12 maja 2021
Autor

Marcin Jendrzejczak

Zeroemisyjność i transformacja energetyczna – konieczność dziejowa czy neosocjalizm?

(fot. Morgre/Wikipedia)

Wielkie ekologiczne transformacje to nie tylko szansa na poprawę stanu środowiska, lecz również na wydobycie ogromnych pieniędzy od podatników. Dążenie do przeobrażenia choćby całej energetyki to ogromne koszty, które nie ominą również Polski.

Rządy przystępujące do podpisanego w 2016 roku porozumienia paryskiego zobowiązały się do utrzymania średniej temperatury na ziemi na poziomie mniej niż 2 procent powyżej okresu sprzed uprzemysłowienia. Zapowiedziały też osiągnięcie równowagi między emisjami i pochłanianiem gazów cieplarnianych w drugiej dekadzie XXI wieku. Zaznaczono przy tym, że kraje rozwijające się mogą uczynić to w wolniejszym tempie. O porozumieniu paryskim zrobiło się głośno, gdy za sprawą decyzji Donalda Trumpa wystąpiły z niego Stany Zjednoczone. Teraz jednak USA do porozumienia wróciły i razem z Unią Europejską maszerują prostą drogą ku zielonej utopii.

Komisja Europejska, wybiegając nieco przed szereg, zadeklarowała chęć osiągnięcia „neutralności klimatycznej” do 2050 roku. „Zgodnie z życzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej przedstawiona przez Komisję wizja przyszłości neutralnej dla klimatu obejmuje prawie wszystkie dziedziny polityki UE i jest zgodna z celem porozumienia paryskiego, jakim jest utrzymanie wzrostu temperatury znacznie poniżej 2°C i próba obniżenia tego wzrostu do poziomu 1,5°C” – podaje Komisja Europejska na swojej stronie.

Dążenia Unii Europejskiej dotyczące ograniczenia emisji CO2, rzekomo powodującego w szczególny sposób ocieplenie klimatu wspiera system pozwoleń na emisję. Funkcjonuje on w 28 krajach Unii Europejskiej oraz w Islandii, Liechtensteinie i Norwegii. Obejmuje około 45 procent wszystkich emisji gazów cieplarnianych w Unii Europejskiej. Wdrożono go bowiem w tych sektorach, w których emisje substancji uznawanych za szkodliwe są mierzalne i możliwe do weryfikacji.

Działa podobnie co podatek na szkodliwe efekty zewnętrzne działalności gospodarczej, jak choćby akcyza na alkohol, tytoń czy podatek cukrowy. Chodzi o zrekompensowanie społeczeństwu szkodliwych skutków ubocznych danej działalności gospodarczej, takich jak problemy zdrowotne i związane z nimi obciążenie budżetu publicznej służby zdrowia. Zyski przeznaczane są na działania proekologiczne, na swego rodzaju rekompensatę emisji CO2.

Ekonomiści wolą bowiem sprzedawane pozwolenia od podatków. W teorii bowiem przedsiębiorca dokona racjonalnej kalkulacji kosztów i korzyści i wykupi pozwolenie na emisję CO2, tylko wtedy, jeśli przewiduje, że koszt ten się mu zwróci (bo odbiorcy zapłacą dostatecznie dużo za np. energię z węgla). Wówczas więc inwestycja przyniesie więcej korzyści niż kosztów. Z kolei jeśli zwrot nakładów na emisję okaże się mało prawdopodobny, to firma zrezygnuje z wykupywania pozwoleń na emisję CO2 i zdecyduje się przestawić na bardziej ekologiczne źródła energii. Jak twierdzi Komisja Europejska na swej stronie, „system handlu gwarantuje obniżanie emisji tam, gdzie najmniej to kosztuje”. Nie ukrywa też, że na rękę jej są pozwolenia drogie, gdyż „wysokie ceny emisji dwutlenku węgla sprawiają również, że warto inwestować w czyste technologie niskoemisyjne”.

Część zezwoleń jest przydzielanych bezpłatnie i dopiero potem mogą stanowić przedmiot handlu. Część od początku trzeba nabyć. Ponadto od około 16 lat pozwolenia na handel uprawnieniami do emisji CO2 jest legalnym przedmiotem obrotu na rynkach finansowych, co wystawia przedsiębiorstwa na związaną z tym zmienność i ryzyko. Przed 2018 cena nie przekraczała 10 euro za tonę, jednak obecnie zbliża się do 50 euro. Finansowe spekulacje przyczyniają się więc do gwałtownych skoków cenowych, a niewiele wskazuje na zmianę tego trendu w najbliższym czasie. Tłumaczy to w znacznym stopniu gwałtowne zamykanie elektrowni węglowych w Europie rozpoczęte właśnie w ostatnich latach. Ale cóż, jak widzieliśmy, Unia cieszy się, jeśli ceny pozwoleń są wysokie.

Wątek Polski

Do niedawna wśród krajów odmawiających udziału w radykalnej ekomiędzynarodówce znajdowały się też Polska i Stany Zjednoczone. Donald Trump należał do przedstawicieli gospodarki starego typu, niestroniącej od tradycyjnych źródeł energii. Wystąpił też z porozumienia paryskiego, jednak Joe Biden zadecydował o powrocie Amerykanów do tej umowy. Tym samym Polska znalazła się w bardzo nielicznym już gronie niedobitków (o ile wręcz nie stała się całkiem osamotniona) wśród krajów świata zachodniego opierających się zielonej rewolucji.

Warto zauważyć, że w Polsce „zieloną transformację” blokowało tradycyjne uzależnienie PiS od jego związanego z górnictwem elektoratu. Podczas przemówienia na COP24 w Katowicach Andrzej Duda mówił, że polska gospodarka opiera się na węglu i tak pozostanie. – Proszę się nie martwić, dopóki ja pełnię w Polsce urząd prezydenta, nie pozwolę na to, aby ktokolwiek zamordował polskie górnictwo – mówił podczas Akademii Barbórkowej grupy Tauron.

Tego typu wypowiedzi przedstawicieli szeroko rozumianego obozu władzy to już jednak przeszłość. Zgodnie z porozumieniem z końca kwietnia 2021 roku rząd i górnicy doszli do porozumienia dotyczącego wygaszania kopalń. Ostatecznie zostaną one zamknięte w 2049 roku. W zamian górnicy otrzymają ustawowe gwarancje pracy do emerytury albo urlopy przedemerytalne (80% wynagrodzenia) i odprawy (120 tysięcy złotych). Zaplanowano także dopłaty do stopniowego redukowania pracy w kopalniach oraz plany inwestycyjne dotyczące czystych technologii. Zaplanowano również inwestycje w technologie oparte na czystym węglu (16 miliardów dolarów) oraz powołanie specjalnego Funduszu Transformacji Śląska, którego kapitał wynosi 500 milionów i jest zagwarantowany kolejnym miliardem.

Zgodnie z przyjętą przez rząd „Polityką energetyczną Polski do 2040 r.” udział odnawialnych źródeł energii wyniesie co najmniej 23 procent tak zwanego końcowego zużycia energii brutto w 2030 roku. Zaproponowano również redukcję emisji gazów cieplarnianych o około 30% (w porównaniu do 1990 roku), uruchomienie pierwszej elektrowni jądrowej w 2033 roku oraz rozbudowę elektrowni wiatrowej (o mocy 5,9 GW).

W czerwcu 2019 roku Polska, Estonia, Czechy i Węgry zawetowały przyjęcie celu zeroemisyjności. Jednak w grudniu, choć Warszawa wyraziła sceptycyzm, to nie zdecydowała się na weto. Ostateczna decyzja zostanie podjęcia w czerwcu, jednak wiele wskazuje, że Polska przystąpi do unijnej polityki zeroemisyjności.

Choć jest to zdaniem wielu ekspertów niezbędne z ekologicznego i zdrowotnego punktu widzenia, wiąże się z ogromnymi kosztami. Jak czytamy w raporcie McKinsey Neutralna emisyjnie Polska 2050* „aby ograniczyć do zera emisje dwutlenku węgla netto do 2050 r., który został przyjęty jako termin realizacji celów UE w tym zakresie, a także jest punktem odniesienia w porozumieniu paryskim, już w ciągu najbliższej dekady Polska musiałaby czterokrotnie przyspieszyć dekarbonizację w porównaniu do tempa działań z poprzednich 30 lat. W latach 2030-2050 zmiany musiałyby być jeszcze bardziej dynamiczne. Osiągnięcie neutralności emisyjnej będzie wymagało dodatkowych inwestycji, których wartość w ciągu kolejnych 30 lat może sięgać 10-13 mld euro rocznie lub 1-2 proc. PKB”. Z kolei według Konfederacji „Lewiatan” już w ciągu dwóch najbliższych dekad koszty transformacji wyniosą 1,6 biliona złotych.

Chińczycy trzymają się mocno

Tymczasem choć w ostatnim czasie o konieczności polityki proekologicznej mówią też Chiny, to wiele wskazuje na to, że to właśnie ten kraj jest jak na razie głównym źródłem zanieczyszczeń klimatu. Według danych za 2018 rok podawanych przez Global Carbon Project Chiny znajdują się na pierwszym miejscu jako największy emitent dwutlenku węgla. Jak podaje Investopedia.com, dzieje się tak w znacznej mierze za sprawą wykorzystywania węgla. To z węgla pochodziło 58% całkowitej energii zużywanej w Chinach. Państwo Środka importuje także znaczące ilości ropy naftowej wykorzystywane następnie w transporcie.

Ciekawie wypada także mapa elektrowni węglowych przedstawiona na stronie carbonbrief.org. Widzimy na niej mapę elektrowni węglowych na świecie w okresie 2000-19. Znaczna większość z nich przypada na Europę, USA i Azję Wschodnią. Jednak w drugiej połowie lat 10-tych XXI wieku w Stanach Zjednoczonych i później w Europie zaczyna się wielkie zamykanie elektrowni węglowych. Według stanu na 2019 rok niemal wszystkie elektrownie węglowe w Europie zachodniej i południowej miały status „zamykanych”. Ani tam ani w Ameryce Północnej nie budowano żadnej elektrowni węglowej. Tymczasem w Azji wciąż istniało wiele nie tylko działających, ale także sporo nowych, a nawet dopiero budowanych. Widzimy więc, że pod względem ochrony środowiska są równi i równiejsi. Gdy Zachód dokonuje ogromnie kosztownej transformacji na „czyste źródła” energii, Wschód dba o siebie I pozyskuje tanią energię i zwiększając swą konkurencyjność w rywalizacji z Zachodem. Nie można też wykluczyć hipotezy, że niektóre kraje Zachodu zamierzają wykorzystywać tę brudną (choć tanią) energię produkowaną na Wschodzie.

 

*Autorami raportu są Hauke Engel, Marcin Purta, Eveline Speelman, Gustaw Szarek, Pol van der Pluijm

Marcin Jendrzejczak

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(2)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie