22 czerwca 2017
Autor

Redaktor PCH24.pl

Wielka Brytania i UE: którędy do wyjścia?

(REUTERS/Francois Lenoir)

Poza garstką niedobitków skupionych wobec Partii Liberalnej, Brytyjczycy przeszli już do porządku dziennego nad Brexitem. Trzy czwarte społeczeństwa – w tym połowa głosujących za pozostaniem w Unii – dziś oczekuje od rządzących skutecznego i szybkiego opuszczenia Wspólnoty.

 

Wybory brytyjskie, ku kompletnemu zaskoczeniu dosłownie wszystkich obserwatorów, zakończyły się fiaskiem dla Partii Konserwatywnej. Premier May zarządziła głosowanie obawiając się, że z przewagą zaledwie siedemnastu posłów może być jej trudno przeforsować swoją wizję Brexitu. Zamiast jednak powiększyć tę większość o kilkudziesięciu posłów, jak zapewne szacowała, znalazła się w mniejszości, zmuszona do szukania wsparcia ze strony północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistów (DUP). Te czynniki sprawią że skuteczne prowadzenie negocjacji z Unią Europejską – a co za tym idzie, gładkie wyjście z tej organizacji – będzie znacznie utrudnione.

 

Można pomyśleć że w tej sytuacji do Brexitu może w ogóle nie dojść, a jeżeli dojdzie, to w formie łagodnej: Brytyjczycy pójdą na wszystkie możliwe ustępstwa wobec Unii, ponosząc wszelkie koszty „rozwodu”.

 

Tymczasem jest wręcz bardzo prawdopodobne, iż stanie się dokładnie odwrotnie. Brexit nastąpi w najostrzejszej możliwej formie, co będzie miało znaczące, długofalowe konsekwencje dla Polski. Aby zrozumieć, skąd taki scenariusz, należy rozważyć dwie kwestie. Po pierwsze, trudne położenie rządu po wyborach utrudni prowadzenie skutecznych negocjacji. Po drugie, trudności w dojściu do porozumienia zostaną spotęgowanie błędami i arogancją eurokratów.

 

Trudne położenie rządu brytyjskiego

Dla nas, przyzwyczajonych do rządów koalicyjnych, słabość gabinetu zdobywającego większość poprzez koalicję może nie wydawać się istotna. Tak jest jednak w Polsce, gdzie posłowie są całkowicie podlegli partii i często nie mogą wyrażać własnego zdania. W Wielkiej Brytanii sprawa ma się inaczej: tam posłowie są w pierwszej kolejności odpowiedzialni wobec konkretnego grona wyborców, a dopiero potem wobec partii. Oczywiście, ugrupowania dysponują mechanizmami wywierania presji na parlamentarzystów i w ekstremalnych przypadkach groźba wydalenia z partyjnych szeregów wystarczy aby zmusić posła do głosowania po „słusznej” linii. Jednakże obyczaj i zdrowy rozsądek nakazują korzystanie z tego typu presji tylko gdy nie ma innej opcji – w przeciwnym bowiem razie może dojść do otwartego buntu, zarówno posłów, jak i ich wyborców. To dlatego, gdy wielu konserwatystów pozostawało euroentuzjastami, przewaga kilkunastu mandatów nie wystarczała do skutecznego wyjścia z Unii. Cóż więc w sytuacji, gdy zamiast siedemnastu głosów przewagi, partia ma o osiem za mało?

 

Dzisiaj wyrównanie powstałego nieoczekiwanie deficytu zapewnia właśnie DUP – ale czy na pewno? Demokratyczna Partia Unionistów jest partią północnoirlandzką. Wielka Brytania nie jest jednolitym państwem, a jej części składowe miewają własne interesy i nieraz odrębne partie polityczne. Tak właśnie jest w Północnej Irlandii, skąd wycofały się wszystkie ugrupowania brytyjskie. Lokalne partie, takie jak DUP, nawet gdy mają zbliżone poglądy do brytyjskich odpowiedników, kierują się własnym interesem.

 

Podobne podziały są widoczne również na linii Anglia-Szkocja. W kraju Williama Wallace’a  istnieje tylko jedna lokalna partia, czyli socjalistyczno-nacjonalistyczna Szkocka Partia Narodowa. Wyborcy konserwatywni natomiast głosują na tę samą partię co reszta Wielkiej Brytanii. Jednakże ich rodzimi konserwatyści posiadają pewną autonomię, a nawet własnego lidera (nawiasem: jest nim lesbijka-feministka, co tylko pokazuje jakim nieporozumieniem jest współczesny brytyjski nominalny konserwatyzm). W ostatnich wyborach ugrupowanie odniosło porażkę w Anglii, ale nie w Szkocji, gdzie udało mu się zdobyć kilkunastu posłów więcej. Aby jednak to osiągnąć, konieczne było podkreślenie lokalnej odrębności wobec partii-matki. Wszystko wskazuje na to, iż po wyborach szkoccy konserwatyści tym bardziej oddalą się w swoich poglądach od swoich angielskich liderów.

 

Na czym rząd może opierać przesłanki, iż uda mu się przeforsować konkretne ustawy prowadzące do Brexitu? Aby zapewnić sobie większość, konserwatyści będą musieli podjąć trudną grę, jednocześnie zabiegając o poparcie nie tylko pozostających wciąż euroentuzjastów z ich własnej partii, ale również eurosceptyków z Partii Pracy. Dotychczas się to udawało, jednak w odniesieniu do perspektywy najbliższych miesięcy jest to jednak sfera niepewności, której wpływ na negocjacje z Unią staje się jasny, gdy spojrzymy w przeszłość.

 

Brexit: historia arogancją pisana

Gdy po wyborach 2015 roku premier Cameron zarządził referendum w sprawie wyjścia z Unii, plan tego euroentuzjastycznego polityka był prosty: agitować za Unią, ale jednocześnie wynegocjować na niej ustępstwa, które udobruchają coraz bardziej wrogie wobec UE społeczeństwo brytyjskie. Jednak Cameron zignorował rosnący uniosceptycyzm i założył, iż do zwycięstwa wystarczy teatrzyk, w którym po „twardych” negocjacjach Bruksela rzuci mu jakąś kość, a on powie wyborcom że to najlepsze, co da się osiągnąć. Przyznał to zresztą otwarcie w przemówieniu wygłoszonym w… Niemczech.

 

 Plan Camerona spalił na panewce, gdyż Unia nie dała mu nawet symbolicznych ustępstw: zamiast kości, były premier dostał żałosny ochłap. Eurokraci zrobili z niego pośmiewisko, a zszargany autorytet szefa rządu nie mógł już przechylić referendalnej szali na stronę Unii. O co chodziło eurokratom? Czy naprawdę byli tak aroganccy że nie liczyli się z możliwością referendalnego zwycięstwa brytyjskich eurosceptyków? Czy może właśnie buta, z jaką potraktowali Camerona, miała służyć do tego aby ostatecznie „wypchnąć” niewygodną Wielką Brytanię poza Unię, aby tym szybciej forsować głębszą integrację tej ostatniej?

 

Zwycięstwo Brexitu tym bardziej wyostrzyło arogancję eurokratów. O ile rządy poszczególnych państw Unii przeważnie chcą jak najlepszych relacji z Wielką Brytanią po Brexicie, o tyle instytucje unijne mówią otwarcie o potrzebie przykładnego ukarania wyspiarzy. Chodzi nie tylko o pragnienie zemsty, ale również o to, aby nikomu nie przyszło do głowy ich naśladować. Brexit, jak powiedział przewodniczący Komisji Europejskiej, nie może być sukcesem!

 

Eurokraci chcą więc postawić jak najostrzejsze warunki. Państwa-członkowie Unii mogą wymusić łagodniejsze podejście, ale tylko wtedy, gdy będzie widać, iż w Wielkiej Brytanii nie ma woli politycznej aby podkulić ogon i wycofać się z Brexitu, oraz jeśli będzie pewność gdzie przebiega wyraźna granica tego, co nie jest do zaakceptowania dla społeczeństwa. Aby tak było, rząd brytyjski musiałby mieć pewność że ich działania nie zostaną zablokowane przez ich własny parlament. Po wyborach nie ma takiej pewności i teraz to eurokraci przystępują do negocjacji z pozycji siły.

 

A przecież siła potęguje arogancję. Jeżeli już wcześniej Unia traktowała Brytyjczyków obcesowo, to czy teraz może być lepiej? Wydaje się wręcz nieuniknione iż, licząc na jedną z dwóch kapitulacji – bądź to odwołanie Brexitu przy całkowitym już podporządkowaniu się Unii, bądź to akceptację dla haniebnych warunków i poniesienie horrendalnych kosztów – postawi wyspiarzom warunki, na które nie mogą się zgodzić. Obydwie opcje stanowiłyby skuteczny straszak na inne państwa, które ośmieliłyby się pomyśleć o podobnym kroku.

 

Kapitulacji nie będzie!

To, z czym nie mogą nie liczyć się eurokraci, to fakt iż poza garstką niedobitków skupionych wobec Partii Liberalnej, Brytyjczycy przeszli już do porządku dziennego nad Brexitem. Trzy czwarte społeczeństwa, w tym połowa tych, którzy głosowali za pozostaniem w Unii – dziś oczekuje od rządzących skutecznego i szybkiego opuszczenia Wspólnoty. Właśnie dlatego w ostatnich wyborach tak słabo poszło konserwatystom – Partia Pracy również podkreśliła akceptację dla Brexitu, i skoncentrowała się na sprawach społecznych. Nawet jeśli ta akceptacja jest wbrew własnym poglądom, z tej drogi nie ma odwrotu bez kompromitacji w oczach wyborców.

 

Jeśli więc Unia postawi fatalne warunki, mówiąc take it or leave it, jest bardzo prawdopodobne że społeczeństwo i jego reprezentanci zgodnie je odrzucą. Brytyjczycy bowiem będą mieli do wyboru nie tylko dwie opcje kapitulacji, ale również trzecią opcję – twardy Brexit bez jakiejkolwiek umowy. Jest to sytuacja, w której nie udaje się uzgodnić dalszego trwania pewnych form współpracy, wolnego handlu, swobody przepływu i zamieszkania ludzi, a Wielka Brytania staje się po prostu obcym państwem względem Unii. Zgodnie z artykułem 50. traktatu lizbońskiego, tak będzie jeśli po dwóch latach, czyli w marcu 2019 r., nie będzie ani umowy, ani obustronnej woli do dalszych negocjacji.

 

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii nie jest więc mniej realne po ostatnich wyborach. Mniej prawdopodobny stał się kompromis. Wielka Brytania pójdzie własną drogą wyspiarskiego imperium handlowego. Zamiast przykładnego ukarania niepokornych wyspiarzy, okaże się że w ostatecznym rozrachunku, wobec państwa dobrze przygotowanego na życie na wolności, groźby Unii będą tylko groźbami.

 

Tu rodzi się pytanie. Skoro ostatnio słychać nawet głosy o wyrzuceniu nas z Unii – o karach nie wspominając – czy ktoś wśród naszych polityków zastanawia się jak miałaby wyglądać polska polityka zagraniczna, gdybyśmy to my chcieli przygotować się na ewentualność życia poza Unią? Pytanie retoryczne.

 

Jakub Majewski

 

 

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie