Vlaardingerbroek: musimy powstrzymać „wielką podmianę” ludności w Europie

- Dbajcie o to, żeby Polska pozostała polska i bezpieczna – zachęca nas Eva Vlaardingerbroek, działaczka na rzecz ratowania tożsamości Europy.
W rozmowie prowadzonej przez europoseł Ewę Zajączkowską, Holenderka mówiła między innymi o momencie, w którym zasadniczo zmieniła swój sposób postrzegania rzeczywistości społeczno-politycznej. Odkryła wówczas, że jej poglądy najbardziej odpowiadają myśleniu prawicowemu, chrześcijańskiemu i konserwatywnemu. Stało się to po konfrontacji z feministkami, które deklarując obronę „praw kobiet” okazywały obojętność w obliczu okrutnych praktyk stosowanych wobec słabszej płci w egzotycznych kulturach. Wręcz atakowały Evę za samo podejmowanie takich „niepoprawnych” politycznie tematów. Odmawiały jej prawa do moralnej oceny barbarzyńskich rytuałów.
Drugim momentem silnego zwrotu był okres reżimu sanitarnego.
- Covid był pierwszym momentem, kiedy żyliśmy pod rzeczywiście totalitarnymi rządami. Parlament został zawieszony, debatę zdominowały strach i irracjonalność – wspominała. – Stałam się obywatelem drugiej kategorii, ponieważ zdecydowałam się nie szczepić. To bardzo dużo we mnie zmieniło. Mam wykształcenie z zakresu filozofii prawa. Studiując ten przedmiot cały czas zajmujesz się demokracją, praworządnością, podstawowymi prawami człowieka i konstytucją. A w tamtym okresie żadna z tych zasad nie była przestrzegana – mówiła.
Jak wówczas zauważyła, „ludzie, którzy zwykle najgłośniej twierdzili, że to oni bronią demokracji i praworządności, sami próbowali naruszać prawa i odbierać podstawowe wolności”.
Przekonanie się na własnej skórze, jak szybko w nowoczesnym społeczeństwie można utracić podstawowe swobody, było bardzo rozczarowujące.
- Pokazało mi to bardzo mroczną stronę ludzkiej natury, która wcale nie należy wyłącznie do przeszłości. (…). Często mówimy o złu, tak jakby było czymś, co pozostało już za nami, jakbyśmy żyli już po końcu historii. Ale tak nie jest, ponieważ ludzka natura się nie zmieniła. To doświadczenie uświadomiło mi istnienie bardzo potężnej siły zła na świecie – przyznała.
Był to równocześnie początek utraty zaufania do instytucji, na które młoda kobieta patrzyła wcześniej jako działające na rzecz dobra i pożytku zwykłych ludzi.
Owocem tego zwrotu było zaangażowanie po stronie społecznej i pozew przeciwko rządowi Holandii w celu prawnego zniesienia lockdownu, paszportów szczepionkowych i innych ograniczeń, uznanych przez obrońców praw za niezgodne z konstytucją.
Prowadzący sprawę sędzia uznał, że rząd ma prawo stosować takie instrumenty, ponieważ obowiązuje stan wyjątkowy i nadzwyczajne przepisy.
Najlepsza decyzja w życiu
Mniej więcej w tym samym okresie Vlaardingerbroek została katoliczką.
- Był to [okres reżimu covidowego – PCh24.pl] bardzo izolujący, mroczny i powiedziałabym, zły czas. Miałam wtedy dużo czasu, żeby spojrzeć również w głąb siebie. Ciągle mówiłam o wartościach, fundamentach Zachodu i o tym, na czym opierają się nasze prawa. Ale w tamtym czasie sama nie byłam blisko Chrystusa. Nie byłam naprawdę zaangażowana w swoją wiarę. Dorastałam w chrześcijańskim domu. Mój ojciec był wtedy protestantem, dziś również jest katolikiem. Przeszliśmy na katolicyzm razem. Moja mama była katoliczką, więc dorastając mogłam trochę wybierać z jednej i z drugiej strony. Ale oznaczało to również, że nigdy naprawdę nie zaangażowałam się w żadną z nich. Na studiach, a później jako młoda osoba rozpoczynająca karierę zawodową, po prostu nie interesowałam się szczególnie praktykowaniem wiary – przyznała Holenderka.
W końcu dojrzała do świadomości, że musi dokonać wyboru, i do samej decyzji.
- Zaczęłam bardzo głęboko się tym interesować. Doszłam do wniosku, że dla mnie właściwą drogą jest Kościół katolicki. Że prawda jest w pełni ucieleśniona w Jezusie Chrystusie i że to jest Jego Kościół. Zdecydowałam się więc zostać katoliczką. I była to najlepsza decyzja w moim życiu. To wspaniałe – wyznała.
Vlaardingerbroek zwraca niekiedy uwagę w swych wypowiedziach publicznych, że tocząca się dziś w Europie walka ma wymiar nie tylko polityczny, ale również duchowy. Działaczka ocenia, że wielu przywódców na Starym Kontynencie wybiera zło świadomie, a nie dlatego, że po prostu myli się, zachowując jednak dobre intencje.
Nie ma jak… w Polsce
Zapytana o swoje obawy dotyczące kolejnych dekad zwróciła uwagę na perspektywę „podmiany ludności” i – co za tym idzie – także cywilizacji.
- Rdzenna ludność Europy, czyli ludzie, których przodkowie budowali ten kontynent, którzy od pokoleń tutaj żyją i mają swoje etniczne oraz kulturowe korzenie w Europie, staje się mniejszością. To zjawisko ostatnich mniej więcej 30 lat. Nie jest to naturalny proces, choć lewica często powtarza, że migracja i imigracja istniały od zawsze. Przywołują wtedy przykłady, takie jak migracja hugenotów z Francji do Europy Północnej, ale to nie był ten sam rodzaj migracji. Różnice kulturowe nie były takie same, skala nie była taka sama, tempo również nie było takie samo. To, z czym mamy do czynienia obecnie, jest według mnie historycznie bezprecedensowe, a jego skutki są zupełnie inne. Dlatego mówię, że „wielka podmiana” przestała być jedynie teorią – podkreślała Holenderka.
W kwestii intencji kryjących się za sprzyjaniem przez władze masowej imigracji, wymieniła niechęć elit politycznych względem państw narodowych oraz dążenie do federalizacji kontynentu jako poligonu i etapu na drodze administracyjnej unifikacji całego świata.
- Jeżeli w ciągu 50 lat potrafisz to zniszczyć i stworzyć wielką masę ludzi, których nie definiuje już żadna tożsamość kulturowa, narodowa ani etniczna, otrzymujesz społeczeństwo pozbawione punktów odniesienia. Masę konsumentów, którymi łatwiej sterować. I można nimi rządzić bez demokracji. Tak, demokracja działa wyłącznie w kontekście narodowym. Potrzebujesz granic, potrzebujesz narodu i wspólnego interesu narodowego, żeby demokracja mogła funkcjonować. Jeżeli to wszystko usuniesz, wtedy Ursula von der Leyen może rządzić nami wszystkimi. I uważam, że właśnie taki jest ich cel. Trzeba odebrać ludziom punkty odniesienia i ich osłabić. Multikulturalizm jest świetnym narzędziem, żeby to osiągnąć. Globalizm jest jeszcze skuteczniejszy. Dlatego uważam, że Europa jest pewnego rodzaju poligonem testowym dla międzynarodowego, globalnego planu – powiedziała gość Ewy Zajączkowskiej.
Inicjatywą, której celem jest zapobieżenie takim procesom, jest Save Europe Act. To kampania na rzecz utworzenia formalnej inicjatywy obywatelskiej dla zamknięcia zewnętrznych granic UE oraz reemigracji tak zwanych uchodźców. Z miliona potrzebnych podpisów organizatorom udało się zebrać już 750 tysięcy.
W dalszej perspektywie z kampanii ma narodzić się szeroki ruch społeczny działający w celu ocalenia tożsamości Europy instrumentami politycznymi.
W przekonaniu Evy Vlaardingerbroek, mamy obecnie ostatni moment na zablokowanie „wielkiej podmiany”. To „okno możliwości”, którego nie możemy przegapić, chcąc zachować kulturową odrębność.
- Widzimy to już na przykład w Szwecji, gdzie ogromne znaczenie ma głos ludności imigranckiej. Podobnie jak w Hiszpanii. Oczywiście, demokratyczna gra kończy się w momencie, kiedy nie jesteś już większością we własnym kraju, ponieważ demokracja jest grą liczb. 50% plus jeden głos i przegrywasz. W Szwecji widzieliśmy już sytuację, w której prawica przegrała wybory przez głosy imigrantów. I im więcej ludzi będzie przybywać, tym silniejszy będzie ten efekt – wskazała działaczka Save Europe Act.
- To my powinniśmy dziś próbować być tacy jak Wy. Uwielbiam tutaj być. Mogę bezpiecznie spacerować ze swoim dzieckiem i mężem. W Polsce czuję się bardziej jak u siebie niż we własnym kraju, ponieważ mam więcej wspólnego z Polakami niż z imigrantami, którzy dzisiaj mieszkają w Holandii – przyznała.
- Tego właśnie życzę Tobie i wszystkim Polakom żyjącym w Polsce. Żeby mogli nadal mieszkać w bezpiecznym kraju – powiedziała.
Źródło: Ewa Zajączkowska / You Tube






