Karol Nawrocki walczy z lewicą. Czy zapisze się w historii?

redakcja.jpg
Autor:
Tomasz Figura
mid-26601065 (1).jpg
fot. PAP/Leszek Szymański

Jeżeli „bezpartyjny” prezydent miałby odegrać w polskim życiu politycznym jakąś rolę, to jego głównym zadaniem powinno być odbudowanie autorytetu państwa. Tego autorytetu, który został zniszczony przez obydwie strony coraz bardziej radykalnego sporu politycznego. Czy uda się to Karolowi Nawrockiemu?

Zaznaczę na wstępie, wszak wielu zwraca mi na to uwagę, iż doceniam postawę Karola Nawrockiego w zakresie obrony fundamentalnych wartości, takich jak rodzina czy walka z cenzurą. Sprzeciwił się on bowiem szkodliwej ustawie o związkach partnerskich a także m.in. zablokował cenzurę w sieci, choć nie była to łatwa decyzja, wziąwszy pod uwagę argumenty jakie stały za wprowadzeniem unijnych regulacji dotyczących treści publikowanych na portalach społecznościowych.

Jednak podsumowując jakiś czas temu prezydenturę Karola Nawrockiego, zwróciłem uwagę, że nie stanowi ona, niestety, żadnej nowej jakości w polskiej polityce. Nie ma w tym oczywiście niczego złego, ale nadzieja była nadzieją. Kiedy bowiem obecna głowa państwa wygrywała wybory, cała inteligencka warstwa komentatorska załamywała ręce, że oto facet z bloków i siłki zasiądzie w Pałacu Namiestnikowskim. Niestety, Nawrocki nie okazał się politykiem „zerwania” z republiką inteligencką, nie przedstawił żadnej pragmatycznej wizji politycznej, ale okazał się „entrystą” – to znaczy skupił się na budowaniu swojej prezydenckości i wizerunku polityka godnego tego urzędu w oczach rządzącej nami elity (stąd zapewne częste mówienie o sobie samym w trzeciej osobie liczby pojedynczej).

Zróbmy to razem!

Szkoda, wszak uważam, że Polska zasługuje wreszcie na przewietrzenie politycznych salonów. Przydałby nam się prezydent operujący kategoriami interesu narodowego, a nie wyłącznie kategoriami godnościowo-normatywnymi. Niestety, tę szkołę myślenia politycznego widać m.in. po zaostrzonym niedawno sporze wokół polityki historycznej między Polską a Kijowem. Reakcją prezydenta i innych polityków na gloryfikowanie UPA przez ukraińskie władze pozostaje groźba odebrania prezydentowi Wołodymirowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego oraz powtarzanie zaklęć pełnych odrazy i oburzenia. To istotne, ale kompletnie nieskuteczne. Stoi za tym, o zgrozo, wiara polskich polityków, że jeśli kogoś pozbawimy jakiegoś odznaczenia czy wypomnimy haniebne zachowanie, to ten natychmiast się zreflektuje i zamiast opowiadać się po „złej stronie mocy”, przeprosi i pokornie usiądzie obok nas na styropianie. Niestety, nic z tego.

1 czerwca mija jednak rok od wyboru prezydenta Nawrockiego i warto – obok poczucia lekkiego zawodu – zastanowić się, czy ta prezydentura w jakiś sposób odciśnie się na losach III RP.

Piekiełko polityki

Karol Nawrocki jest początkującym politykiem i na jego przykładzie widać doskonale, w jaki sposób praktyka polityczna zrewidowała jego ambicje. Przypomnijmy, że miał być prezydentem, który „zagoni rząd do roboty”. Zapowiadał liczne reformy, presję na rząd w postaci rad gabinetowych itd. W polskim systemie jednak prezydent – pomimo najlepszych chęci – nie ma narzędzi do prowadzenia tak ambitnej polityki. I Nawrocki zauważył to w ciągu kilku miesięcy. Jego ambicje zostały przystopowane, tempo działań zwolniło, zapowiedzi przestały być tak buńczuczne.

W dodatku sam prezydent został bardzo szybko wciągnięty w tryby machiny politycznego sporu. Nie tylko z Donaldem Tuskiem, ale też z Jarosławem Kaczyńskim. Nawrocki jest człowiekiem ulepionym z zupełnie innej gliny niż Andrzej Duda. O ile jego poprzednik był w pełni podporządkowany partyjnej hierarchii, o tyle były szef IPN chce odgrywać aktywną rolę polityczną, nawet za cenę konfliktu ze swoimi patronami, takimi jak Sławomir Cenckiewicz.

Z drugiej strony, wydaje się, że ma Nawrocki w sobie na tyle determinacji, by kontynuować bardzo ważny – być może najważniejszy obecnie – długofalowy projekt o nazwie „nowa konstytucja”. Nie jest to zadanie proste, ale wydaje się na swój sposób wizjonerskie. Bo choć prezydent nie ma skonkretyzowanej wizji polskiej gospodarki czy wymiaru sprawiedliwości, to jako historyk może faktycznie zapisać się w polskich annałach w roli kogoś, kto przeprowadził nas z jednej – postliberalnej - epoki, w drugą, nazwijmy ją roboczo IV Rzeczpospolitą.

Dlaczego to takie istotne? Liberalizm faktycznie toczy jego naturalna choroba – miękka forma totalitaryzmu. O ile bowiem reklamowany był jako remedium na ideologię, sam przecież jest ideologią zdolną do zmieniania barw i wpasowywania się w tło. Dlatego wydaje się niewidoczny, niemal nieistniejący, ale przecież roszczący sobie prawo do obejmowania kolejnych dziedzin naszego życia. Stał się religią w świecie, który odrzuca religię, porządkiem w chaosie, jedyną formą życia społecznego w rzeczywistości pozbawionej kultury i obyczaju. Dopóki stanowił obietnicę lepszego życia, patologie, które generował udawało się pudrować. Kłopot w tym, że mit tej obietnice wreszcie upadł. Dzisiaj liberalny porządek rękami i nogami broni się przed utratą miejsca, które w jego mniemaniu jest mu należne – jako dominującego sposobu myślenia o świecie.

Antyliberalna reakcja w połączeniu z rozwojem mediów społecznościowych, które stały się potężnym narzędziem dzielenia ludzi i obalania kolejnych autorytetów, sprawiły, że państwowe instytucje przestały być na dobre gwarantem jakiejkolwiek ciągłości i stabilności. Jest to szczególnie widoczne w takich krajach jak Polska, gdzie instytucje te zostały stworzone z myślą o doraźnej politycznej potrzebie. Nie stała za nimi żadna instytucjonalna wiedza czy państwowotwórcze doświadczenie.

Dlatego Polska potrzebuje nowych instytucji, które tym razem powstaną jako efekt głębokiej refleksji nie tylko nad jej historią w ogóle, ale też doświadczeń związanych z blisko czterdziestoleciem istnienia III RP.

Nie tylko katechon?

Trudno dzisiaj powiedzieć, czy Karol Nawrocki ma szanse stać się politykiem wybitnym. Na pewno kolejne miesiące jego prezydentury pokazywały nam, że wiele musi się jeszcze nauczyć. Nie sądzę też, by jego ambicje zaspokoił sam fakt pokonania Rafała Trzaskowskiego. To miłe, że stał się katechonem, powstrzymującym marsz radykałów przez instytucje, jednak za 50 czy 100 lat niewielu będzie poczytywać to za zasługę. Dlatego nadziei związanej z tą prezydenturą upatruję w niekoniecznie efektownej, ale za to efektywnej pracy nad nową Rzeczpospolitą – państwem silnym, sprawnym, gotowym sprostać wyzwaniom współczesności, ale też połączyć ze sobą skłócone dzisiaj bańki, w jakich żyją Polacy.

Jeśli Nawrocki odbuduje autorytet państwa – a dowiódł już niejednokrotnie, iż nie ma ochoty grać w grę, której zasady rozpisuje duet Kaczyński-Tusk – to faktycznie może stać się jednym z ważniejszych polskich polityków. Wierzę, mimo wszystko, że istnieją jeszcze osoby posiadające w polityce wizję i swoistą idee fixe. Oby tą obsesją dla Nawrockiego była konsekwentna odnowa polskiego państwa.

Tomasz Figura

redakcja.jpg
Autor:
Tomasz Figura
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: