Zaciemnienie moralności. „Więź” i „tęczowe rodziny” w Kościele

17 lipca na łamach portalu „Więzi” ukazał się list. Jedna z czytelniczek postanowiła oskarżyć Kościół katolicki w Polsce o błędne podejście do środowisk LGBT. Nie chodzi jej jednak o indywidualne osoby - chodzi o strukturę, którą określa mianem „rodzin LGBT+”. Według autorki, takie „rodziny LGBT+” są po prostu „darem dla Kościoła”.
Czytając list zamieszczony we „Więzi” ma się wrażenie, że chodzi o przeniesienie do naszego kraju wniosków, które płynęły z głośnej watykańskiej analizy problemu LGBT w ujęciu synodalnym. Wcześniej w tym roku Sekretariat Synodalny opublikował obszerny dokument, gdzie zawarto tak zwane świadectwa: homoseksualiści opowiadali o tym, jak czują się w Kościele. W tych świadectwach prezentowano homoseksualizm właśnie jako dar od Boga. Jeden z mężczyzn twierdził nawet, że dzięki homoseksualizmowi może pełnić więcej dobra, bo nie jest obarczony dziećmi…
We „Więzi” spotykamy się z bardzo podobnym ujęciem rzeczy. Być może nie jest przypadkiem, że wszystko spaja postać znanego amerykańskiego jezuity, Jamesa Martina. Według watykanistów to właśnie on był jednym z głównych inspiratorów świadectw zawartych w dokumencie synodalnym. To również jego myśl tworzy ramy dla publikacji we „Więzi”. Autorka, pani Natalia Świderska, odwołuje się do jego najważniejszej książki o stosunku Kościoła do środowisk tęczowych, „Budując most”. Praca ukazała się niedawno po polsku, właśnie nakładem „Więzi”. W Warszawie odbyło się niedawno spotkanie poświęcone tej książce.
Osią narracji autorki z Więzi jest fenomen, o którym mówi się popularnie jako o „dobroludzizmie”, a który można byłoby nieco bardziej formalnie określić jako horyzontalizm, czyli stanowisko absolutyzujące doczesny wymiar życia i marginalizujące transcendencję, w tym z natury rzeczy transcendentne prawa moralne.
Autorka pisze, że doświadczyła wielkoduszności środowisk tęczowych, kiedy zorganizowała spotkanie modlitewne w Warszawie w intencji osób zaangażowanych w - jak pisze - kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej. Według Natalii Świderskiej, jej inicjatywa została generalnie źle przyjęta, z wyjątkiem reakcji homoseksualistów. „[P]ozytywny odzew przyszedł od wspólnoty Wiara i Tęcza. Wsparli modlitwę swoją obecnością i przygotowali paczki dla zaproszonych na spotkanie uchodźczyń. Okazali serce. Nie musiałam tłumaczyć, przekonywać – po prostu przyszli. Pomyślałam wtedy, że ich wrażliwość na wykluczenie jest darem – i że potrafi ona przybrać bardzo konkretną formę: mąki, oleju i innych produktów, dzięki którym uchodźczynie mogły nakarmić swoje dzieci, a także cukierków, które najmłodszym dały chwilę radości” – napisała.
Jest rzeczą normalną, że katolik szuka dobra i dobro docenia. To godne pochwały. Problem zaczyna się wówczas, kiedy odnalezione dobro służy jako narzędzie uświęcające cały podmiot, od którego pochodzi. Mam nadzieję, że Czytelnik wybaczy mi porównanie, które mu pokażę, ale chciałbym dobrze ukazać wątpliwą logiczną mechanikę zabiegu, który zastosowała autorka listu.
Wyobraźmy sobie człowieka, który wychowany w głębokiej biedzie jął się kradzieży. Włamuje się do piwnic i mieszkań, okrada samochody. Zachowuje w sobie jednak pamięć o trudzie biedy, który tak bardzo doświadczył go w dzieciństwie i młodości. Dlatego idąc ulicą, wrzuci zawsze całkiem konkretny pieniądz żebrzącym. Piękny akt miłosierdzia, ktoś powie; być może ów złodziej nie wrzuciłby tych pieniędzy, gdyby nie jego własne doświadczenie biedy; być może swoją rolę odgrywa też aktualne życie na marginesie społeczeństwa; albo może próba wyprania własnego sumienia aktem miłosierdzia. Dość, że ktoś stwierdzi: oto złodziej, nie da się oddzielić w nim jednego od drugiego, akty miłosierdzia przeplatają się z kryminalnymi czynami. Docenimy jego współczucie wobec żebrzących - ale czy to w jakikolwiek sposób usprawiedliwia zło, którego się dopuszcza? Bynajmniej - kradzieże pozostają kradzieżami, niezależnie od wspierania żebraków. Gdyby ktoś argumentował, że notoryczne wspieranie żebrzących powinno przekonać nas, że kradzież jako taka zasługuje na nową ocenę moralną, albo że złodzieja należy postrzegać jedynie przez pryzmat jego aktów miłosierdzia, całkowicie ignorując przestępstwa, jakich się dopuszcza - uznalibyśmy takiego kogoś za niepoważnego. Uczynilibyśmy tak z prostej przyczyny - intuicyjnie rozumiemy, że kradzież jest poważnym złem. Dlaczego w sprawie homoseksualizmu miałoby bić inaczej? Czy Kościół nie naucza, że zachowania homoseksualne są moralnie złe? Oczywiście, naucza. Dlatego próba jakiejś dywersyfikacji oceny moralnej tych zachowań musi być związana z zanegowaniem nauki Kościoła w tym aspekcie. Rzecz jest na gruncie wewnątrzkościelnym niemożliwa, stąd – wewnętrznie sprzeczna…
A jednak autorka listu we „Więzi” krytycznie ocenia postawę biskupów w Polsce. Pisze wprost o metropolicie Warszawy, Adrianie Galbasie. „W internecie przeczytałam słowa arcybiskupa Galbasa, które wygłosił podczas tegorocznej procesji Bożego Ciała w Warszawie. Mówił, że nam, katolikom, nie wolno milczeć, ale trzeba jasno pokazywać zsekularyzowanemu światu, w czym błądzi. Wspomniał między innymi o konieczności sprzeciwu wobec prób prawnego lub faktycznego przedefiniowania małżeństwa” - opowiada. Następnie przytacza statystyki dotyczące myśli i prób samobójczych. „Według badań prowadzonych w Polsce ok. 70 proc. młodzieży LGBT zgłasza myśli samobójcze, a ok. 30 proc. deklaruje próbę samobójczą. Młodzi ludzie często doświadczają przemocy rówieśniczej, braku akceptacji w domu oraz odrzucenia w szkole. Stygmatyzacja społeczna, obecna także w Kościele, nasila te problemy” - przekonuje, wiążąc ściśle postawę Kościoła katolickiego z bardzo poważnymi problemami młodzieży.
To niezwykle mocny passus listu, który stawia Kościół w stan oskarżenia: spójrzcie, zdaje się mówić autorka, to przez katolickich biskupów, księży świeckich - to przez nich młodzi ludzie targają się na swoje życie! Trudno pozostać wobec tego obojętnym. Czy autorka ma rację, czy nie - tego nie wiem, bo trudno stwierdzić, jakie dokładnie są motywacje pchające część młodych ludzi związanych ze środowiskiem LGBT do myśli albo nawet prób samobójczych. Jeżeli można stwierdzić, że część z nich spotkała się z jakimiś autentycznie nienawistnymi zachowaniami w Kościele, byłoby tu niewątpliwie pole do działania duszpasterskiego.
Problem w tym, że autorkę listu opublikowanego we Więzi finalnie interesuje coś zupełnie innego, a mianowicie... status tęczowych związków w Kościele. W ostatnich akapitach autorka ogłasza, że „istnieją i będą istnieć pary jednopłciowe, osoby, które wzajemnie się kochają, wspierają i chcą razem iść przez życie”; że takie osoby mogą tworzyć „rodzinę” i nie stwarzają dla innych żadnego zagrożenia. Autorka mówi, że sama zna taką tęczową „rodzinę” i podziwia jej wiarę, troskę, wytrwałość i cierpliwość. Wreszcie ogłasza, że tęczowe „rodziny” są dla Kościoła darem - i już, a Kościół „potrzebuje zmiany sposobu myślenia” o tych „rodzinach”.
Na tym list się kończy. Żadnej refleksji moralnej ani doktrynalnej: argumentacja z incydentalnego doświadczenia, z własnej sympatii do konkretnych ludzi, rozciąganie elementów dobra w działaniu przedstawicieli środowiska na cały sposób życia całego środowiska… Wreszcie, ani słowa o dzieciach. Choć autorka szafuje słowem „rodzina”, które implikuje wychowywanie dzieci, w narracji nawet się o tym nie zająknie. To bardzo ważne przemilczenie. Wrócę do przykładu, do którego się odwołałem, dotyczącego kradzieży. Zwolennik związków tęczowych mógłby argumentować, że mój przykład jest nieadekwatny, bo złodziej wyrządza innym oczywistą szkodę, jako że kradzież jest z natury rzeczy związana ze szkodzeniem drugiemu. W przypadku tęczowego związku miałoby być inaczej: dwoje ludzi „się kocha” i nikomu nie szkodzą; dlatego moralność kościelną należałoby tu uznać za przestarzałą…
Rzecz jednak w tym, że związki tęczowe są w praktyce ściśle związane z próbą ukonstytuowania tęczowych „rodzin” – co zresztą dobrze obrazuje artykuł pani Natalii Świderskiej. Wychowywanie dzieci sprawia jednak, że opuszczamy przestrzeń, w której można byłoby oceniać czyny homoseksualne wyłącznie poprzez pryzmat dwóch osób w te czyny zaangażowanych. Rodzina oznacza dzieci, a to odnosi cały (nie)porządek moralny związku homoseksualnego do sfery pedagogii. Czym karmione jest dziecko, które wychowuje się w takim związku? Skąd w ogóle się w nim wzięło, skoro związek homoseksualny nie może owocować poczęciem? Co w takim razie z moralną oceną in vitro, surogacji, rozwodów?
Łatwo jest pisać ckliwe historie, najlepiej z odwołaniem do statystyk o samobójstwie, które pomijają kluczowe kwestie moralne dotyczące problematyki homoseksualnej. Łatwo – ale nie służy to prawdzie. Dlatego list opublikowany we „Więzi” można uznać za przykład postawy moralnego zaciemnienia – postawy o bardzo poważnych konsekwencjach dla Kościoła i dla ludzkiej cywilizacji.
Paweł Chmielewski







