30 marca 2021
Autor

-

Zbawienie – katolicyzm a współczesna gnoza

W okresie wielkanocnym oraz w poprzedzającym go Triduum paschalnym celebrujemy samo centrum misterium naszego zbawienia. Śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa są bezprecedensowymi w historii świata wydarzeniami w których Bóg-człowiek, Syn Boży, dokonał naszego odkupienia i zbawienia. Ze zmartwychwstaniem sprawa wydaje się być prosta i jednoznaczna. W tym akcie Syn Boży wprowadził naturę ludzką bezpośrednio w przestrzeń Bożego życia. Problem zaczyna się ze zrozumieniem męki Chrystusa.

 

PODCAST

 

 

Męka Pańska według współczesnych gnostyków

Obecnie coraz częściej samo wydarzenie brutalnej śmierci Syna Bożego wydaje się być nieprzystające do współczesnego obrazu Boga. Ta nieprzystawalność wynika, oczywiście, z faktu odejścia od obrazu Boga przekazanego nam w Objawieniu. Niestety coraz częściej współczesny człowiek odpowiedzi na pytanie o tożsamość Boga nie poszukuje w obiektywnym Objawieniu, ale we własnym sercu, własnym odczuciu i wyobrażeniu. Jedynym i nadrzędnym dogmatem pozostaje prawda, że Bóg jest miłością. Sama natura miłości niestety nie jest już wywodzona z kart Pisma i Tradycji, ale raczej ze współczesnego, zdeformowanego rozumienia tego słowa, co prowadzi do niezwerbalizowanego przeświadczenia, że Bóg będący miłością musi w pierwszej kolejności być po prostu miły i bezgranicznie oraz bezkompromisowo przychylny człowiekowi.

 

Stąd też coraz częściej pojawiają się pytania, czy Ojciec naprawdę wymagał aż takiej ofiary od swojego Syna, czy chciał Jego cierpienia? Przecież Bóg nie może mieć upodobania w takiej ofierze. Sama idea ofiary staje się coraz mniej zrozumiała. Podobnie rzecz ma się z grzechem. Czy Bóg naprawdę wymaga aż tak radykalnego przebłagania? Czy nasze grzechy, nasze słabostki, z którymi coraz bardziej się oswajamy, mogą tak bardzo obrażać Boga? Czy Bóg w ogóle może obrazić się przez taką błahostkę jak grzech? Czy cokolwiek w ogóle może Go obrazić? Czyżby Bóg był aż tak bardzo małostkowy? To przecież zupełnie nie przystaje do obrazu Boga, który z rozczuleniem spogląda na człowieka, z pewnego rodzaju wyrozumiałością dla jego słabości, z tęsknotą za człowiekiem, który przez grzech Boga utracił.

 

Stąd też myśląc o męce Chrystusa coraz częściej rozumiemy ją nie jako ofiarę przebłagalną, która uśmierza gniew Boga (Bóg przecież w naszym mniemaniu nie może się gniewać), ale jako akt Boga w swoim Synu, który jest przede wszystkim aktem radykalnej solidarności z człowiekiem. Syn Boży stając się człowiekiem, wszedł zatem w bliskość człowieka i to tak radykalnie w nią wszedł, że dotknął najciemniejszych momentów naszego życia.

 

Z ust różnych kaznodziejów możemy usłyszeć, że Syn Boży wcielając się, narodził się w centrum naszego grzechu, przełamując tym samym barierę, która nas od Boga oddziela. Usłyszeć możemy, że właśnie dzięki temu, paradoksalnie, kiedy jesteśmy najbardziej zanurzeni w grzechu, to Bóg jest najbliżej nas. I w pewnym sensie jest to prawda. Zapominając jednak o ważniejszych przyczynach męki Pańskiej, takie myślenie może prowadzić do fatalnych błędów. Oto bowiem wcielenie Boga w to, co najciemniejsze w naszej ludzkiej naturze nie tyle sprawia, że Bóg przebaczył nam grzechy i je nam odpuścił, ale że w pewnym sensie Bóg zneutralizował grzech. Grzech zatem, wobec nieskończonej miłości Boga stracił swoją moc. To, co nawet hipotetycznie było obrazą Boga, przestało Go obrażać.

 

Właściwie bliskość Boga jest już nieodwołalnie zadekretowana. Nie powinno nas zatem dziwić, że coraz większą popularność zyskują teorie głoszące powszechne zbawienie wszystkich. Taka perspektywa jest przecież jak najbardziej logiczna. Nie powinno nas też dziwić, że od duszpasterzy słyszymy, jakoby grzech nie miał nad nami już żadnej władzy, gdyż Bóg nie płonie już gniewem, ponieważ nieodwołalnie nas przyjął i jedynym problemem jest właściwie to, że to my w naszym ciasnym myśleniu cały czas jeszcze oskarżamy i potępiamy samych siebie. Bóg nas kocha, a my myślimy uparcie, że nie jesteśmy warci miłości. Największym więc zadaniem duszpasterskim jest przekonywanie człowieka, żeby wybaczył sobie. Bo jeszcze tylko to pozostało – subiektywne przeświadczenie o tym, że nasza grzeszność stanowi problem. A więc najpierw wybacz sobie i zmień obraz Boga z groźnego i konsekwentnego na bezgranicznie kochającego. Duchowość w ten sposób zamienia się w psychologię.

 

Perspektywa taka wydaje się być bardzo kusząca. I rzeczywiście jest kusząca, tzn. zwodnicza, bo jest nie tyle katolicka, co raczej gnostycka. To właśnie gnoza zawierała w sobie owe dwa elementy: pierwszy głoszący, że zbawienie dokonuje się przez wiedzę, przez wewnętrzne oświecenie. Tutaj echem odbija się to w dążeniu do zmiany naszej świadomości, zmiany obrazu Boga, psychologicznym akcie, wedle którego powinniśmy wyzbyć się ludzkiego, potępiającego myślenia, przebaczyć sobie i cieszyć się bliskością Boga pomimo wszystko. I drugi, który głosi, że grzech jest czymś subiektywnym, że nie ma on obiektywnej mocy oddzielania nas od Boga. Że Bóg nie tyle wybacza grzech, lecz go neutralizuje. Właśnie gnoza zakłada, że grzech zostaje włączony w dynamikę zbawienia w taki sposób, że sam grzech zostaje zanurzony w przestrzeni Bożej miłości. Czy i tutaj więc nie mamy gnozy? Grzech nie jest już przeszkodą, gdyż Syn Boży zstąpił w same głębokości naszego grzechu, więc gdy grzeszymy, to dalej Bóg pozostaje blisko nas. Pogląd to wysoce niebezpieczny… Jaka jest zatem perspektywa katolicka?

 

Zadośćuczynienie i pojednanie

W Tradycji, przed ten pierwszorzędny dzisiaj aspekt, którym jest solidarność Syna Bożego z człowiekiem, wybijają się na czoło jeszcze dwa inne powody, dla których męka Chrystusa była konieczna: zadośćuczynienie za zniewagę grzechu i pojednanie człowieka z Bogiem.

 

W przypadku pierwszego z tych powodów, staje nam w poprzek to, z czym współczesna, światowa mentalność reprezentantów tzw. katolicyzmu liberalnego czy otwartego mocno walczy. Chodzi o samą ideę zadośćuczynienia i wynagrodzenia. Jak wspomnieliśmy wcześniej, współczesnemu człowiekowi pogląd jakoby Bóg miał się gniewać wydaje się przestarzały, naiwny i niedojrzały. Przecież Bóg nie jest małostkowy. Takie przeświadczenie nie wynika, jak się wydaje w pierwszym rzędzie z odkrycia „nowego” oblicza nieskończonej miłości Boga. Źródłowo chodzi tutaj raczej o zanik poczucia realności grzechu. Cóż takiego jest ten grzech wobec nieskończoności Boga? Grzech przecież nie jest niczym strasznym. No, może istnieją grzechy naprawdę ciężkie, ale są one czymś wyjątkowym, a i one w obliczu nieskończonej miłości tracą swój ciężar. Grzechy powszednie są zaś czymś ludzkim, zwyczajnym i naturalnym. Czy Bóg mógłby przez takie błahostki odrzucić człowieka?

 

Oswojenie z grzechem współbrzmi ze zmianą rozumienia miłości, która także odgrywa tutaj istotną rolę. Obecnie często mniema się, że Boża miłość jest tak ogromna, że nie sposób sprawić, by Boga cokolwiek obraziło. Zaiste, przedziwne jest to twierdzenie, a jednak jest coraz powszechniejsze. Być może jest tak, gdyż opiera się ono na pewnej cząstkowej prawdzie. Rzeczywiście nie istnieje nic, co by mogło Bożą miłość zgasić. Ale czy z tego wynika, że Boga nie można obrazić? Czy w sytuacji, w której żona bezgranicznie kocha swojego męża, mąż ów nie jest już w stanie obrazić swojej żony? Czy mąż zdradzający żonę, widząc, jak ona jest tym do bólu zraniona, może ze zdumieniem zarzucić jej, że skoro jego zdrada i niewierność ją dotykają, to znaczy, że jej miłość nie jest prawdziwa? Czy nie jest dokładnie odwrotnie, że im większa miłość, tym większy ból zranienia z powodu niewierności? Czy nie jest tak, że właśnie człowieka obojętnego nie będzie raniła nasza niewierność, z kolei kochającego nasza niewierność będzie raniła tym bardziej, im większą miłością ten ktoś nas darzy? Czy zatem nie jest tak, jak świadczy o tym Tradycja, że właśnie ze względu na absolutną wielkość i nieskończoną miłość Boga, nasze grzechy obrażają Go równie nieskończenie?

 

Grzech, chociaż jest ludzkim aktem, a więc aktem ograniczonym, relatywnie małym, właśnie ze względu na nieskończoność Boga, jest obrazą ostateczną. Nie chodzi tu jednak o nasze subiektywne odczucia. Chodzi raczej o obiektywną rzeczywistość grzechu, która w obliczu realizmu Bożej miłości jest czymś w najwyższym stopniu skandalicznym. Ów skandal grzechu nie jest wynikiem arbitralnej reakcji Boga na nasz grzech, nie wynika z dekretu Boga na nasze drobne „potknięcia”. Wynika on z samego faktu, z samej tożsamości Boga i stworzenia. Grzech zatem domaga się naprawy nie na mocy subiektywnego dekretu Boga, ale ze względu na samą naturę Boga i stworzenia. Człowiek natomiast nie jest w stanie zadośćuczynić tejże obrazie Boga. Żeby tej obrazie wynagrodzić, należałoby dokonać aktu przebłagania nie ludzkiego, nawet nie anielskiego, ale boskiego. Tylko Bóg jest w mocy oddać właściwą chwałę Bogu. Tylko Bóg jest w stanie odpłacić Bogu miłością za zranioną miłość. Tylko Bóg jest na tyle bogaty, by zadośćuczynić nieskończonej zniewadze. Zatem tylko Bóg w człowieku, tylko Bóg-człowiek mógł dokonać aktu przebłagania, który byłby godzien samego Boga.

 

W śmierci Chrystusa dokonuje się zatem zadośćuczynienie za zniewagę człowieka, której dokonuje człowiek, Chrystus Pan, mocą swojej Boskiej natury zjednoczonej z naszym człowieczeństwem. To jednak jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze drugi aspekt, którym jest pojednanie.

 

W śmierci Chrystusa, Syn Boży w człowieku nie tylko swoją ofiarą, swoim złożeniem siebie samego w ofierze „oddaje” Ojcu sprawiedliwość i tym aktem czyni zadość sprawiedliwemu wynagrodzeniu, ale też dokonuje pojednania człowieka z Bogiem. Pojednania, czyli zjednoczenia. Grzech jest nieskończenie bardziej odmienny i różny od Boga niż różna jest noc od dnia i światłość od ciemności. Między grzechem i Bogiem nie ma żadnej wspólnoty, żadnego punktu stycznego czy nawet przestrzeni spotkania. Bóg i grzech nie mogą współistnieć, więc grzeszny człowiek przez grzech zostaje od Boga oddzielony.

 

W ofierze krzyża dokonuje się natomiast coś przedziwnego. Otóż po grzechu nasza ludzka natura została zraniona. Nie została zniszczona, gdyż wtedy byłaby niezdolna do pojednania. W grzechu nasza natura doznała osłabienia woli (doświadczamy to ilekroć odczuwamy, że czynienie radykalnego dobra nie jest czymś spontanicznie narzucającym się naszej naturze) oraz została skrzywiona, błędnie ukierunkowana. Św. Augustyn pisze, że po grzechu pierworodnym nasza natura odwróciła się od Boga, a skierowała się ku sobie samej. Stąd jest w nas skłonność do czynienia siebie bogami, szukania własnej chwały, egocentryzmu itp.

 

W ofierze krzyżowej Chrystus dokonuje aktu radykalnego odwrócenia natury, do której człowiek sam z siebie nie jest zdolny. W ofierze, czyli oddaniu siebie całkowicie Ojcu, oddaniu własnego życia, dokonuje się akt egzystencjalnego oddania każdego aspektu własnego jestestwa Ojcu. Chrystus w swojej męce od modlitwy w Ogrodzie Oliwnym aż po śmierć na krzyżu, paradoksalnie nie jest zwrócony absolutnie ku solidarności z człowiekiem, którego właśnie zbawia. On jest radykalnie ukierunkowany na Ojca i na Jego wolę. Wszystko czyni ze względu na Ojca i Jego chwałę. Zatem w tej męce natura, która w obliczu śmierci jeszcze bardziej pierzcha i chroni się w sobie (chroni siebie), w Chrystusie została absolutnie skierowana ku Bogu. W tym akcie człowieczeństwo zostało właśnie uzdrowione. W śmierci Chrystusa człowieczeństwo odnajduje właściwą orientację i to w obliczu największej ciemności, w obliczu najwyższego zagrożenia, śmierci absolutnie paraliżującej i determinującej – w tak przemożnym obliczu w Chrystusie natura ludzka odnajduje właściwy kierunek i właściwą postawę podporządkowania wobec jedynego i prawdziwego Boga. Bez męki i śmierci w posłuszeństwie Ojcu nasze zbawienie byłoby po prostu niemożliwe.

 

Współdziałanie a nie automatyzm

Jest jeszcze jedna różnica, między coraz powszechniejszym, quasi-gnostyckim podejściem zarysowanym na początku a perspektywą katolicką. W tej pierwszej mamy do czynienia ze swego rodzaju automatyzmem zbawienia. Wszystkiego dokonał bez naszego udziału sam Bóg. Dokonał tego właściwie pomimo naszej grzeszności. Natomiast nasze obdarowanie zbawieniem dokonuje się już tylko poprzez obwieszczenie nam tego. Mamy tu zatem do czynienia z ukrytą implementacją zasadniczych (również heretyckich) tez Lutra. Po pierwsze sola gratia. Ludzkie wysiłki nie mają żadnego znaczenia. Wszystko już się dokonało, natomiast zbawienie polega jedynie na ogłoszeniu tego człowiekowi, co również koresponduje bardziej z perspektywą protestancką aniżeli katolicką.

 

W perspektywie katolickiej jest inaczej. Zbawienia rzeczywiście w pełni dokonał Chrystus, gdyż człowiek nie jest nawet do tego zdolny. W katolicyzmie jednak historia na tym akcie Syna Bożego się nie kończy, lecz dopiero rozpoczyna. Męka i śmierć Chrystusa jest dla nas perspektywą otwierającą bramy zbawienia. Człowiek z własnej natury oczywiście nadal nie jest zdolny dokonać aktu zadośćuczynienia i pojednania z Bogiem. Do tego może uzdolnić tylko natura Boża. A wiemy, że tylko jeden jest Jednorodzony. Właśnie dlatego konieczny jest Kościół, który jest Jego Ciałem. To nie jest tak, że w jakiś tajemniczy lub arbitralny sposób Bóg nam przebaczył i dokonał pojednania. Do pojednania zdolny jest tylko ten, który dzieli naturę z Ojcem.

 

Błędne jest zatem mniemanie, że Chrystus dokonał naszego zbawienia jakby obok nas i dzięki temu nasza sytuacja się zmieniła, tak że człowiek stał się przyjacielem Boga i jest zdolny oddawać Mu cześć. Nie jest też tak, że dzięki ofierze Chrystusa zmienił się stosunek Ojca do nas – Jego oblicze pojaśniało… Do jedności z Ojcem nadal jest zdolny tylko Chrystus. W Kościele natomiast, my nie oddajemy czci jako indywidualne osoby na mocy osobistego i własnego aktu pobożności. W Chrystusie (a zatem w Kościele) jesteśmy synami w Synu, mamy udział w Jego akcie zadośćuczynienia i pojednania, a więc chodzi o to, byśmy byli jakimiś przygodnymi uczniami Chrystusa, usiłującymi z zewnątrz naśladować Go i czynić coś na wzór Jego miłości. Zbawienie polega na tym, że zostajemy włączeni w Jego miłość i mamy udział w Jego akcie uwielbienia Ojca.

 

Nie jest zatem prawdą, że każdy człowiek automatycznie został obmyty Krwią Chrystusową. Człowiek z natury nie posiada zdolności, nie ma uposażenia ontologicznego, żeby zadośćuczynić i zjednoczyć się z Bogiem. To czego dokonał Jezus należy w ścisłym sensie tylko do Niego. Do takiego zadośćuczynienia i pojednania w ofierze zdolny jest tylko Bóg-człowiek. Zatem jeśli chcemy mieć udział w zbawieniu, to nie wystarczy być dobrym i życzliwym ludziom, gdyż to nie zmienia naszej sytuacji. Musimy być w Nim – w Jego Ciele.

 

Dlatego tak ważne jest bycie w Kościele. Sakramenty ontologicznie wiążą nas i podporządkują Chrystusowi. Absurdalne jest zatem twierdzenie, że nie trzeba już nawracać pogan, że wystarczy troszczyć się o dobro, budować powszechne braterstwo i cieszyć się, jeśli poganie są wierni własnym tradycjom religijnym. Absurdalne jest także twierdzenie, że pomimo iż ktoś odszedł od Kościoła, to możemy w sercu żywić nadzieję, że jest blisko Boga. Tak może twierdzić jedynie ktoś, kto zupełnie nie rozumie na czym zbawienie polega. Nie chodzi tu o subiektywnie rozumianą ludzką dobroć, życzliwość czy serdeczność względem innych. Tu chodzi o nasz obiektywny stosunek do Boga, o rzeczywistą relację, do której zawiązania nie jesteśmy z natury zdolni, więc tylko w Synu możemy tego pojednania dostąpić.

 

W katolicyzmie doktryna jest integralna, to znaczy, że konieczne są wszystkie dogmaty: wcielenie (które przełamuje dystans między Bogiem i człowiekiem), prawdziwe Bóstwo i człowieczeństwo Chrystusa (które uzdalnia człowieka-Jezusa do zadośćuczynienia i pojednania człowieczeństwa z Ojcem), jedność trzech Osób w Trójcy (gdyż tylko jeśli Syn ma naturę identyczną z naturą Ojca, przy czym nie jest z Nim tożsamy osobowo, może w człowieku zadośćuczynić i może człowieka doprowadzić do rzeczywistej jedności z Bogiem, a więc włączyć go w życie Boże), odkupienie na krzyżu (tylko tak radykalny i ostateczny akt rozgrywający się na arenie ludzkiej śmierci czyni realnym egzystencjalne włączenie człowieka w Boski akt oddania się Syna Ojcu), natura Kościoła (tylko jeśli Kościół jest prawdziwym Ciałem Pana, a nie jedynie zgromadzeniem wierzących, to możemy mieć udział w Jego życiu i dziele), znaczenie sakramentów (tylko jeśli sakramenty są rzeczywistym uobecnieniem misterium Chrystusa, chrzest rzeczywistym zanurzeniem w Jego życiu i śmierci; Msza rzeczywistą i tą samą ofiarą, której On sam dokonuje; Eucharystia Jego rzeczywistym i prawdziwym Ciałem, które spożywamy, możemy naprawdę w przestrzeni naszego życia, w nas samych dostąpić zjednoczenia i urzeczywistnienia w nas życia Bożego), itp.

 

Owe dogmaty nie są abstrakcyjnymi prawdami, ale są opisem rzeczywistości zbawienia. One określają sposób nowej egzystencji chrześcijanina, która jest egzystencją człowieka w Chrystusie – w Bogu! Zbawienie to przywrócenie porządku, wedle którego Bóg jest Bogiem, a człowiek jest stworzeniem, a następnie realizacja planu Bożego wedle którego to stworzenie, którym jest człowiek staje się dzieckiem Bożym, tzn. ma udział w życiu samego Boga w zjednoczeniu z Nim. Zatem śmierć i zmartwychwstanie są aktami, które realizują zbawienie i nam je umożliwiają. Ta możliwość jest dla nas otwarta w Kościele poprzez sakramenty i życie podporządkowane nauczaniu Kościoła.

 

Dlatego też zupełnie niezrozumiałym jest postulowanie budowania ekumenicznej jedności z apelem o nienawracanie protestantów, lecz zachęcanie ich do pielęgnowania własnej „tradycji chrześcijańskiej”. Przecież odrzucenie którejkolwiek z wyżej wymienionych prawd burzy całą konstrukcję misterium zbawienia i niweczy wszystko. Tutaj na nic zdają slogany w stylu: „Bóg jest większy od naszych ludzkich wyobrażeń”, gdyż dogmaty nie są ludzkimi wyobrażeniami, lecz odbiciem Boskiej, objawionej Prawdy. To zdanie o wyższości Boga od ludzkich mniemań ma raczej zastosowanie do wyobrażeń katolików otwartych o miłym Bogu, gdyż one właśnie są wynikiem nie czego innego, ale czysto ludzkich tęsknot, fantazji i marzeń. Zatem brak troski o włączenie kogokolwiek w obręb wiary katolickiej może być w najlepszym wypadku wynikiem ignorancji co do treści tejże wiary, strywializowania obrazu Boga na modłę własnego, ciasnego serca, sprowadzenia istoty religii do tego, co jedynie ludzkie, a w konsekwencji braku prawdziwej miłości, która objawiła się nam w Chrystusie i w Jego zbawiennej dla nas Męce.

 

Z drugiej strony, katolicka perspektywa wskazuje, że nie wystarczą również same obrzędy i zewnętrzna przynależność do Kościoła. Obrzędy sakramentalne wcielają nas do Kościoła umożliwiając nam włączenie i podporządkowanie naszej egzystencji samej tożsamości i działaniu Syna Bożego. Sakramenty jednocząc nas z Chrystusem w Jego Ciele, tj. Kościele, dają nam możliwość udziału w akcie zbawczym Chrystusa, a przez to – w samym życiu Bożym. Tutaj jednak konieczne jest egzystencjalne podporządkowanie się temu nowemu życiu, które sakramenty w nas inicjują. Nie da się zatem mniemać, że ktoś jest katolikiem, bo został ochrzczony, jednak nie przyjął prawdziwie wszystkiego, co niesie Chrystusowy Kościół, a jednak z pewnością będzie zbawiony. Kiedy ktoś zaczyna mimo sakramentów odwracać się od Kościoła, przeczyć mu, wyłącza się tym samym z egzystencji Chrystusa, przez co jego zbawienie jest śmiertelnie zagrożone.

 

Nie jest zatem aktem miłosierdzia pochylanie się z ludzką troską i ludzkim zrozumieniem nad homoseksualistami i postulowanie, żeby w swoim grzesznym życiu byli błogosławieni przez Kościół. Coś takiego jest sprzecznością samą w sobie (aczkolwiek możliwe jest we wskazanej powyżej perspektywie gnostyckiej). Nie jest możliwe również troskliwe „rozumienie” kobiet walczących o prawa do zabijania nienarodzonych dzieci. Absurdem jest utyskiwanie na kapłana, który od młodzieży przygotowującej się do bierzmowania wymagał deklaracji poglądów, gdyż miałoby to być rzekomo odpychaniem ludzi od Kościoła.

 

Jeśli pozwolimy ludziom trwać formalnie w Kościele lecz zlekceważymy potrzebę ich nawrócenia – czyli podporządkowania się całej prawdzie katolickiej, to na nic to ich trwanie w Kościele. Fałszywe jest bezkompromisowe twierdzenie, że w Kościele jest miejsce dla wszystkich – niezależnie od ich poglądów, preferencji czy sposobu życia. W Kościele jest miejsce dla każdego, owszem, ale potencjalnie, niekoniecznie zaś realnie. Realnie jest ono tylko dla tych, którzy sami nie odrywają się sercem od jedności z Chrystusem. Miłość chrześcijańska nie polega na tolerancji i zrozumieniu grzesznika i wmawianiu mu, że Bóg i tak go kocha, więc może robić co chce. Miłość chrześcijańska drży na widok tych, którzy pomimo tak potężnego aktu miłości Chrystusa i tak wielkiego daru jakim jest Kościół, będący przestrzenią uczestniczenia w Jego życiu, chcą dalej żyć swoim „ja”, dla siebie i siebie czyniąc centrum i ośrodkiem świata.

 

Chrześcijanin drży, gdyż zbawienie nie jest automatyczne. Chrześcijanin lęka się ponownej obrazy Boga pomimo zbawienia danego nam w Chrystusie. Ten lęk i tę obawę – na wskroś chrześcijańską – odnajdujemy przecież w samym Piśmie: „Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego poznania prawdy, to już nie ma dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy ale jedynie jakieś przerażające oczekiwanie sądu i żar ognia, który ma trawić przeciwników. Kto przekracza Prawo Mojżeszowe, ponosi śmierć bez miłosierdzia na podstawie zeznania dwóch albo trzech świadków. Pomyślcie, o ileż surowszej kary stanie się winien ten, kto by podeptał Syna Bożego i zbezcześcił krew Przymierza, przez którą został uświęcony, i obelżywie zachował się wobec Ducha łaski. Znamy przecież Tego, który powiedział: Do Mnie należy pomsta i Ja odpłacę. I znowu: Sam Pan będzie sądził lud swój. Straszną jest rzeczą wpaść w ręce Boga żyjącego” (Hbr 10, 26-31).

 

Prawda Boża jest doskonała. Miłość Jego jest najwyższa. Jego zbawienie jest potężne. Bóg rzeczywiście zbawia nas w sposób niezwykły i niezasłużony. Jednak to zbawienie wymaga przyjęcia go. Nie da się budować relacji miłości bez miłości. Nie da się budować miłości bez wolności. Nie da się budować miłości bez oddania siebie. I właśnie dlatego prawda katolicka o zbawieniu nie jest naiwna i cukierkowa. Jest piękna, odpowiedzialna, ale i zatrważająca.

 

Bóg naprawdę traktuje nas na poważnie. Nie lekceważy naszej znikomej wolności. Naprawdę traktuje nas jak przyjaciół, jak synów, jak dzieci. Bóg naprawdę szanuje człowieka i pokłada w człowieku nadzieję. Nie lekceważmy tego pod wpływem uwodzicielskiego, choć naiwnej logiki świata.

 

O. Jan Strumiłowski OCist.

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(18)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie
Więcej komentarzy