić sobie adrenalinę kibicowaniem politycznym igrzyskom, czy też stać się „drugą mamusią” powielającą kobiecy styl wychowania i zaangażowań domowych, bo zdaje się z tym coraz częściej mamy dziś do czynienia. W książce „Tata strongman” pisałem nawet o kobietach modliszkach (mam nadzieję, że Czytelniczki mają zrozumienie form literackich) i mężczyznach samcach czarnej wdowy.

 

Gdzie szukać wzorców ojcostwa? Nawet w Kościele, który bywa przedstawiony jako ostoja „męskiej dominacji”, w ruchach wspólnotowych dominują kobiety, np. w oazach itp., które kształtują młodych ludzi?

Mimo wszystko chyba jednak w Kościele i kościelnych wspólnotach. Zdarzają się przecież częściej niż rodzynki w cieście ojcowie, na których można by jeśli nie oprzeć się jak na wzorcu, to przynajmniej zainspirować. Tu i ówdzie dostrzec można nawet potencjalny autorytet. Pojawiają się zresztą w Kościele tendencje do odzyskiwania utraconej męskości i ojcostwa – oczywiście na razie są to ruchy marginalne i na razie siłą rzeczy ulegające pokusie utożsamienia woli Bożej z odkryciem swojej męskiej tygrysiej natury, ale być może dzięki nim lub na ich błędach będzie można odkryć, jak powinien zachowywać się oswojony tygrys, tak żeby nie został ugłaskany na śmierć.

 

I oczywiście zawsze pozostaje przede wszystkim Syn Boży, który jak by nie patrzeć stał się mężczyzną, i mimo że dla Królestwa Bożego zrezygnował z ojcostwa fizycznego, to przecież jest wzorem również dla tatusiów. Jasne, że trzeba najpierw Chrystusa odnaleźć, bo słodka pobożność – uzasadniona, ale nie wystarczająca – tak przypudrowała Jego obraz, że mężczyzna niekoniecznie czuje się przez Niego pociągnięty. A przecież jeśli czytać Ewangelie bez uprzedzeń, a do tego spotkać współczesnego ucznia Jezusa (mężczyznę!) – można doświadczyć wpływu Tego, dla którego inni mężczyźni porzucali wszystko, tak że nawet ich żony, jeśli mieli, pozostawały daleko w tyle.

 

Również relacje panujące w Świętej Rodzinie mają wiele do powiedzenia współczesnym rodzicom i ich dzieciom. Jeśli tylko nie poprzestać na (nie)pobożnych stereotypach widzących w Józefie pantoflarza zdominowanego przez Maryję, ale medytować rzetelnie nad Ewangelią – można wyciągnąć naprawdę praktyczne lekcje co do roli mężczyzny w rodzinie. Sam jestem zdziwiony, ilekroć zagłębiam się w Słowo Boże odczytywane w zgodzie z żywą Tradycją Kościoła, że ma ono aż tyle w tym temacie do powiedzenia.

 

A co do Kościoła jako „męskiej dominacji”? Dzięki Bogu (dosłownie) jeszcze tylko Kościół ma odwagę czy też wierność poleceniu Pana, żeby święcić jedynie mężczyzn. Szkoda tylko, że ta „dominacja”, jak Pan to określił, a w gruncie rzeczy adekwatność do różnicy natur kobiecej i męskiej, kończy się na hierarchii i zwykle przejawia się jedynie w czasie nabożeństw kościelnych i to tylko przy ołtarzu. Bo już w ławkach, a także salkach parafialnych dominują rzeczywiście kobiety. Mężczyzna, który wchodzi w to ciepłe wspólnotowe towarzystwo musiałby albo dokonać przewrotu, co na pewno nie jest łatwe, a być może jest nawet niemożliwe, albo pozostaje mu wycofać się; jak pantoflarzowi w domu – bo w gruncie rzeczy tu pewnie wszystko się zaczyna. I tu, i tam – wymagane jest nawrócenie i zajęcie przez kobiety i mężczyzny przewidzianego przez Boga miejsca, czyli w praktyce: kobieta uczynić musi krok w tył, a mężczyzna w przód.

 

Skąd w takim razie feminizacja polskiej religijności?

Być może dokonuje się to już w sercu przepowiadającego słowo kapłana, który sam nie zawsze ma doświadczenie wiary, która byłaby ryzykowną przygodą. Słuchacze kaznodziei zbyt często słyszą albo moralizatorstwo, albo podkreślanie tych przymiotów chrześcijanina, które w sposób naturalny bardziej odpowiadają kobietom. Jeśli nie zdajemy sobie z tego sfeminizowania treści Ewangelii sprawy, to być może dlatego, że już tak bardzo się do tego przyzwyczailiśmy. Spotkałem w swoim życiu pewnego zakonnika, który sprawował swoją posługę bardziej po męsku; to pozwoliło mi uświadomić sobie, jak może to wyglądać, i co najważniejsze – jak tego rodzaju służba staje się skuteczna i pociągająca zarówno mężczyzn, jak i kobiety.

 

Na pewno błędem duszpasterskim jest zredukowanie kościelnego przywództwa jedynie do księży. W związku z tym David Murrow, protestancki autor książki „Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła” (Poznań 2007), proponuje odejście od takiego modelu pasterzowania, w którym jest tylko jeden pasterz, a reszta jak owieczki miałaby za nim podążać. Wzorem Jezusa należałoby wyszkolić także świeckich mężczyzn i posłać do pracy ewangelizacyjno-formacyjnej. Wspomniany dyrektor organizacji „Kościół dla mężczyzn” formułuje apel w stronę duchownych: „nie jesteście jedynymi duszpasterzami. Wasi ludzie też nimi są. Wy jesteście ich trenerami. Bóg stworzył mężczyzn do aktywności, a oni często przyjmują postawę bierną, ponieważ wydaje im się, że nie mają prawa lub kwalifikacji do pracy duszpasterskiej”.

 

Oczywiście książka jest dyskusyjna, być może autor zbyt duży nacisk kładzie na ludzkie rozwiązania problemu, podczas gdy trzeba by zwrócić uwagę przede wszystkim na Ducha Świętego, który ma przecież moc pociągnięcia mężczyzn, jak to już w historii zbawienia czynił przecież. Jednak w tym wymiarze ludzkim czytelnik rzeczywiście doznaje pewnego rodzaju „przejrzenia” feminizacji, jaka dokonała się w Kościele, i uczy się reagowania na ten stan rzeczy. W skrócie mówiąc pobożność jest bowiem kształtowana przez kobiety: babcia ucząca pacierza, matka prowadząca dzieci do kościoła, i katechetki (kobiety w większości!) w szkole – to wszystko nie nastraja optymistycznie. Z kolei system kształcenia katechetów, zresztą podobnie jak cała współczesna oświata, znów bardziej promuje kobiece zdolności. I kółko się zamyka. Nie wiem, czy ktoś będzie miał odwagę to przerwać.

 

Jakie efekty przynosi samotne (matczyne) wychowanie dziecka?

A niech się psychologowie wypowiadają. Zauważmy jedynie to, nad czym oni będą prowadzić badania i dochodzić do sprzecznych wniosków; zdrowy rozsądek podpowiada, że dziecko wychowane przez matkę będzie do końca życia w pewnym sensie „kalekie”. Można i nawet trzeba ograniczać stopień tego psychicznego kalectwa przez terapie czy przez wpływ innych mężczyzn, ale nie da się przecież zaprzeczyć konsekwencjom tej patologicznej sytuacji, w jakiej znalazły się matka i dziecko. Oczywiście zbawieniu to nie musi przeszkodzić, jednak funkcjonowanie w życiu z tak wielką „dziurą” w sercu, które nigdy nie doświadczyło, czym jest miłość ojcowska – nie jest łatwe. I utrudnia również relację z Bogiem Ojcem. Syn wychodzi więc bez żadnego doświadczenia ojcostwa i nie będzie umiał być ojcem, a córka ryzykuje szukania w objęciach innego mężczyzny tej miłości, której nie doświadczyła. Dalsze przykre konsekwencje można by bez trudu mnożyć, niech jednak to „przekleństwo” wskaże nam w ten pośredni sposób na błogosławieństwo, którego doświadcza dziecko wychowywane przez matkę i ojca świadomych swojej roli i działających według odmiennych, ale znakomicie się uzupełniających, wrażliwości wychowawczych.

 

Kryzysowi rodzice wychowają kryzysowe dzieci, a te stworzą kolejne kryzysowe rodziny? Jak przerwać to błędne koło?

Według psychologicznych prawidłowości to błędne koło będzie toczyło się dalej, chyba że dysfunkcja zostanie przerwana terapią; w ten sposób osoba może nie zostanie uzdrowiona całkowicie, ale przynajmniej – analogicznie do wychodzących z nałogu alkoholików – będzie mogła w miarę trzeźwo przeżywać rzeczywistość. Ale przede wszystkim trzeba by zwrócić uwagę na nawrócenie. Już samo doświadczenie Boga i wejście w chrześcijańskie relacje wewnątrzwspólnotowe otwiera nowe perspektywy, a jeśli zostanie dopełnione przez człowieka konkretną współpracą z łaską Bożą – pozwala doświadczyć „nowego życia”. Owszem grzech wciąż będzie godził w rodzinę, ale łaska okaże się większa. Biblia tę jakościową dysproporcję między negatywnymi skutkami rodzinnymi a dobroczynną łaską Boga przedstawia „ilościowo” – parafrazuję: jeśli przekleństwo ojców ma konsekwencje do trzeciego i czwartego pokolenia, to łaska dla miłujących Boga Ojca sięga tysięcznego pokolenia (por. np. Pwt 5,9-10).

 

Potwierdzę to doświadczeniem zyskanym na bazie prowadzenia jednej z filii Szkoły Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła. W kilkuletnim programie formacji jednym z najważniejszych poziomów okazuje się być ten oparty na wychodzeniu z konsekwencji szeroko rozumianych dysfunkcji rodzinnych (w oparciu o zmodyfikowane 12 kroków Anonimowych Alkoholików). Osoby, które przeżyły wcześniej swoje nawrócenie lub przebudzenie duchowe, po jakimś czasie zdają sobie sprawę z mechanizmów nabytych z powodu czy to grzechów rodzinnych, czy niedojrzałości matki i ojca, czy w końcu tragicznych sytuacji losowych. I okazuje się konieczne przejście pewnego procesu czy terapii od zniewolenia negatywnymi konsekwencjami ku wolności. Zastosowane narzędzie prowadzi (a właściwie Bóg dzięki niemu) do „trzeźwości” i pozwala przerwać błędne koło.

 

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał Łukasz Karpiel

Sławomir Zatwardnicki (ur. 1975) – redaktor naczelny serwisu rodzinnego Opoki (www.rodzina.org.pl), publicysta, autor artykułów (publikuje między innymi w „Homo Dei” oraz „Bibliotece Kaznodziejskiej”) oraz trzech książek: „Abraham. Meandry wiary” (Poznań 2011), „Tata strongman. O integralnym wychowaniu i prawdziwym ojcostwie” (Kraków 2012), „Katolicki pomocnik towarzyski, czyli jak pojedynkować się z ateistą” (Warszawa 2012).

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie