30 marca 2021

Świat się wyludnia i nie jest to powód do radości. Ekonomiści zmienią depopulacyjną narrację?

(źródło: pixabay.com)

Co się zmieniło w świadomości czołowych ekonomistów, że zaczynają ubolewać z powodu wyludniania się świata? Do niedawna panowało przekonanie na kluczowych uczelniach ekonomicznych, a także w różnych gremiach międzynarodowych, w tym w ONZ, czy w Klubie Rzymskim, że największym problemem świata jest zbyt duża liczba ludności. Teraz felietonista Bloomberga, prof. Tyler Cowen ostrzega przed katastrofą z tego powodu.

 

Cowen jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie George’a Masona, stałym felietonistą Bloomberg Opinion. Pisze także na blog Marginal Revolution. To również autor książki pt. “The Complacent Class: The Self-Defeating Quest for the American Dream”. Ekonomista już na wstępie felietonu pyta, jak bardzo powinniśmy się martwić globalnym wyludnieniem? Wskazuje, że w niektórych krajach Azji Wschodniej współczynnik dzietności jest bliski lub nawet poniżej 1, podczas gdy znaczna część populacji Europy kurczy się w szybkim tempie. W Ameryce współczynnik dzietności spadł poniżej progu zastępowalności pokoleń, osiągając historyczne minimum na poziomie 1,7 w 2019 r., a w 2020 r. jeszcze bardziej spadnie.

 

Wskaźnik urodzeń – nawet w wielu biedniejszych krajach na świecie – spada w bezprecedensowym tempie. Przypomniał także prognozy, z których wynika, że do 2100 roku wzrost liczby ludności na świecie będzie praktycznie zerowy.

 

„Jeśli uważasz, że świat jest przeludniony i ma poważne problemy środowiskowe, możesz powitać tę wiadomość z radością. Ale jak zauważył mój kolega Robin Hanson, malejące populacje tworzą własną nieubłaganą logikę. Jeśli populacja Japonii zmniejszy się o połowę, do około 65 milionów, co powstrzyma jej spadek do 30 milionów? Albo 20 milionów?” – pyta retorycznie.

 

I wyjaśnia, że są dowody na to, że zmniejszanie się ludności jest szkodliwe dla gospodarki światowej. „Jednak dla mnie – podkreśla – większą tragedią byłoby niepowodzenie w pełnym wykorzystaniu zdolności planety do podtrzymywania życia ludzkiego. Żadna polityka rodzinna nie powinna być obowiązkowa. Ale powinny istnieć polityki, które sprawią, że większe rodziny będą bardziej atrakcyjną opcją, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i innym” – postuluje autor na przekór raportom różnych wpływowych think tanków, domagających się upowszechnienie tzw. nowoczesnej antykoncepcji, która obejmuje m.in. sterylizację mężczyzn i kobiet.

 

Profesor wyjaśnia, że zmniejszająca się populacja Japonii np. mogłoby się wydawać, że  spowoduje spadek cen ziemi i niektórym rodzinom łatwiej byłoby pozwolić sobie na większe mieszkanie w centrum Tokio i być może nawet zdecydowałyby się na więcej dzieci. Jednak ten mechanizm wydaje się, że nie zadziała i bardziej spodziewać się można tendencji dalszego kurczenia się liczby ludności. Trend ten będzie trudniejszy do odwrócenia. Dodaje, że „przestrzeń życiowa” jest tylko jednym z wielu czynników decydujących o wielkości rodziny. Z powodu zaś kurczącej się liczby ludności zmniejszy się również liczba domów i mieszkań. Dlatego nie spodziewa się w dłuższej perspektywie zbytniego wzrostu liczby dostępnych nieruchomości. „Trendy populacyjne zależą od tego, jak trwałe są przyczyny spadku dzietności. W wielu przypadkach kobiety wolą karierę zawodową lub późniejsze rodzenie dzieci, a to oznacza niższy wskaźnik urodzeń. Ta sama logika będzie miała zastosowanie w znacznie mniej zaludnionej Japonii czy Włoszech” – pisze.

 

Kolejnym czynnikiem wpływającym na dzietność, zwłaszcza w USA jest samotne rodzicielstwo. To swoista plaga w Ameryce i jest prawdopodobne, że nie uda się jej wyplenić. A w dobie spadającej dzietności jest mało prawdopodobne, by udało się odwrócić trend i zachęcić kobiety do rodzenia dzieci, a następnie ich wychowywania bez udziału odpowiedzialnego mężczyzny zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego.

 

Nie należy się także spodziewać gwałtownego odwrócenia „niestabilnych norm rodzinnych.” Nie ma po prostu szczególnego powodu, by sądzić, że te czynniki znikną w dobie spadku liczby ludności.

 

Cowen obawia się, że niekorzystny trend wyludniania może nie tylko utrzymywać się, ale nawet przyspieszyć. Wzrost bogactwa i upadek religijności mogą przyczyniać się do pogłębienia niekorzystnych trendów demograficznych.

 

Autor zastanawia się, co mogłoby odwrócić niekorzystne trendy. Pisze, że może ułatwienia w wychowaniu dzieci przez „delikatne i kochające roboty.” „A może – kontynuuje – gdy populacje spadną do znacznie niższych poziomów, zapanuje moralna panika. Rodziny mogą zdecydować się na więcej dzieci, czując, że stawką jest przetrwanie ich kraju. Bardziej skomplikowany i dystopijny scenariusz polegałby na tym, że korporacje przejmują puste części globu i płacą za wychowanie tam dzieci w zamian za część ich przyszłych dochodów” – czytamy.

 

Wskazuje także na inne „nietypowe (i bardziej utopijne) scenariusze,” dodając jednak, że nie ma sensu na nie liczyć. Zauważa, że obecnie wyludnienie jest głównym problemem, którego świat w ogóle, a zwłaszcza jego bogatsze kraje, nie są w stanie omówić, a tym bardziej rozwiązać. Przestrzega, by rządy nie cieszyły się z powodu zmniejszającej się populacji i apeluje, by wspólnie wybrać zupełnie inną przyszłość dla ludzkości.

 

Problem wyludniającego się świata i życia w zatomizowanych układach, jest coraz większym wyzwaniem. Michael Brendan Dougherty z „National Review” zauważa, że społeczeństwa, które wkraczają w tę spiralę dalszego spadku dzietności zmierzają ku zatraceniu. Co prawda wydaje się, że się bogacą, ale pewne środki zamiast inwestować w przyszłość są marnotrawione na rozrzutny styl życia i zapewnienie ludziom wysokiego komfortu życia na emeryturze.

Przywołuje przykład Wenecjan opisanych w książce Jonathana V. Lasta: „What To Expect When No One’s Expecting.” Last przestrzega przed chaosem i niestabilnością, jaka towarzyszy kurczącej się liczbie ludności prowadzącym do  upadku społeczeństwa.

 

Dougherty sugeruje, że obecnie „pędzimy w kierunku bólu, samotności i nieszczęścia” i do tej pory ostrzegali o tym jedynie konserwatywni katolicy. Powoli o negatywnych konsekwencjach wreszcie zaczynają pisać media głównego nurtu.

 

Źródło: bloomberg.com, nationalreview.com

AS

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(11)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie
Więcej komentarzy