25 lat po 11 września. Jak zmieniła się Ameryka i jej miejsce w świecie

forum-0265711497.jpg
credit: Andrea Booher / Zuma Press / Forum

11 września 2001 roku Ameryka przekonała się, że nie jest nietykalna. Potem zaczęła naprawiać świat, wydała biliony dolarów na wojny, a jej wewnętrzne podziały coraz bardziej się pogłębiały. Ćwierć wieku później Donald Trump ponownie zasiada w Białym Domu, Roe v. Wade należy do historii, a dawna wiara w nieograniczoną zdolność USA do urządzania świata ustąpiła miejsca pytaniu: kto zajmie się samą Ameryką?

25 lat temu, 11 września 2001 roku, godzina 8:46. Nad Nowym Jorkiem trwał pogodny poranek, gdy Boeing 767 z 92 osobami na pokładzie wbił się w północną wieżę World Trade Center. Kilkanaście minut później drugi samolot uderzył w wieżę południową. To, co przez moment mogło wyglądać na niewyobrażalny wypadek, okazało się atakiem w samo serce Stanów Zjednoczonych.

O 9:37 kolejna porwana maszyna uderzyła w Pentagon. Czwarty samolot zmierzał prawdopodobnie w stronę Kapitolu albo Białego Domu, lecz pasażerowie podjęli próbę jego odbicia. Rozbił się w Pensylwanii. O 10:28 nie stała już żadna z wież World Trade Center.
W niespełna dwie godziny runęło coś więcej niż dwa drapacze chmur. Pękło przekonanie, że oceany, potęga militarna i wyjątkowa pozycja USA czynią Amerykę nietykalną.

Zróbmy to razem!

A był to przecież kraj znajdujący się u szczytu potęgi. Związek Sowiecki należał do historii, równorzędnego rywala brakowało, a lata 90. utwierdziły wielu w przekonaniu, że przyszłość będzie coraz bardziej liberalna, globalna i amerykańska.

Zamachy zmieniły państwo. USA ruszyły do Afganistanu, Kongres uchwalił Patriot Act, a w 2002 roku powołano Department of Homeland Security. Ponadto służby dostały znacznie szersze możliwości działania i nadzoru.

W imię obrony wolności rozbudowano więc aparat bezpieczeństwa. W Waszyngtonie umocnił się też pogląd, że samo ściganie terrorystów nie wystarczy. Wyznający go neokonserwatyści przekonywali, że skoro zagrożenie rodzi się w źle urządzonych państwach, trzeba je urządzić lepiej. Najlepiej po amerykańsku.

Od Busha do Trumpa. Jak narodziła się idea America First

Pierwsze lata po zamachach należały do George’a W. Busha i neokonserwatystów. Ameryka była zjednoczona jak rzadko kiedy. Flagi wisiały przed domami, polityczne spory przycichły, a prezydent cieszył się poparciem wykraczającym daleko poza republikański elektorat.
Afganistan był bezpośrednią odpowiedzią na 11 września. Irak był już znacznie większym wyzwaniem. Skoro amerykańska armia potrafi błyskawicznie rozbić przeciwnika, uznano, że amerykańska polityka zdoła równie sprawnie zaprowadzić nowy porządek.

Rachunek za te wojny okazał się jednak ogromny. Według szacunków projektu Costs of War przy Brown University, opublikowanych w 2021 roku, łączny koszt amerykańskich wojen po 11 września to około 8 bilionów dolarów, z uwzględnieniem przyszłych kosztów opieki nad weteranami. W głównych strefach walk zginęło bezpośrednio co najmniej 940 tys. ludzi. Co najmniej 38 milionów osób zostało zaś zmuszonych do opuszczenia swoich domów wskutek wojen w Afganistanie, Pakistanie, Iraku, Syrii, Libii, Jemenie, Somalii i na Filipinach.

A znaczące polityczne korzyści? Trudno byłoby je wskazać. Po dwudziestu latach wojny talibowie wrócili do władzy w Afganistanie, a Irak pogrążył się na lata w przemocy, chaosie i niestabilności. Koszty były gigantyczne, a trwałe efekty znacznie skromniejsze od oczekiwanych.
Później przyszedł kryzys finansowy 2008 roku i zaufanie do elit zostało po raz kolejny mocno nadszarpnięte. Coraz więcej Amerykanów zaczęło zadawać Waszyngtonowi niewygodne pytanie: jak to możliwe, że państwo potrafi wydawać fortunę na przebudowę Afganistanu, a nie radzi sobie z upadkiem własnego przemysłu, zadłużeniem, nielegalną imigracją czy rosnącą niepewnością klasy średniej?

I w takiej właśnie atmosferze rozpoczęła się prezydentura Baracka Obamy. Jego dwie kadencje, od 2009 do 2017 roku, przypadły na coraz ostrzejsze spory o kwestie rasowe, religię, rodzinę, imigrację i sposób opowiadania amerykańskiej historii. Dla wielu konserwatystów nie była to już zwyczajna zmiana lokatora Białego Domu. Mieli poczucie, że zmienia się sama Ameryka.

Pierwszym poważnym ostrzeżeniem dla elit był ruch Tea Party. Bunt przeciw podatkom, długowi i rozrostowi Waszyngtonu szybko obrócił się również przeciw republikańskiemu establishmentowi. Wyborcy mieli dość polityków, którzy przed wyborami obiecywali maksymalne ograniczenie ingerencji państwa, a po wyborach szybko odkrywali uroki sprawowania w nim władzy.

Donald Trump wszedł więc na grunt przygotowywany przez lata. Wygrał wybory w 2016 roku. Cztery lata później musiał ustąpić miejsca Joe Bidenowi i wydawało się, że amerykańska polityka wróciła na dawne tory. Jednak nie na długo. Trump zwyciężył ponownie w 2024 roku, a 20 stycznia 2025 roku  zasiadł w Białym Domu.

Ten powrót trudno już uznać za kaprys elektoratu. Republikanizm Busha wierzył w eksport demokracji. Obóz Trumpa częściej pyta o bezpieczeństwo własnych granic, przemysł i interes własnych obywateli.

„America First” przestało też być samym hasłem z kampanijnej czapeczki. Już 20 stycznia 2025 roku Trump polecił, aby polityka zagraniczna USA stawiała Amerykę i jej obywateli na pierwszym miejscu, a Departament Stanu dostosował do tej zasady swoje działania.
Nie znaczy to, że Stany Zjednoczone zamierzają zamknąć się za oceanami. Działania militarne przeciw Iranowi w 2026 roku pokazały, że administracja Trumpa nadal jest gotowa używać siły daleko od własnego terytorium. Zmieniło się jednak uzasadnienie. Amerykańska potęga ma służyć przede wszystkim amerykańskiemu interesowi.

Wojna o duszę Ameryki. Religia, aborcja i obyczajowa rewolucja

Jeszcze większe zmiany zaszły w samym społeczeństwie amerykańskim.

Na początku wieku konserwatyści wciąż potrafili wygrywać ważne batalie. George W. Bush podpisał federalny zakaz aborcji przez częściowe urodzenie (partial-birth abortion), a w 2004 roku wyborcy jedenastu stanów poparli tradycyjną definicję małżeństwa.
Zmiany obyczajowe postępowały jednak szybko. W 2003 roku Sąd Najwyższy w sprawie Lawrence v. Texas unieważnił przepisy penalizujące kontakty homoseksualne. W 2015 roku wyrok Obergefell v. Hodges doprowadził do uznania małżeństw jednopłciowych we wszystkich stanach.

Zmienił się też krajobraz religijny. Według Pew Research Center w 2007 roku 78 proc. dorosłych Amerykanów określało się jako chrześcijanie. W latach 2023–2024 było ich 62 proc. Jednocześnie udział osób bez przynależności religijnej wzrósł z 16 do 29 proc.
Choć Pew zauważa, że w ostatnich latach spadek udziału chrześcijan wyhamował, skala przemiany pozostaje ogromna. Stany Zjednoczone są nadal krajem większościowo chrześcijańskim, lecz chrześcijaństwo nie stanowi już tak oczywistego wspólnego tła kulturowego jak dwie dekady temu.

Nie znaczy to jednak, że konserwatyści złożyli broń. W 2022 roku Sąd Najwyższy w sprawie Dobbs uznał, że Konstytucja USA nie gwarantuje prawa do aborcji, odrzucił precedensy Roe v. Wade z 1973 roku oraz Planned Parenthood v. Casey z 1992 roku, co otworzyło poszczególnym stanom drogę do wprowadzenia znacznie dalej idących ograniczeń aborcji.

Sprawa Dobbs pokazała, że nawet rozstrzygnięcia utrwalone przez pół wieku mogą zostać odwrócone. Nie oznacza to jednak, że prawica wygrała amerykańską wojnę kulturową. Zmiana prawa to jedno, zmiana obyczaju i kultury – coś znacznie trudniejszego. Ameryka jest dziś obyczajowo bardziej liberalna niż za pierwszej kadencji Busha. Ale jej konserwatywna część pokazała, że potrafi wracać do spraw uznanych przez przeciwników już dawno za zamknięte.

Ameryka po 11 września na ekranie. Batman, zombie i świat po katastrofie

Zmianę amerykańskiej mentalności po 11 września widać także w tym, co Lenin nazwał najważniejszą ze sztuk. W filmie. Dość powiedzieć, że po 11 września kino i telewizja straciły wiele ze swej beztroski lat 90. Na ekranach zaroiło się od terrorystów, agentów, podsłuchów, katastrof i pytań o cenę bezpieczeństwa.

Serial 24 godziny znakomicie uchwycił ten klimat. Jack Bauer ratował kraj w świecie, w którym zegar tyka, wróg może być wszędzie, a działanie w białych rękawiczkach bywa luksusem.

Podobny niepokój pojawił się w kinie superbohaterskim. Batman Christophera Nolana porusza się w świecie terroryzmu, chaosu i moralnych kompromisów. Akcja Iron Mana z 2008 roku rozgrywa się w scenerii odpowiadającej nowej epoce: Tony Stark trafia już nie do Wietnamu, jak w dawnych komiksach, lecz do Afganistanu.

Do tego doszła moda na zombie. 28 Days Later, World War Z czy The Walking Dead pokazywały świat, w którym pewnego dnia przestają działać państwo, policja, prąd, sklepy i cała skomplikowana maszyneria codzienności.

Można upatrywać w tej wizji świata konserwatywnej intuicji. Gdy zawodzą instytucje i znika wygoda nowoczesnego życia, pierwszorzędnego znaczenia nabierają wartości stare jak świat: rodzina, lojalność, odwaga, odpowiedzialność i zdolność obrony swoich.

Ćwierć wieku po zamachach Stany Zjednoczone pozostają potęgą. Wciąż przyciągają, fascynują, a także irytują świat bardziej niż jakiekolwiek inne zachodnie państwo. Są jednak mniej pewne siebie niż u schyłku XX wieku i znacznie bardziej skłócone o to, czym właściwie chcą być.
Ameryka ma dziś wielu przeciwników, także w Polsce. Przeciwników, którzy często popełniają prosty błąd pars pro toto: utożsamiają cały kraj z Waszyngtonem, Hollywood albo liberalnym establishmentem. Tymczasem jedna Ameryka istnieje dziś bardziej na mapie niż w polityce i kulturze. Kraj podzielił się na dwa obozy, które inaczej rozumieją rodzinę, religię, historię, patriotyzm, a nawet sens samego amerykańskiego eksperymentu.

Dlatego wojna o Amerykę wciąż trwa. A jej wynik nie jest wcale przesądzony.

Stanisław Bukłowicz

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: