19 stycznia 2021
Autor

Marcin Austyn

Zobacz inne artykuły

Tomasz A. Żak: Co tak cuchnie?

(Zdjęcie ilustracyjne źródło: pixabay.com)

Niejeden raz obiecywałem sobie, że nie będę zaglądał do chlewa antykultury, bo kto raz to powąchał, ten wie czym to śmierdzi i doktoryzowanie się z egzystencji lokatorów tego miejsca jest niehigieniczne. Ale z drugiej strony oni tam nie ustają w produkowaniu coraz bardziej piekielnych trucizn, których jedynym celem jest zniszczenie naszej cywilizacji, a więc może jednak warto wiedzieć, co tam warzą w swoich kotłach.

 

Przepis od zawsze jest ten sam – z jednej strony zbezcześcić to, co po ludzku szlachetne i to, co Boże, a z drugiej bezczelnie zachwalać owo piekielne menu oraz swoich kucharzy i kelnerów. Ostatnio ichnim kelnerskim autorytetem okazuje się być szef Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, któremu po 26 latach dyrektorowania prawny administrator (właściciel) tej sceny, czyli Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego postanowił nie przedłużać kadencji, a zorganizować konkurs w celu ponownego powołania dyrektora tej instytucji artystycznej. No i oczywiście mamy od razu ogólnokrajowy rot-front obrońców tego dyrektorskiego stołka, bo przecież raz zdobytej władzy się nie oddaje. Dzisiaj na sztandarze jest Jacek Głomb, wczoraj machano szturmówką z Klatą, Mieszkowskim, Buchwald czy Ignatiew, a jutro już nie będą nikogo bronić, bo nikt ich nie ruszy. Wtedy zajmą się „dobijaniem watahy”, która może jeszcze gdzieś przetrwała w instytucjach samorządowych, aż dotrą nawet do ostatniego gminnego centrum kultury na znienawidzonym przez salon Podkarpaciu.

 

A teraz, zgodnie z zapowiedzią, zajmijmy się jedną z ostatnich ofert lewackiej smażalni. W tym celu odwiedzimy Teatr Śląski w Katowicach, którego dyrektor, Robert Talarczyk, również sygnował list w obronie wspomnianego wyżej Głomba. Katowicki teatr to instytucja jak najbardziej publiczna, czyli utrzymywana z pieniędzy podatników, a zarządzana przez Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego. Może warto wiedzieć, że scena ta powstała w roku 1922, a więc u zarania naszej Niepodległości i z oczywistą intencją, aby odbudowywać w kulturze polskość, czyli to, co przez pokolenia niszczył tam pruski zaborca. Nic więc dziwnego, że w swych początkach scena zwała się Teatrem Polskim, a w repertuarze dominowały najważniejsze dzieła narodowej klasyki, od Mickiewicza po Wyspiańskiego. I właśnie autora genialnego „Wesela” w roku 1936 uczyniono patronem tego teatru.

 

Parę miesięcy temu, prawie dokładnie w 100. rocznicę Bitwy Warszawskiej, Teatr Śląski również sięgnął po arcypolską klasykę, czyli po „Potop” Henryka Sienkiewicza. No i „poszli grubo”, czyli (odwołując się do słynnej sceny z tej lektury) – najlepsza zabawa jest wtedy, kiedy strzela się do portretów przodków. Strzelanie pana Kmicicowej kompanii we dworze w Wołmontowiczach  – że pozwolę sobie przypomnieć – dyskwalifikowało uczestników tamtej pijackiej „imprezy”, a to teatralne współczesne, w intencji twórców, ma tychże nobilitować jako awangardę nowoczesności i mistrzów dekonstrukcji polskich ciemnogrodzkich kompleksów.

 

Smażenie, a w zasadzie grillowanie polskości, którą „ku pokrzepieniu serc” podarował Polsce Sienkiewicz, nie jest oczywiście pierwszym. To, co zrobiono w – jakby na to nie patrzeć – największym teatrze na Górnym Śląsku, o dobrych kilkanaście lat wyprzedził Stary Teatr w Krakowie, a więc scena o statusie narodowej – jakby na to nie patrzeć. Tam kucharzył wówczas osławiony Jan Klata, który akcję swojej „Trylogii” (bo przecież nie Sienkiewiczowskiej) osadził w szpitalu wariatów.  Antyedukacyjna teza była prosta – trzeba być wariatem, aby być patriotą, co z satysfakcją odnotowała Gazeta Wyborcza klawiaturą Joanny Targoń, zachwycając się „rewizją Trylogii” reżysera Klaty i tym  „obnażeniem wad, rozdrapywaniem ran i kompromitacją polskiego myślenia politycznego, z jego ksenofobią, poczuciem wyższości i krótkowzrocznością”.

 

Kolejne pokolenie czekistów od kultury musiało rzec jasna przebić tamto przesłanie, o co postarał się reżyser adaptator Jakub Roszkowski. W jego „Potopie” (bo przecież nie  Sienkiewiczowskim) bohaterowie to po prostu trupy, takie komiksowo obrzydliwe zombie. Onegdaj to wszystko co Polskę stanowi Klata zamknął w wariatkowie. Roszkowski teraz  to samo pozamykał w trumnach, bo przecież tam powinny być wszystkie, jak sam to w jakimś wywiadzie stwierdził, „potwory, duchy, trupy, wampiry, które za nami łażą”. A jak już na chwilę się je wypuści w Katowicach na te kilkadziesiąt minut spektaklu, to tylko po to, aby normalny Europejczyk mógł zobaczyć, że nacjonalizm polski zawsze prowadził do krwawych rzezi i rozbojów, a więc takie państwo najlepiej złożyć do trumny i zadbać, aby nigdy już stamtąd nie wyszło.

 

Nazwanie teatru, o którym opowiadamy, mianem sztuki postmodernistycznej, jest oczywiście słuszne. Bo mamy tu modelowy patchwork, czyli zlepek wszystkiego, co pod ręką i co na myśli, ale jednocześnie czujemy, że w ten sposób owija się złotkiem coś obrzydliwego, co w ogóle nie powinno być „wpuszczone na pokoje”. Krytyka, wątpliwości, nawet pewien bunt wobec zastanej rzeczywistości czy kulturowych archetypów, to emocje, które w sztuce teatru są obecne od zawsze. Tacy byli przecież wielcy polscy Romantycy i nie inaczej było z Wyspiańskim czy Witkacym. Jednak czymś zupełnie innym jest pokolenie „ojcobójców” z naczelnym guru tej formacji Krystianem Lupą  (ojcobójcami nazwał ich ciepło krytyk Piotr Gruszczyński z końcem lat 90-tych XX wieku). Oni faktycznie mordują, a jednocześnie wypierają wszystko, co mogłoby im w tym przeszkodzić. Adekwatny lekarz dodałby jeszcze, że chcąc uzasadnić w sobie tę sprawczą nienawiść, muszą to co mordują, tak artystycznie sponiewierać, aby w efekcie te skrwawione zwłoki polskiej kultury uzasadniały i usprawiedliwiały dokonane zabójstwo.

 

Roszkowski to raczej wnuk, a nie synek, ale ambitnie próbuje naśladować poprzedników w zabijaniu. I choć daleko mu do sprawności warsztatowej Jerzyny, Cieplaka czy Warlikowskiego, to stara się swój udział w tym mordzie rytualnym uczynić chociaż bardziej krwawym i to dosłownie. Napisać, że scena przypomina jatkę, to nic nie napisać. Keczup jest wszędzie – i na podłodze, i na ścianach, i na kostiumach, i na twarzach aktorów. Tą niby krwią są wymazane również białe trumny. Białe, bo pewnie chodziło o kontrast, ale raczej przede wszystkim o nawiązanie do barw narodowych (ściany, podłoga i kostiumy również są białe; to znaczy były nim je pobrudzono). Trumna na scenie, jak mówi tradycja teatralna, to kuszenie nieszczęścia, ale istotą każdej rewolucji jest przecież niszczenie tradycji i łamanie tabu. I nie wynika to z ignorancji ekipy realizującej – to co robią, także na potęgę paskudząc interpretacyjnie ideę autora tekstu, którym się posługują, to jak najbardziej świadomy zabieg tożsamościowy. Trochę tak jak u Indian, którzy zdzierali skalp z głowy zabitego wroga.

 

Zilustrujmy to wszystko jedną tylko sceną (wystarczy aż nadto) i skorzystajmy z opisu zachwyconego spektaklem Sławomira Szczurka, krytyka tzw. Nowej Siły Krytycznej:  

Jedną z najładniejszych scen jest nawiązanie do motywu piety, Anna Kadulska jako Najświętsza Panienka, patronka Polski, w umorusanej krwią sukience, trzyma na kolanach głowę Kmicica, częstuje go papierosem, a ten śpiewa: „A ja jestem proszę pani na zakręcie”. Ostrzegałem, że wystarczy.

 

Te śpiewania i w ogóle muzyka w spektaklach dzisiejszych teatralnych hunwejbinów, to osobny rozdział. Zauważyłem już dawno, na przykład u Jana Klaty, że w momencie kiedy brakuje konceptu na rozwiązania sceniczne, dramatyczne, to włącza się dyskotekę. Oczywiście, oszustwo zwykle się udaje, kiedy dyskoteka gra tzw. hity, bo widownia zapomina wówczas o „zdychającej” akcji scenicznej czy jej anachronizmach i podryguje, a nawet podśpiewuje to i owo. Żerowanie na tym triku ma też inny cel – znieczula odbiorcę na wulgarny, obrazoburczy przekaz, a ten i tak podkorowo dociera do adresata i truje. Ten sam zabieg zastosował reżyser Roszkowski puszczając nam zmiksowaną listę przebojów i tematów muzycznych w stylu „od Sasa do lasa”, czyli, co się tam małemu Jasiowi kojarzy. Mogą być Skaldowie, mogą też i Elektryczne Gitary; może być papieska „Barka”, ale również ludowe „Piejo kury, piejo”; jak trzeba to się potańcuje przy szwedzkiej Abbie, a jak trzeba liryczniej, to da się naszą Osiecką. I tak dalej i tym podobnie można „przegalopować się przez tę opowieść”, jak to swą pracę scharakteryzował sam reżyser.

 

W ogóle ekspresja ludyczna (bo niestety nie aktorska), tych poprzebieranych i na czerwono pomazanych postaci, przypomina mi znane z opisów literackich (Słowacki, Krasiński, Odojewski, Srokowski) zachowania napitej okowitą tłuszczy, która mordowała Polaków na Kresach. Jakoś jest też zgodna ze świadectwami ludzi, którzy ocaleli z rzezi wołyńskiej i pokonując własne traumy starali się opisać nieludzkie zachowania banderowców. Być może to paradoks, a może znak, że zrealizowane w Teatrze Śląskim widowisko „Potop” zdaje się być ilustracją tego z czym musieli Polacy walczyć w XVII wieku i później. Chęć podboju naszej Ojczyzny zgłaszały przez wieki różne nacje i ideologie, a niektóre posuwały się aż do ludobójstwa.  

 

Robienie dzisiaj z tych narodowych zmagań prostackiego wygłupu, to nie tyle świństwo kojarzące się z chlewem, co raczej zaprzaństwo na miarę pułkownika Kuklinowskiego. I zadaję sobie pytanie, jak to jest możliwe, że instytucja publiczna, która realizuje takie właśnie przedsięwzięcie, przekonuje nas w swej oficjalnej internetowej wizytówce, że „stara się spełniać rolę sceny narodowej na Śląsku”. Ci, którzy to naprawdę robili, także na tej scenie ofiarując swój talent Ojczyźnie, nie tyle z grobów wychodzą, co się w nich przewracają.

 

Tomasz A. Żak

Udostępnij
Komentarze(12)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie
Więcej komentarzy