Dramat na polskiej wsi. Unia Europejska i rząd gorsze od pogody

Polscy rolnicy nie mają w tym roku powodów do zadowolenia. Nie chodzi tylko o pogodę, która nie sprzyja zbiorom. To także efekty polityki Unii Europejskiej, która przeznacza rolnictwo do wygaszenia. O bardzo trudnej sytuacji na wsiach rozmawiała z polskimi rolnikami Marta Dybińska.
Marcin Wroński – radny powiatu inowrocławskiego (Konfederacja) oraz zastępca przewodniczącego Związku Zawodowego Rolnictwa Samoobrona w województwie kujawsko-pomorskim – rysuje dramatyczny obraz sytuacji na polskiej wsi. - Na polskiej wsi trwają żniwa, wydawałoby się, że zbiory to czas radości, jednak rolnikom nie jest do śmiechu. W tym roku zbiory będą o wiele niższe, niż w ostatnich latach, miała na to wpływ głównie niekorzystna pogoda. Niższe plony to mniejszy przychód z hektara, celowo nie używam słowa dochód, bo o dochodzie trzeba zapomnieć w tym roku - powiedział.
Koszty w górę, ceny w dół
Drastyczne tąpnięcie rentowności sprawia, że współczesna wieś zaczyna realnie bać się bankructw i masowej likwidacji gospodarstw rodzinnych, które nie są w stanie konkurować z globalnymi rynkami przy tak wysokich kosztach własnych. - Dodatkowo mierzymy się ze strasznie niskimi cenami skupu, które są zbliżone do tych sprzed dwudziestu lat. W tym samym czasie koszty produkcji – takie jak paliwo, nawozy czy środki ochrony roślin – wzrosły trzykrotnie. Coraz więcej gospodarstw traci płynność finansową - stwierdził Wroński. - Zła sytuacja na rynku zbóż to jedno, ale mamy też bardzo niskie ceny trzody, mleka i warzyw. Nawet ceny bydła mięsnego, które w ostatnich latach stanowiło dość stabilną gałąź produkcji, również spadły. Rolnicy są skrajnie zniechęceni. Pokazują to badania nastrojów społecznych: ponad połowa z nich uważa, że ich gospodarstwa nie przetrwają najbliższych dziesięciu lat. Tak złej sytuacji nie było od początku lat dziewięćdziesiątych i czasów tzw. reformy Balcerowicza – dodał.
Unijne umowy i nierówna walka
Ten wewnętrzny kryzys ekonomiczny nakłada się na głębokie poczucie osamotnienia polskich producentów żywności, którzy w starciu z globalną polityką handlową zostali pozostawieni sami sobie.
- Ministerstwo Rolnictwa nie rozwiązuje problemów, a tych ciągle przybywa. Rolnicy nie czują, że mają jakiegokolwiek swojego reprezentanta w rządzie. Z jednej strony w ostatnich miesiącach Unia Europejska zawarła szereg niekorzystnych umów międzynarodowych – bez skutecznego sprzeciwu ze strony Polski. Ich skutki już zaczynamy powoli odczuwać, a to dopiero początek. Chodzi o nowe porozumienia UE-Ukraina, UE-Mercosur oraz UE-USA. Na podstawie każdej z tych umów wzrasta niekorzystna, a wręcz nieuczciwa konkurencja względem naszych rodzimych gospodarstw – mówi działacz Konfederacji. - Opowiada nam się bajki o wolnym rynku, a jest gorzej niż za komuny. Co to za wolny rynek, w którym produkcję w UE celowo się podraża, wprowadzając nowe opłaty, certyfikaty i podnosząc wymogi, a z drugiej strony znosi się cła i wpuszcza na rynek żywność z państw, które tych restrykcyjnych norm nie muszą spełniać, przez co są tańsze? – pyta rolnik.
Import niszczy polskie warzywnictwo
Najbardziej jaskrawym przykładem tej nierównej walki rynkowej staje się polskie warzywnictwo, zmuszone do konkurowania z niekontrolowanym napływem tańszych produktów z zagranicy. - W produkcji warzyw panuje straszny bałagan. Do Polski bez realnej kontroli wjeżdżają produkty z importu – i to te, których sami jesteśmy dużym producentem. Jeżeli kupujemy za granicą i sprowadzamy za miliardy złotych rocznie ziemniaki, cebulę, marchew, paprykę czy ogórki, to w ten sposób wyzbywamy się kapitału i utrzymujemy miejsca pracy oraz wpływy z podatków i akcyz poza granicami kraju. Aż wierzyć się nie chce, że nikomu w rządzie na tym nie zależy – tłumaczy Marcin Wroński.
- Trzeba z tym w końcu zrobić porządek, bo w przeciwnym razie staniemy się całkowitą kolonią. Dlatego po żniwach, gdy zakończą się najpilniejsze prace polowe, musimy wspólnie stanąć przeciwko temu wszystkiemu, co się tutaj wyprawia – dokładnie tak, jak Andrzej Lepper trzydzieści pięć lat temu – dodaje zastępca przewodniczącego Związku Zawodowego Rolnictwa Samoobrona w województwie kujawsko-pomorskim.
Hubert Ojdana: „to najgorszy rok, jaki w ogóle pamiętam w życiu"
Głos z Wielkopolski i Kujaw idealnie rezonuje z nastrojami na drugim końcu kraju. Hubert Ojdana, młody rolnik i znany działacz z Podlasia, bez owijania w bawełnę wskazuje na te same, palące problemy rynkowe: – Sytuacja w rolnictwie wygląda dziś tak, że mamy dramatycznie niskie ceny skupu zbóż. W tym samym czasie nawozy są koszmarnie drogie. Ceny zbóż w skupach są porównywalne z tymi sprzed dwudziestu lat, podczas gdy ceny wspomnianych nawozów wzrosły w tym okresie kilkukrotnie. Taki bilans po prostu odcina nam możliwość jakiegokolwiek zysku - powiedział.
Rolnik zarabia grosze, konsument płaci krocie
Kolejnym potężnym uderzeniem w stabilność ekonomiczną polskiej wsi są rażące dysproporcje pomiędzy tym, co zarabia producent, a tym, ile za ten sam towar płaci konsument w marketach. To zjawisko najlepiej widać w sektorze hodowlanym. – Jeżeli chodzi o trzodę chlewną, sytuacja jest kuriozalna – tłumaczy Hubert Ojdana. – Ostatnio cena za żywiec minimalnie drgnęła i z dramatycznego poziomu 3,50 zł czy 4 zł wzrosła do około 5,50 zł – maksymalnie 5,70 zł za kilogram żywej świni. Teraz wystarczy porównać to z ceną wędlin w sklepie. Nam pośrednicy i zakłady płacą średnio 5,50 zł za kilogram tucznika, a konsument w sklepie za dobrą szynkę czy kiełbasę musi zapłacić 60 złotych za kilogram. Gdzie podziewają się te gigantyczne pieniądze? Na pewno nie trafiają one do kieszeni ciężko pracującego rolnika – dodaje rolnik z Podlasia.
– Koszty samej uprawy ziemi są dziś gigantyczne, ponieważ paliwo jest potwornie drogie – kontynuuje Hubert Ojdana. – Same maszyny rolnicze osiągnęły astronomiczne ceny. Doszło do tego, że bardzo wielu rolników całkowicie rezygnuje z zakupu własnego sprzętu. Przechodzą na system usługowy: szukają zewnętrznych firm. Ktoś przyjedzie, zasieje, ktoś inny przyjedzie i skosi, bo utrzymanie własnych maszyn przy tych cenach skupu stało się nieopłacalne – dodaje.
Widmo powrotu importu z Ukrainy
Wymuszona przez kryzys zmiana modelu gospodarowania to jednak dopiero wierzchołek góry lodowej, bo krajowe trudności techniczne i finansowe natychmiast zderzają się z bezwzględną grą geopolityczną Brukseli.
– Nie bez powodu unijny komisarz przyleciał do Polski na targi rolnicze do Szepietowa i spotykał się z naszym ministrem rolnictwa. W Unii Europejskiej wyraźnie słychać głosy i naciski na Polskę, żeby ponownie całkowicie otworzyć rynek zbożowy z Ukrainą. Trzeba bardzo uważać na nadchodzący październik. Myślę, że właśnie wtedy mogą zostać poczynione polityczne ruchy, które doprowadzą do otwarcia tej granicy – mówi Hubert Ojdana.
Młody rolnik z Podlasia przyznaje, że tak źle jak w tym roku to jeszcze nie było. – Jeśli chodzi o plony w Polsce, to w moim gospodarstwie jest to najgorszy rok, jaki w ogóle pamiętam w życiu. Zbiory rzepaku i pszenicy są rekordowo niskie. Afrykańskie upały zrobiły swoje i po prostu spaliły zboża na pniu. Wcześniejsza, wiosenna susza również narobiła ogromnych szkód, a teraz, w samym środku żniw, przeszedł grad i zaczął niszczyć to, co jeszcze zostało. Te anomalie pogodowe zebrały potężne żniwo, dlatego w obecnych czasach tak absolutnie kluczowe staje się ubezpieczanie upraw – podsumowuje rolnik.
Krzysztof Paniczko: „Kroplówka, która usypuje czujność"
Dotychczasowe głosy z polskiej wsi zbiegają się w jednym punkcie: doraźna pomoc i rynkowe rykoszety przestają być anomalią, a stają się regułą. Na ten strukturalny problem zwraca uwagę Krzysztof Paniczko, producent mleka, który patrzy na kryzys z szerszej perspektywy.
– Polskie rolnictwo nie przeżywa chwilowego załamania cen. Znajduje się w głębokim, systemowym kryzysie, który narasta od lat i którego korzenie tkwią w konstrukcji całego modelu – diagnozuje Paniczko. – Kolejne rządy, niezależnie od politycznych barw, odpowiadają na ten kryzys w ten sam sposób: doraźnymi dopłatami. Efekt takiej polityki jest zawsze podobny: dostajemy chwilową ulgę, a potem problem powraca w jeszcze ostrzejszej formie.
Efekt nożyc cenowych niszczy wieś
Zapaść opłacalności we wszystkich kluczowych sektorach. - W 2026 roku niemal każdy ważny kierunek produkcji generuje straty albo balansuje na granicy rentowności. Ceny tucznika przez długie miesiące utrzymywały się na poziomach 3,70 do 5,90 zł/kg, przy których produkcja była głęboko nierentowna. Mleko w czerwcu spadło do około 1,74 zł/l, czyli o ponad 22 proc. rok do roku. Zboża, mimo wahań, często sprzedawane były poniżej kosztów. Warzywa i owoce, mimo wyraźnie niższych zbiorów (jabłka spadek o 19,5 proc., warzywa gruntowe spadek o 9,8 proc.), pozostawały pod silną presją cenową. Rolnik otrzymywał ułamek ceny detalicznej – wylicza Paniczko. - To nie jest zbieg okoliczności, tylko efekt nożyc cenowych: koszty produkcji, czyli nawozy, energia, środki ochrony, paliwo i praca, rosną, a ceny skupu nie nadążają albo wręcz spadają – dodaje.
Depolonizacja i koncentracja produkcji
- Najwyraźniej widać to w trzodzie chlewnej – mówi Krzysztof Paniczko. - Polska importuje ponad 8 milionów prosiąt i warchlaków rocznie, głównie z Danii. Liczba stad systematycznie spada, w samym pierwszym kwartale 2026 r. ubyło ponad 1500 stad. Pogłowie utrzymuje się głównie dzięki dużym, zintegrowanym podmiotom. Analogiczne procesy koncentracji i uzależnienia od silniejszych graczy, czyli przetwórstwa i sieci, obserwujemy w mleku oraz w sektorze warzywno-owocowym. Gospodarstwa rodzinne wypadają z rynku – tłumaczy.
Kluczowe błędy systemowe polityki rolnej
- Po pierwsze, brak automatycznej ochrony opłacalności. Nie istnieje mechanizm, który uruchamiałby się, gdy ceny spadają poniżej kosztów produkcji – wylicza rolnik. - Po drugie, asymetria regulacyjna. Polscy rolnicy ponoszą pełne koszty unijnych wymogów, podczas gdy konkurenci spoza UE produkują taniej i przy niższych standardach. Po trzecie, słaba pozycja producenta w łańcuchu, czyli brak realnej kontraktacji i ochrony przed dominacją przetwórców oraz sieci handlowych.
Krzysztof Paniczko wyjaśnia: - Do tego dochodzi tolerowanie depolonizacji kluczowych sektorów (szczególnie trzody), biurokracja i nieefektywność systemu wsparcia (skomplikowane procedury, opóźnienia, niewykorzystane środki), polityka reaktywna i kadencyjna zamiast długofalowej strategii sektorowej, a także traktowanie zaniku gospodarstw rodzinnych jako „naturalnego procesu rynkowego".
Przykład z pierwszej linii: Telus i Krajewski
- Ten sam mechanizm widać w praktyce na dwóch świeżych przykładach z 2026 roku, niezależnie od tego, kto akurat rządzi – mówi. - Projekt dopłat do zbóż autorstwa Roberta Telusa, odrzucony 30 lipca 2026 r. na Komisji Rolnictwa, zakładał wsparcie na poziomie 2200 zł/ha dla pszenicy, 1750 zł/ha dla rzepaku i kukurydzy, 1035 zł/ha dla jęczmienia i pszenżyta oraz 875 zł/ha dla żyta, owsa i mieszanek zbożowych, o łącznej wartości do 3 mld zł. Niemal wszyscy posłowie zgodzili się, że sytuacja gospodarstw jest trudna. Spór dotyczył wyłącznie sposobu wsparcia, a projekt upadł już w pierwszym czytaniu – przypomina rolnik. - Równolegle minister Stefan Krajewski zapowiedział 27 lipca 2026 r. dopłaty do nawozów w wysokości do 500 zł/ha, maksymalnie do 300 ha, czyli do 150 tys. zł na gospodarstwo, finansowane z 66,6 mln euro unijnego pakietu nadzwyczajnego wsparcia oraz środków krajowych, jako rekompensatę za wzrost cen nawozów wywołany sytuacją na Bliskim Wschodzie – mówi.
- Oba projekty, mimo że pochodzą z przeciwnych stron sceny politycznej, są przykładem tego samego błędu myślenia – podsumowuje.
Dopłaty to tylko kroplówka, a nie rozwiązanie
Kolejnym powodem do frustracji na polskiej wsi jest rządowy program dopłat, w którym producenci dostrzegają całkowity brak logiki. - Brak logiki w samych stawkach i mechanizmie. Dopłaty punktowe, do zboża, do nawozu, do lochy, do paliwa, działają jak gaśnica: gaszą ogień w jednym miejscu, ale nie usuwają przyczyny pożaru. Ceny skupu zbóż od miesięcy są na poziomach, które nie pokrywają kosztów produkcji. Dopłata do tony czy hektara tylko chwilowo podnosi dochód rolnika, ale nie zmienia relacji cenowych na rynku. Jak tylko dopłata się skończy, problem wraca – mówi Krzysztof Paniczko.
To samo dotyczy nawozów. - Propozycja 500 zł/ha ma być rekompensatą za wzrost cen. Ale jeśli systemowo nie ma kontroli nad marżami w łańcuchu dostaw nawozów, a produkcja krajowa nawozów jest pod presją kosztów energii i regulacji, to dopłata staje się kolejną kroplówką, a nie rozwiązaniem. Podobnie zapowiedź około 500 mln zł na wsparcie loch i loszek ma szczytny cel, jakim jest odbudowa krajowej produkcji prosiąt, ale przy braku opłacalnego rynku zbytu na tuczniki efekt może być odwrotny. Więcej prosiąt na rynku, który już generuje straty, oznacza większą presję na ceny – wyjaśnia rolnik.
- Efekt jest taki, że rolnik dostaje pieniądze, które częściowo i tak wracają do firm nawozowych, przetwórców albo sieci. Państwo dopłaca, a strukturalna nierównowaga zostaje. To klasyczny błąd: leczy się objaw, a nie przyczynę – dodaje.
Dopłaty tłumią objawy, ale nie leczą choroby
Największym niebezpieczeństwem takiego systemu nie jest jednak sama jego nieskuteczność, lecz iluzja bezpieczeństwa, jaką ze sobą niesie. - Kroplówka, która usypuje czujność. Programy są doraźne, finansowane często z przesunięć budżetowych lub pożyczek, a po ich zakończeniu problem wraca, często w gorszej formie, bo gospodarstwa zdążyły już zaciągnąć kolejne zobowiązania – mówi rolnik.
- Kroplówka ma jednak jeszcze jeden skutek uboczny, poważniejszy niż jej doraźność. Dopóki działa, nikt nie czuje presji, by leczyć chorobę. Każda kolejna transza wsparcia usuwa z porządku dziennego pytanie o reformę strukturalną. Rząd może pokazać, że "coś robi" temat znika z nagłówków, a decyzja o przebudowie systemu zostaje odłożona do czasu, aż ceny znów spadną poniżej kosztów produkcji. W ten sposób dopłaty nie tylko nie rozwiązują problemu, ale aktywnie odraczają moment, w którym ktokolwiek zostanie zmuszony zająć się nim poważnie. Im skuteczniej kroplówka tłumi objawy, tym mniejsza polityczna motywacja, by zmienić coś w konstrukcji systemu – tłumaczy Krzysztof Paniczko.
- Skąd pieniądze? Kolejna pożyczka i spiralne zadłużanie. Każda kolejna "nadzwyczajna" dopłata wymaga pieniędzy. W praktyce oznacza to albo przesuwanie środków z innych pozycji budżetu rolnego, albo sięganie po środki unijne, które i tak są ograniczone i obwarowane warunkami, albo, co najgorsze, finansowanie z pożyczek i deficytu. To prowadzi do sytuacji, w której państwo co sezon "dokłada" do rolnictwa, ale jednocześnie nie buduje odporności systemu. To nie jest polityka rozwojowa, to zarządzanie kryzysem w trybie ciągłym – mówi.
Ceny minimalne, ryzyko kolejnej pułapki
W dyskusji o ratowaniu polskiej wsi coraz częściej powraca temat radykalnych zmian systemowych, jednak sami producenci ostrzegają przed uproszczonymi receptami. - Część środowisk rolniczych domaga się wprowadzenia cen gwarantowanych. Samo w sobie rozwiązanie to jednak nie wystarczy. Źle zaprojektowane ceny minimalne mogą prowadzić do nadprodukcji, zniekształcenia sygnałów rynkowych i jeszcze większego uzależnienia sektora od decyzji politycznych. Bez równoległego wzmocnienia pozycji rolnika, realnej kontraktacji i ograniczenia dominacji dużych graczy, ceny minimalne staną się tylko kolejną, droższą formą zapomogi – mówi rolnik.
Czego naprawdę brakuje?
- Zamiast mnożyć kolejne programy, państwo powinno wreszcie zająć się uporządkowaniem systemu. To wymaga nie tyle nowych pieniędzy, ile politycznej woli i rzetelnego audytu – podsumowuje Krzysztof Paniczko. - Przede wszystkim potrzebny jest pełny audyt przepływów pieniężnych w łańcuchu żywnościowym, od pola do półki. Warto sprawdzić, gdzie realnie zostaje marża z każdej złotówki wydanej przez konsumenta i ile z niej wraca do rolnika, a ile zabierają przetwórcy, pośrednicy i sieci. Potrzebny jest też audyt efektywności dotychczasowych programów wsparcia, takich jak dopłaty do ubezpieczeń, restrukturyzacja zadłużenia, ekoschematy czy KPO, bo dziś setki milionów zostają niewykorzystane, podczas gdy gospodarstwa toną – mówi.
- Konieczne jest również uporządkowanie pozycji negocjacyjnej rolnika poprzez realną kontraktację, minimalne ceny gwarantowane w kluczowych sektorach i ograniczenie dominacji dużych graczy, a także wypracowanie strategii odbudowy krajowej produkcji, szczególnie prosiąt i materiału genetycznego, zamiast akceptacji modelu opartego na imporcie. Wreszcie potrzebne jest uproszczenie i stabilizacja reguł: koniec ze zmianami ekoschematów w trakcie perspektywy i z biurokracją, która zjada efekty wsparcia – tłumaczy. - Dopóki polityka rolna będzie polegała głównie na gaszeniu pożarów zamiast na przebudowie konstrukcji, kryzys opłacalności będzie się powtarzał, niezależnie od tego, kto akurat zajmuje fotel ministra i czy podpisuje się pod projektem. To nie jest kwestia dobrej czy złej woli, to kwestia poziomu analizy. Obecna i poprzednie ekipy operują na poziomie interwencji. Problem leży na poziomie struktury. A dopóki kroplówka działa, nikt nie ma powodu, by tę strukturę zmienić – dodaje rolnik.
Jakub Arbaszewski: „zostaliśmy zostawieni sami sobie"
– Od dłuższego czasu obserwujemy w rolnictwie coraz bardziej nerwową sytuację wśród producentów z różnych branż. Wyższe ceny ropy, wiosenna susza, trudne zbiory spowodowane gradobiciami i intensywnymi ulewami tuż przed rozpoczęciem żniw, niskie ceny skupu i coraz silniejsza konkurencja ze strony Ukrainy oraz krajów objętych umową Mercosur – to wszystko uderza w polską wieś. Te państwa bardzo mocno zaczynają rozpychać się na rynku rolnym, nie spełniając przy tym tak rygorystycznych wymogów, jak polscy producenci – mówi Jakub Arbaszewski ze Związku Zawodowego Rolników ORKA. – Wszystkie te czynniki nie napawają optymizmem, zwłaszcza że zostaliśmy zostawieni sami sobie – dodaje.
Zdaniem działacza, dzisiejsza bezradność gospodarzy to bezpośrednia konsekwencja pułapki, w jaką rolnicy zostali wciągnięci przez wieloletnią politykę rolną państwa.
– Odkąd sięgamy pamięcią, kolejne rządy namawiały zarówno małych, średnich, jak i dużych rolników do ciągłego rozwoju, brania kredytów oraz sięgania po wszelkiego rodzaju dofinansowania modernizacyjne. Skutkiem tego była głęboka specjalizacja gospodarstw. Na obecnym etapie kryzysu nikt nie jest w stanie ot tak się przekwalifikować – punktuje Jakub Arbaszewski. – Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby polski rząd i polski minister rolnictwa zawczasu skutecznie reagowali na sygnały ostrzegawcze, zanim kryzys uderzył w sektor. Ktoś może powiedzieć, że nie powinno się mieszać całej tej trudnej sytuacji na wsi z polityką. Jednak prawda jest taka, że zdecydowana większość skutków obecnej zapaści to bezpośredni efekt nieudolnych decyzji politycznych lub ich całkowitego braku – podsumowuje działacz Związku Zawodowego Rolników ORKA.
Działacz związku ORKA błyskawicznie przechodzi do konkretnych przykładów i punktuje mechanizmy, które doprowadziły polskie gospodarstwa na skraj bankructwa.
– Rząd uległ unijnym naciskom w sprawie umowy z Mercosur i nie robi nic, aby wymusić na supermarketach, zarówno z zagranicznym, jak i rodzimym kapitałem, zaopatrywanie się w pierwszej kolejności u rodzimych producentów. Ceny paliw również nie spadły – wręcz przeciwnie, poszybowały w górę, mimo że baryłka ropy na światowych giełdach była znacznie tańsza. To przełożyło się na drastyczny wzrost kosztów produkcji – wylicza Jakub Arbaszewski.
– Co więcej, magazyny rolników wciąż są załadowane zeszłorocznymi zbiorami, ponieważ polski rynek został zapchany niekontrolowanym importem z Ukrainy. Podobnie dramatyczna sytuacja panuje w produkcji mleka, warzyw, owoców, a także w sektorze mięsa wołowego, wieprzowego i drobiowego – podsumowuje działacz związku ORKA.
– Wątków, w których przede wszystkim zawinił rząd, jest masa, a realnych działań – zero. Próbuje się nam wcisnąć nic nieznaczące zapomogi, czy to w kwestii zakupu nawozów, czy dopłat dla producentów zbóż. Tylko że tego rodzaju działania nie pomagają nawet krótkoterminowo, nie mówiąc już o perspektywie długoterminowej. One jedynie przekładają się na coraz większą polaryzację społeczeństwa oraz budowanie sztucznego konfliktu między miastem a wsią – alarmuje Jakub Arbaszewski.
PCh24.pl






