Obywatelu, skąd miałeś na ten samochód? Skarbówka grozi 75-procentowym podatkiem karnym

Jak ujawnia „Rzeczpospolita”, Urząd Skarbowy wziął się za przeciętnych obywateli, którzy – według mniemania przedstawicieli podatkowego systemu opresji – żyją „ponad stan”. Ofiarą dochodzeń padają Bogu ducha winni obywatele, którzy... kupili samochód za kilkadziesiąt tysięcy złotych.
W ramach inwigilacji podatkowej rząd chce znać każde źródło, z którego Polacy pozyskują pieniądze. Jeżeli fiskus odkryje, że wydaliśmy więcej niż oficjalnie zarabiamy, to grozi nam „sankcyjny PIT” od dochodów z „nieujawnionych źródeł”.
Haracz, jaki mamy w takim przypadku zapłacić na rzecz rządowej instytucji sięga nawet kuriozalnej wysokości... 75-procent.
Nie jest to tylko pusty zapis w przepisach, ponieważ zdarzyły się już przypadki represjonowania obywateli, którzy zdaniem urzędników wydali za dużo.
- Ostatnio takich spraw jest coraz więcej. Skarbówka wysyła wezwania podatnikom i muszą się gęsto tłumaczyć, skąd mieli pieniądze na zakupy – mówi Grzegorz Gębka, doradca podatkowy z kancelarii GTA w rozmowie „Rzeczpospolitą”.
Ustalenia te potwierdza doradca podatkowy w inFakt, Piotr Juszczyk, podając przykłady. - Młoda dziewczyna kupiła samochód za 50 tys. zł. Ponieważ dopiero zaczęła pracować, a wcześniej nie wykazywała żadnych zarobków, urzędnicy zażądali wyjaśnień. Podobnie było w sprawie mężczyzny, który kupił mieszkanie. Wziął na nie kredyt, ale musiał też wyłożyć tzw. wkład własny, który wyniósł 60 tys. zł. Wprawdzie od kilku lat już pracuje, ale skarbówka uznała, że nie mógł tyle odłożyć, ponieważ cały czas był na minimalnym wynagrodzeniu – relacjonuje.
W takich sytuacjach Polacy zmuszeni są do podawania rozmaitych sposobów, w jakie zdobyli swoje własne pieniądze. Najczęstszym jest darowizna rodzinna, której do progu 36 120 zł nie trzeba zgłaszać do Urzędu Skarbowego. Jeżeli jednak kwota darowizny przekracza ten limit, fiskus może zażądać zapłaty „podatku sankcyjnego” w wysokości 20 procent, zaś w następnej kolejności inwigilacja majątkowa może dotknąć również krewnych, którzy dokonali darowizny.
- Podatnicy często powołują się na dochody zwolnione z PIT, np. ze sprzedaży runa leśnego, czyli grzybów albo jagód – podaje Piotr Juszczyk.
Bywa, że egzekutorzy tego urzędniczego absurdu podważają nawet prawo Polaków do... trzymania w domu oszczędności. W przypadku, gdy obywatel wydał „zbyt dużo” i zadeklarował, że po prostu przez dłuższy czas zbierał gotówkę, skarbówka może i tak zażądać udowodnienia, że pieniądze pochodziły z „legalnego” źródła.
W takich przypadkach, jak wskazuje Grzegorz Gębka, „nic nie daje odwoływanie się do ogólnych zasad, np. rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatników czy domniemania niewinności” – mówi.
Inwigilacja naszych wydatków sięga dalej niż sądzimy. Fiskus jako źródeł swojej wiedzy używa nie tylko od notariuszy, Centralnej Ewidencji Pojazdów, systemu teleinformatycznego STIR czy teraz KSeF-u, ale nawet z platform handlowych takich jak Allegro czy Vinted.
W przypadku, gdy nie uda nam się zaspokoić apetytu urzędników na wiedzę na temat naszych dochodów haracz „sankcyjny” będzie znacznie wyższy niż w przypadku darowizny rodzinnej i wyniesie... aż 75-procent.
O to, jak wiele jest tego typu postępowań, „Rzeczpospolita” zapytała Ministerstwo Finansów. „Z odpowiedzi resortu wynika, że fiskus sprawdza podatników dość regularnie. Przykładowo postępowań podatkowych w tych sprawach było w 2023 r. 216, rok później ich liczba wzrosła do 259, a w 2025 r. do 298 (ale w I półroczu 2026 r. jest tylko 82). Dużo więcej było czynności sprawdzających, np. 5 967 w 2023 r., ale ich liczba w ostatnich latach spadała” – czytamy.
Źródło: rp.pl
FO







