5 stycznia 2026

Roberto de Mattei: Pacyfizm jako maska stopniowej kapitulacji

(fot. Pixabay)

Nie wystarczy ogłosić, że jest się za pokojem, aby nie doszło do wojny. Już dziś trwa wojna hybrydowa. Pacyfizm w jej obliczu to tylko maska stopniowej kapitulacji – pisze włoski historyk, profesor Roberto de Mattei.

Posępna jutrzenka roku 2026 wschodzi nad Europą, która jest w stanie wojny i nie zdaje sobie z tego sprawy. Nawet ci, którzy o tym wiedzą – ci, którzy tę wojnę rozpoczęli – starannie unikają ogłoszenia tego wprost i nadal mówią o pokoju. Jak naucza św. Augustyn, również ci, którzy prowadzą wojny, nie pragną niczego innego, jak tylko zapewnić sobie pokój poprzez zwycięstwo („De Civitate Dei”, księga XIX, rozdział VII). Dlatego na konferencji kończącej 2025 rok Putin powiedział, że chce pokoju – tyle, że pokoju opartego na zasadach, które doprowadziły go do rozpoczęcia „operacji specjalnej” na Ukrainie, wcale nie wojny…

Wojna nie dotyczy już wyłącznie Ukrainy, lecz Europy i Zachodu. Jest to wojna niewypowiedziana, ale faktyczna, określana we współczesnym języku mianem wojny hybrydowej. Zmieniła się nie natura konfliktu, lecz jego formy, narzędzia i przede wszystkim próg politycznej widoczności, po przekroczeniu którego państwo gotowe jest przyznać, że znajduje się w stanie wojny. Walka toczy się za pomocą operacji wywiadowczych, sabotażu infrastruktury przeciwnika, dronów, jednostek pływających bez bandery, niewidzialnych okrętów podwodnych. Równolegle trwają zbrojenia w oczekiwaniu na wojnę oficjalną.

Wesprzyj nas już teraz!

Sieci energetyczne zrywają się z powodu tajemniczych „usterek technicznych”, systemy informatyczne padają pod naporem „anonimowych” ataków, trasy lotnicze i handlowe stają się niebezpieczne, a kampanie dezinformacyjne tak bardzo dezorientują opinię publiczną, że przestaje ona odróżniać agresorów od obrońców. A jednak mimo tego nikt nie uświadamia sobie, że trwa wojna. Walki toczą się w permanentnej szarej strefie, w której wojna współistnieje z własnym zaprzeczeniem.

Wojna niewypowiedziana nie jest wynalazkiem naszych czasów, lecz stałym elementem historii stosunków międzynarodowych, choć nowy jest sposób, w jaki dziś się ona toczy. Emblematycznym przykładem są Stany Zjednoczone w latach 1940–1941. W Europie grzmiały działa, a prezydent Franklin D. Roosevelt był przekonany, że zwycięstwo nazistowskich Niemiec stanowiłoby zagrożenie dla bezpieczeństwa Ameryki, jednak opinia publiczna w jego kraju w większości sprzeciwiała się wojnie.

Zdecydował się interweniować, choć nie dysponował niezbędną zgodą na formalne wypowiedzenie wojny. Podjął działania, które wielu historyków określiło mianem „wojny nieogłoszonej” przeciwko Niemcom. Była to wojna prowadzona poprzez sekwencję aktów militarnych, logistycznych i politycznych, które stopniowo przybliżały Stany Zjednoczone do bezpośredniego starcia z III Rzeszą.

Sercem tej niewypowiedzianej wojny był Atlantyk. Amerykańskie okręty zaczęły eskortować brytyjskie konwoje zaopatrzeniowe, mając świadomość, że naraża je to na ataki niemieckich okrętów podwodnych. We wrześniu 1941 roku, po incydencie z udziałem USS Greer, amerykańskiego niszczyciela uwikłanego w starcie z niemieckim U-Bootem, Roosevelt ogłosił politykę „shoot on sight”: niemieckie jednostki dostrzeżone w atlantyckich strefach bezpieczeństwa mogły być atakowane bez ostrzeżenia. Równolegle Waszyngton wspierał brytyjski wysiłek wojenny poprzez program Lend-Lease Act, umożliwiający dostarczanie uzbrojenia i materiałów państwom walczącym z Osią. W praktyce wojna już się rozpoczęła, choć nikt nie nazywał jej w ten sposób.

Strategia ta wywołała ostrą krytykę ze strony America First Committee, największego ruchu izolacjonistycznego w historii Stanów Zjednoczonych, który oskarżał Roosevelta o wciąganie kraju w konflikt z pominięciem woli społeczeństwa. Rany po I wojnie światowej były wciąż świeże, a miliony Amerykanów obawiały się, że kolejna interwencja militarna w Europie przyniesie jedynie śmierć, długi i destabilizację wewnętrzną. Hasło „America First” streszczało wizję świata opartą na zasadach obrony kontynentu amerykańskiego, wzmacniania gospodarki narodowej oraz odrzucenia jakiegokolwiek zaangażowania w sprawy Starego Kontynentu.

Ruch znalazł swój najbardziej rozpoznawalny symbol w osobie Charlesa Lindbergha, słynnego lotnika, który w 1927 roku dokonał samotnego przelotu nad Atlantykiem. W swoich wystąpieniach Lindbergh twierdził, że Niemcy są militarnie nie do pokonania, a amerykańska interwencja byłaby bezcelowa i katastrofalna. Niektóre z jego wypowiedzi, zwłaszcza te przypisujące administracji Roosevelta oraz amerykańskim i brytyjskim Żydom dążenie do wojny, wywołały oskarżenia o antysemityzm i podkopały wiarygodność całego ruchu.

Jednak 7 grudnia 1941 roku Japończycy zaatakowali Stany Zjednoczone w Pearl Harbor. Kilka dni później to Niemcy wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym, czyniąc oficjalnym to, co w praktyce trwało już od miesięcy. America First Committee został nagle rozwiązany. W obliczu bezpośredniej agresji na terytorium amerykańskie sami przywódcy ruchu uznali, że od tej chwili jedność narodowa ma pierwszeństwo przed wszelkimi podziałami ideologicznymi.

Jeśli America First Committee narodził się w kontekście naznaczonym traumą I wojny światowej i lękiem przed niepotrzebnymi ofiarami, to dziś izolacjonizm powraca w Stanach Zjednoczonych w postaci krytyki ekonomicznych i ludzkich kosztów globalnego zaangażowania. Błędem byłoby jednak odczytywanie w kluczu izolacjonistycznym najnowszego amerykańskiego dokumentu dotyczącego Strategii Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Strategy – NSS), opublikowanego w 2025 roku przez Biały Dom. Tekst stawia interes Stanów Zjednoczonych jako priorytet narodowy i określa Europę jako kontynent znajdujący się w fazie schyłku, lecz jednocześnie Waszyngton deklaruje gotowość do współpracy z silną Europą, zdolną do wnoszenia wkładu w rywalizację strategiczną, również od strony militarnej. Możliwość zatarcia tożsamości europejskiej, na którą dokument zwraca z niepokojem uwagę, stanowi realne zagrożenie, którego Europa zdaje się nie dostrzegać.

Najbardziej dyskutowane zdanie tekstu, „We want Europe to remain European”, oznacza, że Europa przestaje być sobą i musi powrócić do własnych korzeni. To na narodach europejskich spoczywa odpowiedzialność za odzyskanie tego, co dokument Białego Domu nazywa „cywilizacyjną samooceną”, czyli świadomości historycznego i kulturowego dziedzictwa Starego Kontynentu. W dość podobnej perspektywie, w swoim orędziu Urbi et Orbi w dniu Bożego Narodzenia, papież Leon XIV przypomniał o konieczności dochowania przez Europę wierności jej chrześcijańskim korzeniom i własnej historii.

Europejski upadek wyraża się dziś w postaci „neopacyfizmu”, który trafia do elektoratu zmęczonego „odległymi” wojnami. Pacyfizm ten wyrasta jednak z historycznego wyparcia: z iluzji, że wystarczy ogłosić, że jest się „za pokojem”, żeby uniknąć wojny. Taka postawa legitymizuje wojnę hybrydową, ponieważ akceptuje jej narrację. Jednym z głównych narzędzi wojny hybrydowej jest manipulowanie opinią publiczną. Odbywa się to poprzez kampanie dezinformacyjne oraz apele o pokój, które w istocie sprowadzają się do żądania kapitulacji wobec wroga, który nie nazywa siebie wrogiem.

Pacyfizm, który nie dopuszcza istnienia konfliktu, okazuje się w ten sposób niezdolny do stawienia czoła wojnie, która nie określa się jako wojna. Pokój przestaje być rezultatem bronionego porządku, a staje się maską stopniowej kapitulacji. Wojna hybrydowa jest tragiczna właśnie dlatego, że zaprzecza tragedii: nie domaga się jednoznacznych wyborów, aż w końcu wojna, wreszcie wypowiedziana, jawi się już nie jako decyzja, lecz jako nieuchronna konieczność.

Historia pokazuje, że pacyfizm nie jest przestrzenią neutralną: jest polem, na którym zwycięża ten, kto jest gotów użyć siły, nie mówiąc o tym wprost. A jeśli pokój, jak wyjaśnia św. Augustyn, jest spokojem porządku, to nie może on rodzić się z wyparcia konfliktu, lecz z odwagi jego przyjęcia. Prawdziwa alternatywa nie przebiega dziś między wojną a pokojem, lecz między pokojem bronionym a pokojem pozorowanym. Europa, postawiona wobec tego wyboru, nie będzie mogła długo odkładać go na później, nie odkrywając pewnego dnia, że owo odkładanie było decyzją brzemienną w skutki.

Roberto de Mattei

Corrispondenza Romana

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(2)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie