1 grudnia 2013
Autor

Redaktor PCH24.pl

„Wściekłe psy” z OUN

(Proces bojówkarzy OUN oskarżonych o napad na pocztę. Fot. NAC)

„Strzelanina  w urzędzie pocztowym”, „Krwawy napad hajdamaków”, „Woźny położył trupem 2 bandytów” – krzyczały tytuły polskiej prasy w pierwszych dniach grudnia 1932 roku.

 

Istotnie, 30 listopada tego roku w Gródku Jagiellońskim, mieście powiatowym w województwie lwowskim rozegrały się sceny niczym z gangsterskiego filmu. Senną ciszę spokojnej mieściny zakłócił nagle huk strzałów rewolwerowych. Polała się krew. Już wkrótce okazało się, że nie był to zwykły bandycki napad. Brutalnego „skoku” dokonał liczny oddział terrorystów z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

 

„Lotna brygada”

 

Jednym ze sposobów finansowania organizacji podziemnych były i są akcje ekspropriacyjne („wywłaszczeniowe”), zwane potocznie „eksami”, polegające na zagarnięciu przemocą mienia państwowego lub prywatnego.

 

Ukraińscy nacjonaliści posiadali bogate doświadczenie w takim właśnie sposobie pozyskiwania funduszy. W połowie lat 20. XX wieku na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej swoistą sławę zdobyła tzw. „lotna brygada” Ukraińskiej Wojskowej Organizacji (UWO). Powołał ją osobiście sam komendant krajowy UWO, kapitan Julijan Hołowinskyj, ps. „Dubyk”. Jedynie na przestrzeni kilku miesięcy 1925 roku „lotna brygada” ograbiła dwa ambulanse pocztowe pod Kałuszem, wozy pocztowe pod Bohorodczanami i Dunajowem, urząd skarbowy w Dolinie, pocztę w Śremie, wreszcie Pocztę Główną we Lwowie (tylko ten ostatni „eks” przyniósł terrorystom niebagatelną kwotę 100 tysięcy złotych).

 

W 1929 roku UWO weszła w skład Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów jako jej Wydział Bojowy (choć jeszcze przez cztery lata zachowała tam pewną autonomię). Udane napady rabunkowe przemawiały widać do gustów kierownictwa ekstremy, skoro „Dubykowi” powierzono funkcję prowidnyka krajowego OUN. Nie cieszył się nią długo (we wrześniu 1930 roku został zastrzelony przez policję), jednak zdążył nadać kierunek działaniom organizacji. W ciągu następnych dwóch lat terroryści OUN przeprowadzili szereg akcji „wywłaszczeniowych”, napadając m.in. na wozy pocztowe pod Bełzem, Birczą, Bóbrką i Peczeniżynem, na Bank Ludowy w Borysławiu i pocztę w Truskawcu. Zrabowano w sumie kilkadziesiąt tysięcy złotych, przy okazji zabijając lub raniąc kilka osób.

 

„Przygotowania”

 

W 1932 r. kierownictwo (Prowid) OUN podjęło decyzję o zorganizowaniu kolejnej dużej ekspropriacji. Zlecenie przekazano prowidnykowi krajowemu Bohdanowi Kordiukowi, ten zaś nakazał zorganizowanie napadu wypróbowanym aktywistom: Mykole Jasinśkiemu, Romanowi Szuchewyczowi, Mykole Łebedowi.

 

Po przeprowadzeniu rozpoznania jako cel ataku wytypowano urząd pocztowy w Gródku Jagiellońskim. Terroryści mieli nadzieję zdobyć tam łup rzędu 50 tysięcy złotych. Do napadu wyznaczono bojówkę w sile aż 12 ludzi, uzbrojonych w broń krótką. W przygotowaniach wyróżnił się zwłaszcza referent organizacyjny oraz prowidnyk drohobycki OUN Zenon Kossak. Wszakże żaden z wymienionych tutaj tuzów OUN nie zamierzał narażać swej cennej osoby na niebezpieczeństwo uczestnictwem w akcji. Większość wydelegowanych do napadu terrorystów stanowili młodzi ludzi bez doświadczenia bojowego, choć nie zabrakło też wypróbowanych „cyngli”, takich jak Wasyl Biłas i jego wuj Dmytro Danyłyszyn (owa dwójka w poprzednim roku dokonała udanego zamachu na posła Tadeusza Hołówkę – wiceprezesa Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem oraz rzecznika porozumienia polsko-ukraińskiego, jak również uczestniczyła w napadzie na Bank Ludowy w Borysławiu). Dowództwo bojówki powierzono Stepanowi Dołynśkiemu.

 

Według planu, dwunastka napastników miała działać w czterech grupach. Pierwszy zespół miał wedrzeć się do biura poczty, drugi do mieszczącej się w tym samym budynku kasy skarbowej, zadaniem trzeciego było opanowanie biura telefonicznego. Czwarta grupa w tym czasie miała pozostać na ulicy zabezpieczając odwrót…

Napad

 

30 listopada 1932 roku w godzinach popołudniowych, woźny straży skarbowej Jan Klimczak szybkim krokiem zmierzał w stronę urzędu pocztowego w Gródku Jagiellońskim. Przy wejściu usłyszał dobiegające z wewnątrz podejrzane hałasy. Przekroczył próg urzędu i ujrzał gromadę uzbrojonych mężczyzn. Jeden z bandytów wrzasnął: Ruki  wgoru! i niemal natychmiast strzelił Klimczakowi w pierś. Woźny osunął się na ziemię.

 

Terroryści działali niezwykle brutalnie. Zaraz po wtargnięciu na pocztę zaczęli bez opamiętania strzelać do pracowników i klientów, nawet do stojących spokojnie z rękami podniesionymi do góry. Huk strzałów, wrzaski bandytów, krzyki przerażonych ludzi, wreszcie jęki rannych – wszystko to zlewało się w straszliwą kakofonię. Napastnicy włamali się do kasy, po krótkich poszukiwaniach znaleźli kasetkę z pieniędzmi. Byli zawiedzeni rozmiarami zdobyczy (potem policzono, że łup wyniósł tylko 3232 złotych i 15 groszy). Szybko opuścili budynek. I wtedy zdarzyła się rzecz zadziwiająca.

 

Ciężko ranny woźny Klimczak podźwignął się na nogi. Poruszał się z trudem – miał wewnętrzny krwotok; kula terrorysty przeszyła mu płuca i naruszyła kręgosłup. Mimo to dobył służbowego browninga i ruszył za bandytami. Słaniając się na nogach dotarł do wyjścia. Na ulicy zobaczył tłumek napastników. Bez wahania uniósł pistolet i pociągnął za spust.

Tego nie spodziewał się nikt. Terroryści odpowiedzieli chaotyczną kanonadą. Ulica zamieniła się w pole bitwy. Bandyci strzelali na oślep, pociski gwizdały wokoło – a dzielny woźny straży skarbowej, nie zważając na huraganowy ostrzał, na upływ krwi ani na ból przeszywający ciało, prowadził swój samotny bój.

 

Klimczak okazał się świetnym strzelcem. Posługiwał się bronią dość lichego kalibru (7,65 mm), mimo to osiągnął zdumiewające rezultaty. Oddał 7 strzałów raz po razie, opróżniając cały magazynek browninga. Trafił aż sześciu napastników. Padli śmiertelnie ugodzeni terroryści Berezynśkyj i Staryk. Ich koledzy – Kupećkyj, Kuspiś, Maszczak i Żurakiwśkyj odnieśli rany (kolejny przestępca, wspomniany wyżej morderca Danyłyszyn, wcześniej pokaleczył się dotkliwie szkłem w trakcie demolowania biura poczty).

Zgraja bojówkarzy rzuciła się do ucieczki, taszcząc ze sobą pokiereszowanych kamratów. Woźny Klimczak cofnął się do wnętrza poczty. Ujrzał wielu rannych w kałużach krwi, krzyczących o ratunek. Ostatkiem sił zdołał jeszcze dotrzeć do telefonu i wezwać pomoc lekarską oraz policję.

 

Napastnicy zranili osiem osób – pięciu pracowników oraz trzech klientów. Niestety, woźny poczty Ludwik Kołacz, postrzelony dwukrotnie, zmarł w szpitalu we Lwowie.

Nie była to ostatnia ofiara terrorystów.

 

Pościg

 

Uciekający bandyci podzielili się na mniejsze grupy. Dwaj spece „od mokrej roboty”, Danyłyszyn i Biłas udali się na stację kolejową w Glinnej Nawarii. Napotkali tam dwóch policjantów, przodownika Kojata i posterunkowego Sługockiego.

 

Przestępcy wezwani do wylegitymowania się wydobyli broń i oddali mordercze strzały. Przodownik Kojat legł trupem, posterunkowy Sługocki odniósł ciężką ranę. Bandyci zbiegli. Ruszyła za nimi obława policyjna, posiłkowana przez miejscową ludność.

 

Po kilkudziesięciu godzinach obaj terroryści zostali pochwyceni koło wsi Weryń przez… rusińskich chłopów, którzy nieco poturbowali opryszków i przekazali ich w ręce stróżów prawa. Danyłyszyn zdołał jeszcze ciężko postrzelić dowódcę wiejskiej gromady, niejakiego Andruchiwa. Ironią losu ów przykładny obywatel okazał się… zakonspirowanym członkiem OUN, działającym w przeświadczeniu, że ściga zwykłych kryminalistów!

 

Kara

 

Działania policji doprowadziły do kilku dalszych zatrzymań, zarówno wśród uczestników napadu, jak i ich zleceniodawców.

 

Już w grudniu sąd we Lwowie skazał na karę śmierci trzech terrorystów – Biłasa, Danyłyszyna i Żurakiwśkiego. Tego ostatniego ułaskawił prezydent Ignacy Mościcki (karę śmierci zamienił na 15 lat więzienia). Nie skorzystano z prawa łaski wobec pozostałej dwójki, której udowodniono również zamordowanie Tadeusza Hołówki. 23 grudnia 1932 roku w godzinach rannych Biłas i Danyłyszyn zawiśli na szubienicy w lwowskich Brygidkach.

 

W następnym roku we Lwowie miały miejsce kolejne procesy. Tym razem kary nie były zbyt surowe. Uczestnik napadu Mychajło Kuspiś skazany został na 5 lat więzienia. Trzech sprawców otrzymało zaledwie dwuletnie wyroki, a dwu kolejnym… darowano karę ze względu na młody wiek (!). Za to prowidnykowi drohobyckiemu Kossakowi wlepiono karę w wymiarze 8 lat (zwolniony na mocy amnestii w 1938 roku, wyjechał na Ukrainę Karpacką, próbując tworzyć tam zręby ukraińskiej państwowości; rychło pochwycony przez żołnierzy węgierskich stanął przed plutonem egzekucyjnym).

 

W 1936 roku we Lwowie odbył się proces dowódcy bojówki Stepana Dołynśkiego (orzeczona kara 8 lat więzienia została następnie zmniejszona na mocy amnestii o połowę), a także jednego z organizatorów napadu, Mykoły Łebeda (odbywającego już karę dożywotniego pozbawienia wolności za udział w przygotowaniu zamachu na ministra Bronisława Pierackiego; teraz Łebedowi hojnie dorzucono jeszcze 12 lat odsiadki; przebywał za kratkami do września 1939 roku).

 

W następstwie nieudanego „skoku” w Gródku Jagiellońskim Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów ograniczyła swą działalność ekspropriacyjną, jednak nie zrezygnowała z antypolskiej aktywności terrorystycznej. Reakcją kierownictwa OUN na fiasko napadu było odwołanie prowidnyka krajowego Bohdana Kordiuka. Jego obowiązki przejął pewien ambitny absolwent Wydziału Rolniczo-Lasowego Politechniki Lwowskiej, niejaki Stepan Bandera

 

Andrzej Solak

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie