Ameryka kończy 250 lat. Mniej demokratyczna i bardziej religijna niż się wydaje

Stany Zjednoczone obchodzą 250-lecie niepodległości. Ameryka, jak powiedziała kiedyś Margaret Thatcher, nie powstała z historii, lecz z filozofii. Ta filozofia uchodzi powszechnie za demokratyczną i liberalną. Tymczasem twórcy Stanów Zjednoczonych raczej nie zgodziliby się z tym twierdzeniem. Zbudowali bowiem państwo mocno elitarne, a zarazem otwarte na wiarę. Ale po kolei.
Słynny passus Deklaracji Niepodległości z 1776 roku brzmi egalitarnie: „Uważamy te prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi, że ich Stwórca przyznał im pewne niezbywalne prawa, a wśród nich prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia".
Jednak twórcy Konstytucji uchwalonej w 1787 roku i obowiązującej od 1789 nie zamierzali iść w stronę egalitarnej utopii. Jeden z nich — James Madison w słynnym eseju „Federalista nr 10” ostrzegał przed rządem frakcji — dobrze zorganizowanej większości, która wykorzysta przewagę przeciw pozostałym obywatelom. Najbardziej niepokoiła go groźba zamachu na własność prywatną i podstawowe wolności pod wpływem politycznych emocji.
Podobnie myślał Alexander Hamilton. Wolność, twierdził, nie utrzyma się długo bez silnych instytucji studzących polityczne namiętności. Państwo miało trwać także wtedy, gdy społeczeństwo ulega chwilowym modom, lękom czy gniewowi.
Nawet Thomas Jefferson, autor Deklaracji Niepodległości, pisał o „naturalnej arystokracji” — ludziach wyróżniających się talentem, charakterem i zdolnością przewodzenia. Uważał ją za jeden z najcenniejszych zasobów każdego narodu.
Dlaczego Ameryka nie jest klasyczną demokracją
Tę sceptyczną wobec pandemokratyzmu filozofię wdrożono w życie w amerykańskim systemie politycznym. Najlepszym przykładem jest Kolegium Elektorów. Amerykanie głosują na osoby, które dopiero dokonują właściwego wyboru prezydenta. W 2016 roku Donald Trump zebrał o blisko trzy miliony głosów mniej niż Hillary Clinton, lecz pokonał ją w Kolegium Elektorów stosunkiem 304 do 227.
Równie odległe od typowej demokracji są zasady wyboru senatorów. Każdy stan ma bowiem prawo do dwóch przedstawicieli w izbie wyższej: zarówno ludniejsza od Polski Kalifornia, licząca niemal 40 milionów mieszkańców, jak i Wyoming, z niespełna 600 tysiącami.
Nad przestrzeganiem Konstytucji w całym kraju czuwa Sąd Najwyższy. Znany Czytelnikom PCh24.pl z dyskusji nad aborcją, amerykański Sąd Najwyższy składa się tylko z 9 sędziów. To właśnie on, orzeczeniem z 1973 roku (Roe v. Wade) zalegalizował aborcję na terenie całego kraju, by w 2022 roku (Dobbs) ten wyrok unieważnić.
Od bieżącej kontroli polityków odsunięto również pieniądz. O jego podaży i stopach procentowych decyduje nie Kongres ani prezydent, lecz Rezerwa Federalna. O skutki tego rozwiązania można się spierać, lecz sam pomysł jest znamienny dla amerykańskiej tradycji politycznej: nie wszystko powinno zależeć od aktualnej większości.
Brak egalitaryzmu w amerykańskim systemie gospodarczym jest jeszcze bardziej wyraźny niż w polityce. Według danych FRED (Federal Reserve Economic Data) udział majątku netto należącego do najbogatszego 1 proc. Amerykanów (99.–100. percentyl majątkowy) wzrósł z około 22,5 procenta na początku lat 90. XX wieku do ponad 31 proc. w 2025 roku. Aktywa tej grupy sięgają około 55 bilionów dolarów — tyle, ile ma łącznie dolne 90 procent społeczeństwa.
Lewica wielokrotnie pomstuje na te nierówności. Zapomina jednak, że idą one w parze z rozwojem gospodarczym, z którego korzysta szersza część społeczeństwa. Stany Zjednoczone wyprzedzają UE pod względem całkowitego PKB, PKB per capita, a także nakładów na inwestycje i rozwój.
I nic w tym dziwnego. Kraj, w którym konstytucja ogranicza samowolę polityków, prawo chroni własność, a kultura od pokoleń nagradzała pracę, samodzielność i odpowiedzialność, stworzył wyjątkowo dobry grunt dla rozwoju gospodarczego.
Amerykański system polityczny i ekonomiczny z pewnością nie jest więc egalitarny. Mimo licznych wad działa jednak lepiej niż zmurszałe systemy większości innych krajów, w tym UE.
Religia nie zniknęła z życia publicznego
Drugi popularny mit głosi, że amerykański sukces opiera się na całkowitym wyparciu religii ze strefy publicznej. To mocno ahistoryczny pogląd!
Ojcowie założyciele nie zamierzali budować państwa walczącego z wiarą. Chcieli czegoś innego: uniknąć sytuacji, w której władza narzuca obywatelom jedną religię albo podporządkowuje sobie związki wyznaniowe. Dlatego Pierwsza Poprawka zakazała ustanawiania religii państwowej. Jednak w sferze prywatnej Ameryka od zawsze stanowiła ziemię głęboko religijną. Różnego typu kościoły, zbory, kaplice, domy medytacji są tam na każdym osiedlu, przy każdej stacji benzynowej. Często nie wyglądają okazale, a teologia wyznawana w nich jest mocno wątpliwa. Z drugiej jednak strony działają, motywują do pomocy bliźnim, dają poczucie wspólnoty.
Amerykanie na szczytach władzy również nie wstydzą się odwoływać do Boga. Dla Europejczyka, nawet żyjącego w katolickiej Polsce, zdumiewający jest fakt, że każde obrady Kongresu rozpoczynają się modlitwą. Do Stwórcy odwołują się prezydenci wszystkich politycznych opcji, a motto In God We Trust widnieje na banknotach jednodolarowych.
Tradycja ta wynika z faktu, że Amerykanie przez większość swojej historii nie widzieli w wierze zagrożenia dla wolności. Wręcz odwrotnie. Wielu uważało, że to właśnie wiara wychowuje obywateli zdolnych odpowiedzialnie korzystać z wolności. Dla Europejczyka wychowanego w duchu laïcité brzmi to jak… herezja.
Ma to głębokie uzasadnienie filozoficzne. Gertrude Himmelfarb w „Drogach do nowoczesności” rozróżnia trzy oświecenia: brytyjskie, francuskie i amerykańskie. Francuskie obróciło rozum przeciw wierze — Wolter wzywał, by „zmiażdżyć nikczemność”, czyli Kościół, a baron d'Holbach głosił otwarty ateizm. Nurt brytyjski i wyrastające z niego odnogi amerykańskie poszły inną drogą: stawiały na moralny zmysł i cnoty społeczne, a w Stwórcy widziały nie wroga nowoczesności, lecz jej sojusznika. Nieprzypadkowo wśród twórców republiki znaleźli się zarówno sceptyczny Thomas Jefferson, jak i prezbiteriański duchowny John Witherspoon, sygnatariusz Deklaracji.
Na tym między innymi opiera się amerykańska wyjątkowość (American exceptionalism). W Stanach Zjednoczonych nikogo nie dziwią odwołania do religii w uzasadnieniu działań politycznych ani nawet modlitwa najwyższych urzędników państwowych odmawiana nad Donaldem Trumpem.
Oczywiście, w Stanach Zjednoczonych nie ma religii państwowej. Dlatego np. filozof i teolog Michael Novak zauważył, że etos demokratycznego kapitalizmu wyrósł częściowo z korzeni chrześcijańskich, lecz nie pozwala żadnej grupie religijnej zawładnąć państwem. Wynika to ze wspomnianej wcześniej Pierwszej Poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych.
Z kolei politolog Samuel Huntington wywodził amerykańską tożsamość z dziedzictwa anglo-protestanckiego. Tamtejszą religię obywatelską określił mianem „chrześcijaństwa bez Chrystusa" — pełnego odniesień do Boga, lecz często pozbawionego wyraźnie chrześcijańskiej treści (S. Huntington, „Kim jesteśmy — Wyzwania dla amerykańskiej tożsamości narodowej”, Kraków 2007, s. 102).
Dziś wśród młodszych pokoleń Amerykanów szerzą się poglądy określane jako moralistyczno-terapeutyczny deizm, w którym doktryna ustępuje miejsca dobremu samopoczuciu (feel-good factor). Nakazy religii nie są tu traktowane poważnie, a wiara służy jedynie pielęgnowaniu dobrostanu psychicznego. Stwórca w tej optyce nie jest już Sędzią, a raczej świętym Mikołajem.
U Polaków wychowanych w tradycji katolickiej może to budzić niepokój. Niemniej religia w Stanach Zjednoczonych, także w bardziej konserwatywnej wersji, cieszy się większą przychylnością władz i zainteresowaniem obywateli niż w większości innych krajów rozwiniętych.
Amerykański model jest więc daleki od czystej demokracji i egalitaryzmu w gospodarce. Pozostaje także otwarty na religię, choć w formie budzącej kontrowersje. Model ten ma niewątpliwie swoje wady. Wciąż jednak pozostaje wyzwaniem i alternatywą dla pogrążonej w egalitarnej stagnacji, teofobicznej Europy.
Stanisław Bukłowicz






