Dzisiaj

Kościół katolicki nie dokona krytycznej rewizji dziedzictwa Soboru Watykańskiego II – bo nie pozwala na to struktura systemu kościelnej władzy. Na rozwiązanie problemu przyjdzie poczekać jeszcze długo. Może nawet 341 lat. 

 

Sobór umarł, Sobór żyje

Wesprzyj nas już teraz!

Anno Domini 2026 nie żyją już prawie żadni uczestnicy II Soboru Watykańskiego. Zmarli biskupi, zmarli soborowi eksperci. Symbolicznym „zamknięciem” epoki soborowej był 31 grudnia 2022 roku, czyli śmierć papieża Benedykta XVI. Jako młody teolog Józef Ratzinger uczestniczył w pracach Vaticanum II w roli peritusa, czyli doradcy teologicznego; jako biskup wdrażał w życie postanowienia Soboru w jednej z najważniejszych diecezji Europy, Monachium; na urzędzie prefekta Kongregacji Nauki Wiary odpowiadał za wykładnię katolickiej wiary w kontekście dokumentów Vaticanum; wreszcie jako papież mógł podjąć absolutnie kluczowe decyzje dotyczące dziedzictwa tego soboru.

Obecny papież Leon XIV urodził się w 1955 roku, a to oznacza, że miał dziesięć lat, kiedy Vaticanum II dobiegło końca. Został wykształcony w czasie, w którym reforma soborowa trwała w najlepsze: niedawno wprowadzono nową liturgię, czekano na nowy Kodeks Prawa Kanonicznego, rozpoczęły się prace nad soborowym Katechizmem… Robert Prevost przyjął święcenia, kiedy papieżem był Jan Paweł II, człowiek niezwykłego soborowego entuzjazmu. Za pontyfikatu Karola Wojtyły nie uważano, by Vaticanum II zrodziło jakikolwiek kryzys. Owszem, środowiska tradycjonalistyczne skupione wokół abp. Marcela Lefebvre’a tak mówiły, ale nikt ich przecież nie słuchał – w skali Kościoła powszechnego to był liczbowo margines. Spadek liczby praktykujących tłumaczono raczej – zresztą nie bez racji – wielkim fermentem kulturowym.

W 1965 roku zalegalizowano w USA antykoncepcję dla par małżeńskich; w 1972 roku dla osób samotnych; w 1973 roku dopuszczono aborcję. To samo działo się w innych krajach Zachodu. Kościół katolicki się zmienił – ale społeczeństwo zmieniało się jeszcze szybciej i jeszcze głębiej. Dlatego w dziesięcioleciach po II Soborze Watykańskim proste powiązanie kryzysu katolicyzmu z reformą liturgii czy w ogóle z reformami soborowymi nie było bynajmniej oczywiste. Tym więcej, że w Kościele u władzy znajdowali się ci, którzy przeżyli sobór i byli absolutnie oddani jego idei – tak, jak ją rozumieli, czasem w kluczu bardziej konserwatywnym, częściej jednak dość liberalnym. Ta atmosfera ukształtowała Leona XIV i tych wszystkich, którzy są na szczytach hierarchii.

 

Urzędowa narracja obowiązuje bez wyjątków

Skoro władza kościelna uważa, że Sobór Watykański II był wydarzeniem dokonanym i przeprowadzonym z woli Ducha Świętego, podobnie jak zasadniczy kurs zmian posoborowych, akceptowany i wdrażany w życie przez nieomylnych papieży – to tworzy się w ten sposób, że tak powiem, oficjalna czy też urzędowa narracja kościelna. W Kościele katolickim nie ma demokracji: władza reprodukuje się sama.

Innymi słowy – karierę kościelną może zrobić ten, kto jest uznawany przez obecną władzę za postać dobrze rokującą. Jeżeli biskup jest entuzjastą soboru, to będzie dobierać sobie na współpracowników innych entuzjastów soboru.

Oni zostaną później biskupami. Z ich grona papież wybierze kardynałów. Kardynałowie wybiorą z kolei nowego papieża. Krąg jest zamknięty – nie ma tu zbyt wiele miejsca na niespodzianki. Owszem, historia zna papieży, którzy byli niezwykle dynamiczni i wprowadzali realne zmiany do funkcjonowania systemu, ale przecież nie wbrew mentalności biskupów – co najwyżej wbrew ich bierności.

System jest tymczasem szczelny. Bywa, że w jednym czy drugim miejscu na świecie do władzy hierarchicznej dojdzie kapłan, który jest krytykiem Vaticanum II czy posoborowych zmian. Taki człowiek jednak szybko „tonie” w całości systemu. Nie ma większej szansy na to, by przetrwać w sensie zapewnienia ciągłości swojej wizji. Tak, został biskupem, ale jego poglądy są dobrze znane nuncjuszowi, który ściśle strzeże linii Kurii Rzymskiej. Jego następca będzie zatem „po linii”.

Tak działa system kościelny – i ma to swoje ogromne zalety, bo pozwala na stabilność instytucjonalną. Oczywiście, są też wady, bo niekiedy opóźnia się konieczna reforma. Wystarczy spojrzeć na XVI wiek. Marcin Luter wystąpił w 1517 roku. Sobór Trydencki jako odpowiedź na rewolucję protestancką zwołano dopiero w 1545 roku, a udało się go zakończyć w roku 1563. Z jednej strony stabilna kościelna instytucja nie została zakażona przez protestantyzm. Z drugiej odpowiedziała na wyzwanie tak późno, że nie wszystko dało się już uratować.

 

Liczby, czyli: system jest szczelny

Przyjrzyjmy się liczbom. W Kolegium Kardynalskim na początku 2026 roku było 245 członków. Spróbuję teraz wymienić tych, którzy mają krytyczne nastawienie wobec II Soboru Watykańskiego.

Próba zakończona, nie ma takiego kardynała.

Jest kilku (sic), którzy manifestują krytykę wobec określonego sposobu implementacji Vaticanum II – ale nie ma ani jednego kardynała, który krytykowałby Sobór Watykański II jako taki. Ci, którzy krytykują sposób implementacji, są zresztą na ogół dość ostrożni. Raymond Leo Burke i Robert Sarah skupiają się na kwestii liturgii – co więcej, nie podważają prawomocności reformy liturgicznej, ale mówią o nadużyciach. Krytykują też skrajnych progresistów oraz ich odczytanie soboru. Progresistów krytykują też Gerhard Müller, Walter Brandmüller czy Joseph Zen, ale kwestiom liturgii poświęcają już o wiele mniej uwagi. Müller i Brandmüller uważają ponadto tradycjonalizm liturgiczny za błędny, nawet jeżeli ten pierwszy odprawia niekiedy Mszę trydencką. W sumie na 245 kardynałów jest zatem kilku, którzy mają sceptyczny stosunek do dziedzictwa soborowego – ale w żadnej mierze nie krytykują Vaticanum II jako takiego.

Episkopat światowy? Biskupów jest obecnie około 5400. Niedawno na audiencji prywatnej Leon XIV przyjął bp. Athanasiusa Schneidera, który jest krytyczny zarówno wobec reformy posoborowej, jak i wobec niektórych wypowiedzi samego Vaticanum II. To dla wszystkich tradycjonalistów ważne wydarzenie.

Problem: biskup Schneider stanowi około 0,0185% całości światowego episkopatu.

Owszem, można zakładać, że jego poglądy w jakiejś mierze podziela szersza grupa; ilu jednak – tego nie wiadomo. Załóżmy, że będzie to 100 nazwisk w skali świata – choć przyznam, że aż tylu hierarchów bliskich wizji bp. Schneidera nie potrafiłbym wymienić (nie uważam za ważne, co kto „myśli” – uważam za ważne, co kto robi i mówi). Zatem setka – czyli niespełna 2% całości światowego Episkopatu. Odwróćmy: Ponad 98% światowego episkopatu nie manifestuje żadnych zastrzeżeń względem Vaticanum II i zasadniczego kierunku reform posoborowych. Gdyby przeprowadzić w kraju jakiś sondaż, w którym ponad 98% społeczeństwa wypowiedziałaby się „za” jakąś ustawą, a przeciw byłoby niespełna 2%, wszystkie media pisałyby o „miażdżącej wielkości”, a przeciwnikami danego rozwiązania dosłownie nikt by się nie przejmował. Kościół to nie demokracja, to prawda; ale nie udawajmy – liczby mają znaczenie. Papież dba o jedność i spokój, a jedność to także liczba.

100% Kolegium Kardynalskiego i 98% światowego episkopatu popiera II Sobór Watykański i jego reformę w jej zasadniczym kształcie.

Dlaczego statystyki są takie, a nie inne, wyjaśniłem wcześniej: system hierarchiczny, który jest dość szczelnie zamknięty. Nie przyjmuje krytyków systemu, a jeżeli jakiś się trafi, zostaje odizolowany.

Jeżeli w tej sytuacji ktoś ma nadzieję na jakąś bardziej gruntowną rewizję Vaticanum II w przewidywalnej przyszłości, to nie potrafi liczyć – albo liczy na cud. 

 

Cud papieża „spoza systemu”

Cud to w tej sytuacji przede wszystkim papież, który nieoczekiwanie zaczyna myśleć „out of the box”, czyli poza pudełkiem mentalnego systemu obecnej hierarchii kościelnej. Zaistnienie takiego papieża musiałoby być jednak efektem bezpośredniej interwencji Boga w historię – zupełnie dosłownie, efektem cudu.

Przecież papież, żeby nim zostać musi:

 

– skończyć seminarium;

– zyskać aprobatę biskupa i zrobić karierę w diecezji;

– zyskać aprobatę nuncjusza;

– zostać biskupem;

– odznaczyć się w krajowym episkopacie;

– zyskać aprobatę papieża i zostać kardynałem;

– odznaczyć się w skali światowej i zyskać popularność wśród kardynałów.

 

Na każdym z tych etapów postawa krytyczna wobec II Soboru Watykańskiego jest przeszkodą – i to przeszkodą kategorycznie wykluczającą z możliwości przejścia danego „etapu”.

Jawnie krytyczny wobec soboru kleryk po prostu nie skończy seminarium. Jeżeli „oświeci go” później, kariera się skończy: ksiądz nie otrzyma żadnego stanowiska w diecezji; urzędnik kurialny zrazi nuncjusza; biskup będzie na marginesie episkopatu; kardynał będzie nielubiany przez innych.

Żeby do zwycięstwa w konklawe uchował się krytyk II Soboru Watykańskiego, musiałby przez całe swoje kościelne życie skutecznie ukrywać swoje prawdziwe poglądy. To znaczy, że byłby zakłamany – a jako człowiek głęboko zakłamany, nie byłby przecież dobrym katolikiem.

Dlatego papież, żeby zostać papieżem, musi być zwolennikiem soboru – innej możliwości nie ma.

Jedyna droga to „oświecenie” po wyborze na papieża. To wymagałoby prywatnego objawienia danego Ojcu Świętemu przez Boga oraz papieskiego aktu woli, którym uznałby to objawienie za prawdziwe i zobowiązujące go w sumieniu. Zatem cud – i ludzka decyzja ten cud „aktualizująca”.

Z racji nieprzewidywalności takiego wypadku pozostawiam rzecz Panu Bogu i jako publicysta się tym nie zajmuję. Dlatego rozważę raczej drugi scenariusz zmiany, który jest, by tak rzec, bardziej namacalny.

To rosnący dystans historyczny wobec wydarzenia II Soboru Watykańskiego.

 

Potrzeba nam jeszcze 341 lat – oraz kilku wojen albo rewolucji

W 1563 roku zakończył się Sobór Trydencki, który w znaczący sposób odnowił i ukształtował Kościół, nadając mu trwałą konstrukcję i swoisty paradygmat myślenia o wielu kluczowych kwestiach doktrynalnych, dyscyplinarnych i moralnych. Ta kościelna konstrukcja przetrwała 402 lata – do 8 grudnia 1965 roku, kiedy zakończył się II Sobór Watykański. Biskupi i dwaj papieże zdecydowali się wówczas na reformę, w kolejnych latach określając jej konkretny kształt.

Innymi słowy, po czterech stuleciach, nabierając dystansu do Soboru Trydenckiego, pod wpływem wielkich wydarzeń społecznych o globalnym wymiarze, mentalność członków hierarchii kościelnej uległa zmianie, która doprowadziła do zakwestionowania wielu istotnych elementów dotychczasowego modelu katolickości i rozpoczęcia budowy odmiennego modelu.

Sądzę, że analogicznie można potraktować przyszłość dziedzictwa II Soboru Watykańskiego. Kiedy upłynie wystarczająco dużo czasu, członkowie systemu kościelnego nabiorą dystansu pozwalającego na jego kwestionowanie. Jeżeli będą temu towarzyszyć odpowiednio głębokie i dramatyczne zmiany w świecie – możliwe stanie się krytyczne spojrzenie na Vaticanum II i w efekcie przeprowadzenie gruntownej zmiany.

Kiedy to się stanie? Czy trzeba czekać kolejne jeszcze 341 lat, żeby dopełnić 402, jakie minęły pomiędzy Soborem Trydenckim a Vaticanum II? Tego, oczywiście, nie wiem – ale przypuszczam, że potrwa to jednak krócej. Przyspieszenie zmian społecznych w ostatnich dekadach czy nawet latach jest naprawdę potężne. Co więcej, reforma soborowa nie działa zbyt dobrze, co może sprowokować dominującą część uczestników systemu hierarchii kościelnej do szybszego otwarcia na krytyczną, rzekłbyś: rewizjonistyczną myśl. Zakładam jednak, że potrzebny jest jakiś silny bodziec. Sobór Trydencki został wywołany przez rewolucję Lutra. I Sobór Watykański przez rewolucję francuską. II Sobór Watykański przez drugą wojnę światową i rewolucję komunistyczną, będąc poniekąd kontynuacją rewolucji francuskiej.

 

Krótki plan działania

Czekamy zatem na światowe wstrząsy, które zmienią mentalność systemu kościelnego. Wówczas dominacja II Soboru Watykańskiego zostanie zakwestionowana i pojawi się możliwość korekt. Bez tego, sądzę, tradycjonalistycznie nastawiony katolik powinien skupić się na pięciu rzeczach.

Po pierwsze, niech korzysta z tych możliwości, które daje mu obecny system, zarówno w dziedzinie liturgii jak i w obszarze refleksji historycznej i teologicznej.

Po drugie, niech nawiązuje intensywny dialog ze zwolennikami systemu soborowego, tak, by zachować żywotność krytycznej refleksji w przestrzeni dyskusji.

Po trzecie, niech przestanie obrażać tych katolików, którzy akceptują ład soborowy – to ludzie, którzy żyją w zgodzie z wolą zwierzchników Kościoła i mają do tego prawo, jako że Kościół naucza o nieomylności papieży i soboru obradującego z papieżem. Obrażanie większości przeczy obowiązkowi miłości bliźniego, narusza jedność Kościoła – i czyni nieskutecznym punkt drugi, czyli dialog mający zachować żywotność krytycznej refleksji.

Po czwarte, niech modli się o cud.

Po piąte – i to jest sprawa kluczowa – niech uzbroi się w cierpliwość. Rewizja dziedzictwa Soboru Watykańskiego II przyjdzie, być może, już jutro (patrz: cud), ale być może dopiero za 341 lat.

To drugie rozwiązanie trzeba traktować naprawdę poważnie.

Paweł Chmielewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(1)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie