17 sierpnia 2018

PRZECZYTAJ RECENZJĘ! „303. Bitwa o Anglię”, czyli spóźniony hołd

(fot. materiały filmowe)

O roli jaką odegrali polscy lotnicy w Bitwie o Anglię, wie każdy Polak. A jeśli nie wie, na pewno wiedzieć powinien. Mimo to, choć zbliża się 80-ta rocznica owej powietrznej batalii, aż dotąd nie pojawił się żaden film, który by godnie upamiętnił bojowe czyny Polaków.

 

Na pewno żaden? To nie do końca prawda. Mało kto wie, że losy polskich lotników w Anglii ukazały się na srebrnym ekranie po raz pierwszy… w 1941 roku. Dangerous Moonlight, czyli Niebezpieczne światło księżyca był właściwie bardziej melodramatem z wojną w tle, z którego do dzisiaj pamiętany jest tylko przepiękny utwór muzyczny, Warszawski koncert. Następnie była polska Historia jednego myśliwca. Ta jednak, jak mówi tytuł, była historią jednego pilota, który z resztą nie miał okazji wykazać się bohaterstwem.  Potem przyszedł czas na brytyjską superprodukcję, Bitwę o Anglię (1969). Film ten, pokazując całokształt bitwy, Polaków ukazał pozytywnie, ale króciutko, ograniczając ich do incydentalnej roli. Można dodać jeszcze jeden polski film, Pomiędzy wilki (1988). Tam jednak wojna jest tylko tłem, a główny bohater to pilot bombowca.

 

Bohaterstwo i gorycz

 

I tyle o naszych pilotach. W międzyczasie, mogliśmy tylko obgryzać palce z zazdrości, bo Czesi o swoich zdołali wyprodukować dwa naprawdę dobre filmy: Niebiańskich jeźdźców (1968) o pilotach bombowców, oraz Ciemnoniebieski świat (2001) o myśliwcach.

 

A tu nagle, w sierpniu 2018 r., pojawia się nie jeden, ale dwa filmy z Dywizjonem 303 w tytule. Pierwszy ukazał się właśnie dziś, 17 sierpnia, kolejny za dwa tygodnie. Dzisiejsza premiera, 303. Bitwa o Anglię, to właściwie Hurricane, produkcja brytyjska, choć kręcona z udziałem Polaków. Za dwa tygodnie przyjdzie czas na polski film, Dywizjon 303, bazującym na książce Arkadego Fiedlera.

W brytyjskim 303 mamy do czynienia z oszczędnie wyprodukowanym, ale ogólnie udanym filmem. Co ważne: film jest chyba szczerym hołdem, który ani nie ukrywa bohaterstwa Polaków, ani nie wstydzi się zaznaczyć goryczy, jakiej Polacy zaznali broniąc cudzego nieba. W scenach lotniczych widzimy jak polscy piloci błyskawicznie rozstrzeliwują niemieckie myśliwce i bombowce (tak, tak, te husarskie geny!). Czasem nawet twórców ponosi fantazja, ale po co narzekać, kiedy to nasi biją? Niech nas Brytyjczycy chwalą – czas najwyższy.

 

Na ziemi tymczasem widzimy całą huśtawkę relacji polsko-brytyjskich, od początkowej pogardy dla podejrzanych cudzoziemskich pilotów, którzy, jak podkreślano, dwa razy już przegrali, poprzez fetowanie u szczytu sławy, aż do gorzkiej defilady zwycięstwa, w której Polacy się nie pojawili. Dobrze, że te sceny pojawiły się właśnie w brytyjskim filmie! Nam bowiem by zarzucono, że przesadzamy, że po co tak narzekać? Brytyjczycy natomiast pozwolili sobie nawet w paru miejscach podkolorować ten aspekt wydarzeń. W końcu, film to film: ma być autentyczny, nie musi być prawdziwy.

 

Słowo na „f”

 

Ale zaraz – a co z prawdą? Co z historią? Cóż, znamy wszyscy określenie prawda ekranu. Tak, 303 nie tylko dodaje nowe wątki, konflikty, romanse, ale też bezwstydnie zmienia znane fakty. I chwała im za to. Przecież losy dywizjonu 303 bynajmniej nie stanowiły gotowego scenariusza filmowego. Ktoś to jednak musiał uporządkować w zwartą, spójną dwugodzinną fabułę. Tego zaś nie dałoby się zrobić, trzymając się uporczywie wszystkich faktów – znacznie lepiej jest, zachowując szacunek dla prawdy, przebudować to co przeszkadza.

 

Niemniej, to właśnie w scenariuszu objawiają się istotne mankamenty filmu. Po pierwsze, pomimo wszelkich starań, akcja pozostaje epizodyczna, trochę bez kierunku. Cóż, w historii dywizjonu 303 nie było miejsca na wybuchową ostatnią misję rodem z Gwiezdnych Wojen. Problematyczne bywają też nazbyt unowocześnione dialogi polskich pilotów. Zwłaszcza rzucają się w oczy wulgaryzmy. Tak, nasi piloci potrafili dosadnie przeklinać, ale film to film. Nie wiem, czy owo angielskie słowo na f, które tak powszechnie tu się pojawia, było aż tak popularne w tamtym czasie i miejscu. Tak czy inaczej, my je dziś kojarzymy raczej z ulicznym amerykańskim slangiem i żenującymi wtrętami wśród „modnej” polskiej młodzieży. Słowo to więc po prostu fatalnie brzmi w ustach polskich lotników A.D. 1940.

 

Cierpki Zumbach

 

Nie do końca wyszły też efekty specjalne, które w kontekście filmu batalistycznego są bardzo ważne. Komputerowe sceny lotnicze są niezłe, ale bez polotu. Zwłaszcza ogień – tak ważny w walkach lotniczych – jest jakby mętny, rozmyty. Ale efekty wkrótce przestają drażnić. Natomiast do końca drażni… główny bohater. W Jana Zumbacha wcielił się Walijczyk znany z Gry o tron, Iwan Rheon, który zwyczajnie tu nie pasuje. Przynajmniej ja, osobiście, w jego ciągle skwaszonej twarzy i ogólnie cierpkiej grze aktorskiej nie mogłem się dopatrzyć wesołego, awanturniczego Zumbacha.

Oczywiście, być może nadmiar wesołości byłby nie na miejscu. Film regularnie przypomina widzom jak cierpienie Polaków pod niemiecką okupacją napędzało gniewną wolę walki naszych pilotów. Fakt, że oni, nawet w tych okolicznościach, potrafili się weselić, żartować i przedrzeźniać, mógłby po prostu być niezrozumiały dla współczesnego widza. W konsekwencji jednak, obejrzawszy film, rozumiemy co przechodzili nasi lotnicy, dlaczego walczyli, jak walczyli i jak umierali… natomiast, chyba, nie przybliżamy się do zrozumienia ich zadziornych dusz – tego kim byli. Więc szkoda. Ale może za dwa tygodnie będzie lepiej?

 

 

Jakub Majewski

 

 

„303. Bitwa o Anglię” (oryginalny tytuł: „Hurricane”), Wielka Brytania/Polska 2018.

Reżyseria: David Blair. Scenariusz: Robert Ryan i Alastair Galbraith. W rolach głównych: Iwan Rheon, Milo Gibson, Stefanie Martini, Marcin Dorociński, i Krystof Hádek.

Czas trwania: 108 min.

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie