„Blame America!” – kto stworzył meksykańskie kartele?

Donald Trump – co mogło nam umknąć wśród innych wiadomości – powiedział niedawno, że trzeba się zabrać nie tylko za meksykańskie kartele narkotykowe, ale również za polityków, którzy otrzymują od nich pieniądze. Paradoks polega na tym, że Ameryka, która tak bohatersko zwalcza przemyt śmiercionośnych substancji, sama w największym stopniu przyczyniła się do powstania tego problemu…
„Blame Canada!” – taki refren wybrzmiewał w głośnej swego czasu, wulgarnej i obscenicznej animacji South Park. Postacie z tymi słowami na ustach próbowały przerzucić winę za moralne zepsucie Ameryki na Kanadę – podobnie jak dziś zrzuca się tę winę na Meksyk. W związku z czym prezydent USA zasugerował, że Departament Stanu powinien przyjrzeć się transakcjom finansowym łączącym meksykańskich baronów narkotykowych z kampaniami wyborczymi w ich kraju.
Przyznam szczerze, że temat zawsze był dla mnie fascynujący. Jak to się dzieje – myślałem – że to, katolickie bądź co bądź, państwo stało się symbolem zorganizowanej przestępczości i to celującej w brutalnych metodach i spektakularnej militaryzacji struktur mafijnych. Spośród gąszczu złożonych przyczyn chcę wyłowić teraz dwie, które wydają się szczególnie ciekawe z filozoficznego punktu widzenia.
Przyczyna piewsza: purytańska moralność Amerykanów
Zamierzchłe, XIX-wieczne początki przestępczości narkotykowej w Meksyku trudno byłoby połączyć ze Stanami Zjednoczonymi. Odpowiadają za nie Chińczycy, którzy stali się głównymi odbiorcami produkowanego tam opium. Bardziej interesujące jest pytanie o działalność karteli w ich obecnym kształcie, który – o czym mało kto być może pamięta – zradykalizowały się i urosły w tak wielką siłę na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu lat.
Zanim do tego doszło, mieliśmy do czynienia z momentem prawdziwej genezy wielkoskalowego przemysłu przestępczego w Meksyku, a było nim… wprowadzenie prohibicji w USA.
Nie jest to bynajmniej moja teza jako uprzedzonego katolika, który za wszelką cenę próbuje skojarzyć wszelkie zło z herezją protestancką. Zwraca na to uwagę m.in. dr Gabriela Recio w czasopiśmie Uniwersytetu Cambridge, dowodząc, że modus operandi wypracowane w czasie prohibicji posłużyło potem do stworzenia szlaków przemytu narkotyków z Meksyku.
Sama prohibicja znów budzi emocje i to również w Polsce. Choć nie jest żadną tajemnicą, że ta absurdalna ingerencja rządu w sferę obyczajów wykreowała największych przestępców tamtego okresu i przyczyniła się do powstania zorganizowanej przestępczości również za południową granicą. Pomimo to do dziś są osoby gotowe twierdzić, że rząd ma prawo regulować zwyczaje związane z używaniem alkoholu, bo to przecież problem. Z takim podejściem trudno będzie dostrzec, jakim problemem jest stojąca za prohibicją purytańska moralność i czym różni się ona od prawdziwej moralności – klasycznej i katolickiej.
W prawdziwej moralności, którą starożytni wywodzili z prawa naturalnego, a myśl katolicka wzbogaciła o pierwiastek pozytywnego prawa Bożego, istotą moralności są spełniane w sposób rozumny i dobrowolny akty cnoty, czyli sprawności moralnej. Natomiast zadaniem władzy politycznej jest prowadzenie obywateli do cnoty. Zupełnie inaczej rzecz ma się w protestantyzmie, gdzie doszło do zerwania z myślą katolicką i nie zachowano ciągłości z etyką filozofii realistycznej, a do tego usunięto spowiedź, a więc sakrament, w którym sam Bóg oczyszcza nas z win i dopomaga w dziele poprawy.
Fasadowa moralność jest cechą, z której słynie Ameryka, a która i dziś daje o sobie znać, choćby w osobie wspomnianego na początku Donalda Trumpa, który urósł do rangi katechona konserwatywnego świata, podczas gdy z moralnością nigdy nie było mu po drodze. To ona doprowadziła do zakazu neutralnej moralnie (a przy tym wartościowej religijnie i kulturowo) substancji, jaką jest alkohol. To ona skłoniła amerykańskich prawodawców do napiętnowania zakorzenionego w naszej cywilizacji zwyczaju tylko dlatego, że może on prowadzić do grzechu. To ona, wreszcie, otworzyła szeroką drogę do rozwoju przestępczości, ponieważ żaden biurokratyczny przepis nie zmienia prawa popytu na produkt nieodłącznie związany z krajobrazem kulturowym cywilizowanych społeczeństw.
Przyczyna druga: popyt wynikający z moralnej degrengolady
Kwestia prohibicji i przemytu alkoholu to istny samograj dla refleksji etycznej. Zakaz ten jest w istocie absurdalny, bezprawny, nieskuteczny i zły w skutkach, ponieważ używanie alkoholu nie jest złem, które należy zwalczać. W tym wypadku popyt jest czymś naturalnym.
Ale jak to się stało, że po okresie prohibicji meksykańskie gangi przemytnicze zostały zastąpione przez kartele narkotykowe. Znów – dziwnym trafem – okres „rozkwitu” tych organizacji przypada na epokę w historii Stanów Zjednoczonych po rewolucji 1968 roku, kiedy to amerykańskie miasta stały się istną mekką dla ćpunów poszukujących wrażeń i pragnących zamanifestować swoją odrębność wobec fasadowej moralności. Wtedy też fasada upadała, a meksykańscy możni degeneraci rośli w siłę dzięki masowemu zepsuciu po stronie amerykańskiej.
Początkowo niepodzielne rządy dzierżył jeden kartel – od miejsca pochodzenia zwany Guadalajara – co nie znaczy, że nie miał on odporu ze strony amerykańskich służb. W walce z tą organizacją wyspecjalizowała się (znana dziś już z popkultury) DEA, czyli agencja do zwalczania handlu narkotykami. Moment kulminacyjny nastąpił, gdy Meksykanie brutalnie zamordowali agenta DEA, Enrique „Kikę” Camarenę. Amerykanie rozprawili się z przywództwem, ale po urwaniu głowy hydrze, na ciele meksykańskiego świata przestępczego wyrosły cztery kolejne łby – po tym, jak przemytnicy podzielili się na cztery mniejsze kartele z odpowiednimi strefami wpływów. Tak zaczęła się wojna pomiędzy kartelami, a zaostrzyła trwająca po dziś dzień walka z USA. Co ciekawe, moment radykalizacji i militaryzacji karteli przypada na ten właśnie okres, a więc zjawisko to nie jest starsze niż trzy dekady z hakiem.
Trudno byłoby twierdzić, że sama w sobie walka Amerykanów z przestępczością narkotykową, nie jest dobra. Jednak na poziomie czysto moralnym mamy do czynienia z głębokim fałszem i dwuznacznością. W tych wszystkich widowiskowych obrazach filmowych i serialowych, w których amerykańscy agenci bohatersko gromią meksykańskich gangusów, zatraca się pamięć o tym, że to właśnie Amerykanie walnie przyczynili się do rozwoju świata przestępczego w Meksyku i że to oni wciąż – i coraz bardziej (choć do gry weszli też Chińczycy) – napędzają podaż nielegalnych substancji.
W poszukiwaniu moralności…
Ktoś powie, że wystarczyłoby nie zakazywać narkotyków. Owszem, zniesienie zakazu mogłoby znacznie zmniejszyć skalę przemytu z Meksyku (o ile ceny byłyby konkurencyjne). Ale z moralnego punktu widzenia nie możemy leczyć jednej choroby drugą. Pustka duchowa, jaka leży u podstaw masowego sięgania po chemiczne środki odurzające, nie zniknie w momencie, gdy będzie można je zażywać w majestacie prawa. Podobnie nie zmieni się styl życia, w którym kokaina czy amfetamina stają się codziennym „dopalaczem” dla zdegenerowanych elit.
Przestępczość narkotykowa jest doskonałym przykładem tego, jak system w niespójnym moralnie społeczeństwie „bohatersko zwalcza problem, który sam stworzył”. I system ten będzie w klinczu, skazany na klęskę, dopóki jego decydenci nie zrozumieją, że początkiem wszelkiego zła niekoniecznie jest zła wola po stronie obcych zza granicy.
Trump może wyrżnąć w pień wszystkich baronów narkotykowych i ich armie (oddałby zresztą przysługę ludzkości), ale będą to tylko kolejne głowy hydry, która czerpie swą żywotną siłę z krążącego w żyłach zachodnich społeczeństw zerwania z tradycyjnymi – klasycznymi i katolickimi – pojęciami moralności, dla której istnieje obiektywne rozróżnienie pomiędzy dobrem a złem.
Filip Obara
O prohibicji bardziej wnikliwie rozmawiałem tu:
Zobacz także:








