Łukasz Warzecha: 250 lat minęło, czyli USA i zdrowy rozsądek

Stany Zjednoczone Ameryki (ortodoksi słusznie wskazują, że polskie tłumaczenie nazwy United States of America jest właściwie błędne, bo powinno brzmieć: Państwa Zjednoczone Ameryki) powstały na bazie zdrowego rozsądku 250 lat temu. I nie jest to tylko przenośnia.
Jak w swojej „Historii Stanów Zjednoczonych 1607-2024. Od osady do mocarstwa” opisuje bodaj najbardziej znany polski amerykanista, prof. Zbigniew Lewicki, na przeszkodzie tendencjom niepodległościowym [13 Prowincji- red.] stała zasada, że można atakować angielski parlament, ale nie króla (był nim w tamtym czasie Jerzy III Hanowerski). To wykluczało zerwanie z metropolią. Nastawienie zmienił właśnie… „Zdrowy rozsądek” (Common Sense) – tak zatytułowana była głośna broszura autorstwa Thomasa Paine’a, filozofa i publicysty urodzonego co prawda w Thetford w Anglii, 130 kilometrów od Londynu, ale szczerze zaangażowanego po stronie amerykańskiej rewolucji niepodległościowej.
W „Zdrowym rozsądku” Paine w prosty i zrozumiały dla zwykłych ludzi sposób argumentował na rzecz odłączenia się od Wielkiej Brytanii, wspominając również o prawie do wypowiedzenia posłuszeństwa złemu monarsze, co przecież wywodzić można jeszcze z Arystotelsowskiej „Polityki” i św. Augustyna.
Tu pojawiła się ciekawa rozbieżność, przypominająca nieco nasze czasy. Zacytujmy książkę prof. Lewickiego: Wyrafinowani przywódcy rebelii potępiali język i płytkość argumentów Paine’a, elity uznały Zdrowy rozsądek za dzieło ignoranta, ale broszura trafiła do szeregowych kolonistów. Było ich wówczas około 1,5 mln, a łączny nakład broszury wynosił aż 150 tys. egzemplarzy. Jak pisał w jednym z listów George Washington: Zauważam, że ‘Zdrowy rozsądek’ dokonuje potężnej zmiany w umysłach wielu ludzi”.
Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. 11 czerwca 1776 r. Kongres Kontynentalny powołał komisję, mającą przygotować deklarację niepodległości kolonii. Stworzenie dokumentu zajęło niecały miesiąc dzięki wysiłkowi Thomasa Jeffersona. 2 lipca Kongres zdecydował jednomyślnie o niepodległości, a 4 lipca zaakceptowano przygotowany tekst Deklaracji Niepodległości. W zasadzie to 2 lipca powinien być świętem niepodległości, ale w roku 1777 przypomniano sobie o rocznicy dopiero 3 lipca, postanowiono więc uczcić rocznicę akceptacji Deklaracji Niepodległości następującą 4 lipca – i tak już zostało.
Od tego czasu minęło 250 lat. To mniej niż jedna czwarta historii Polski, o najstarszych państwach Zachodu, takich jak Francja, Grecja czy Rzym nie mówiąc. A jednak te 250 lat samodzielnych sprawiło, że USA są dzisiaj najważniejszym krajem świata – choć rośnie im konkurencja w postaci Chin. PKB USA to obecnie około 30 bln dolarów, a całej UE – niespełna 20 bln dolarów. Stany Zjednoczone wciąż pozostają największą pojedynczą potęgą militarną, choć ich zasoby są mocno nadwerężone.
W krótkim felietonie nie ma sensu nawet ramowo opisywać amerykańskiej historii – mówią o niej wielotomowe dzieła, których na świecie powstały zapewne setki tysięcy, a i w Polsce trochę ich było. Warto jednak przez moment zamyślić się nad dwoma powiązanymi ze sobą kwestiami.
Pierwsza to powody, dla których USA zdobyły tak jednoznacznie dominującą pozycję. Można mówić, że Stanom Zjednoczonym sprzyjała geografia – i to będzie prawda. Można wskazywać na wielkie zasoby naturalne, ogromne przestrzenie, a przede wszystkim położenie, które zabezpieczyło USA w naturalny sposób przed światowymi konfliktami. Ameryka brała w nich udział na własnych warunkach i w wybranym przez siebie momencie. Nie dlatego, że ktoś na nią uderzył, choć w trakcie II wojny światowej Japonia podejmowała nieudolne próby inwazji na kontynent amerykański z pomocą okrętów podwodnych. Oczywiście można uznać, że USA musiały włączyć się do II wojny światowej po uderzeniu na Pearl Harbor w grudniu 1941 r., wciąż jednak mówimy o Hawajach, a nie o właściwym obszarze USA.
Wydaje się, że patrząc na wszystkie te obiektywne czynniki nie docenia się innych, bardziej ideowych, które jednocześnie legły u podstaw amerykańskiej rewolucji. Stany Zjednoczone zostały zbudowane na potrzebie wolności. Na sprzeciwie wobec klasowego układu europejskiego (choć niektórzy będą argumentować, że są jednak społeczeństwem klasowym). A przede wszystkim – co w socjalnej Europie, a także w Polsce, jest lekceważone – na głębokiej nieufności wobec rządu centralnego. Cały polityczny system USA, w tym ich konstytucja, opiera się na przekonaniu, że rząd centralny jest co prawda potrzebny, ale sam z siebie będzie mieć tendencję do powiększania swoich kompetencji, czemu wolni obywatele muszą się zdecydowanie przeciwstawiać. Prawo republiki ma im w tym pomagać. Ta nieufność wobec władzy federalnej jest wbudowana w system prawny państwa.
Oto przykład. Niedawno zainteresowałem się poszatkowaną strukturą amerykańskich służb. Jak wiadomo, w Stanach nie istnieje jedna centralna organizacja policyjna, a nawet na poziomie poszczególnych stanów struktura sił policyjnych jest sfragmentaryzowana. Mamy policje miejskie, biura szeryfa w powiatach (zwanych w Polsce często błędnie „hrabstwami”), mamy wreszcie policję stanową. Wszystko to są osobne organizacje. Na to nakładają się służby federalne, takie jak FBI, Secret Service, US Marshals, ICE, ATF, DEA i inne. One także konkurują między sobą.
Pozornie wydaje się to chaotyczne i z europejskiego punktu widzenia bez sensu. Amerykanie uznają jednak, że taka właśnie struktura rodzi zdrową konkurencję pomiędzy służbami, wzmacnia siły w razie potrzeby, a przede wszystkim powoduje, że obywatele są zabezpieczeni przed wszechmocą służb federalnych. To, co czasem widzimy w skarykaturyzowanej postaci w filmach – niechęć lokalnych służb do współpracy z federalnymi – jest w istocie zdrowym objawem. Lokalne służby, często pochodzące z wyboru – jak szeryfi – nie chcą, aby rząd federalny wtrącał się w lokalne sprawy, niekoniecznie dlatego, że mają coś do ukrycia, ale dlatego, że za swój obowiązek uznają chronić lokalną społeczność przed nadmierną ingerencją Waszyngtonu; z kolei rząd federalny ma narzędzia, które mogą ukrócić lokalne koterie i układy, ale tylko, jeśli są do tego mocne podstawy.
Można Amerykanom pozazdrościć, że głębokie ograniczenia prywatności, które w Europie przechodzą niemal bez echa, w USA wciąż wywołują mocne sprzeciwy, bo taka jest i tradycja, i konstrukcja polityczna kraju. Tego czynnika bardzo się nie docenia w rozważaniach o przyczynach amerykańskiej siły, może dlatego, że intuicyjnie stoi w sprzeczności z powszechnym europejskim myśleniem, zgodnie z którym państwo jest tym silniejsze, im silniejsza i mająca potężniejsze kompetencje jest władza centralna. Jestem głęboko przekonany, że to błędne rozumowanie, a USA są tego najlepszym dowodem.
Drugie zjawisko to narastająca niechęć części polskiej prawicy do USA. Wręcz amerykanofobia, zaczynająca przypominać skrajnie lewicowe resentymenty w Europie w latach 60. czy 70., wtedy na ogół inspirowane i sterowane z Moskwy. To zjawisko zasługuje na odrębną, obszerną analizę co najmniej w postaci dużego eseju. Skrótowo jego przyczyn można szukać w kilku miejscach. Jednym będzie bliski sojusz USA z Izraelem. Działania tego ostatniego państwa odbijają się rykoszetem na stosunku niektórych środowisk w Polsce do Waszyngtonu.
To jednak nie wyjaśnia wszystkiego. Zdaje się, że u podstawy części takich odczuć leży głęboko zakorzeniona w polskiej mentalności, irracjonalna niechęć skierowana ku silniejszym. Wręcz awersja do siły, być może mająca źródło w kompleksie: my mamy potencjał, ale nigdy go nie wykorzystaliśmy, a ci, którzy umieli to zrobić, często nas tłamsili. Można by spytać, dlaczego ta niechęć jest skierowana głównie wobec USA, a nie na przykład Rosji. Moja hipoteza jest taka, że wpływ Rosji na Polskę w ciągu przynajmniej ostatnich dwóch dekad z hakiem był niewielki i coraz mniejszy, podczas gdy wpływ USA był od początku III RP bardzo duży. Niechęć uderza zatem w tego, kto miał faktyczny wpływ, a nie tego, czyj wpływ zniknął.
W wielu przypadkach można było oceniać, że nie pilnowaliśmy wystarczająco naszego interesu, ulegaliśmy amerykańskim żądaniom, jednocześnie nic z tego nie wynosząc. Udział w operacji irackiej, w wojnie w Afganistanie, zakup F-16 i innego uzbrojenia w Ameryce, torpedowanie przez ambasadę USA planów wprowadzenia opodatkowania dla amerykańskich firm – wszystko to może sprawiać wrażenie, że jesteśmy dla Ameryki jak wasal, a nie partner. I niestety nie będzie to wrażenie całkowicie błędne, tyle że pretensję powinniśmy w tej sprawie mieć przede wszystkim do siebie samych. To my ustawiliśmy wzajemne relacje w taki sposób.
Niektórzy wskazują jako źródło swojego krytycyzmu politykę amerykańskich interwencji w wielu punktach globu, które rzadko kończyły się pełnym sukcesem: Korea, Wietnam, Irak, Afganistan, Bałkany, za wisienkę na torcie można zaś uznać wojnę na Bliskim Wschodzie, rozpoczętą przez Donalda Trumpa. To jednak temat wbrew pozorom mocno złożony.
Ameryka jako partner i sojusznik łatwa nie jest. Ale hegemon nigdy nie jest łatwy we współpracy. Po 250 latach istnienia tego państwa można zadać jedno proste pytanie: czy bez Stanów Zjednoczonych świat byłyby lepszy czy gorszy? Ja, przy wszystkich zastrzeżeniach, obawach i problemach nie mam wątpliwości, że byłby gorszy.
Łukasz Warzecha







