Zaprzepaszczona misja? Żydowscy konwertyci w wieku dialogu międzyreligijnego

Kto miałby do powiedzenia o stosunku między Kościołem a judaizmem równie wiele, co żydowscy konwertyci, którzy porzucili synagogę dla Winnicy Pańskiej? Historie ich nawróceń od dawna przyciągają szczególną uwagę. W XIX i XX wieku do chrzcielnicy podchodzili Żydzi znakomitego statusu, niosąc nadzieję na upadek wielowiekowego oporu tego ludu przeciw Dobrej Nowinie. Ostatecznie ,nim pojawiły się jakiekolwiek szeroko zakrojone sukcesy misyjne, misjonarski zapał wobec wyznawców judaizmu zastąpił “dialog międzyreligijny”. Wraz z nim w teologii zadomowiły się poglądy relatywizujące potrzebę przyjęcia Chrystusa przez lud starego wybrania. Na Żydów, który przyjęli chrześcijaństwo po II połowie XX wieku, tendencje te również wywierają, jak najgorszy, wpływ. Choć “dialog” z judaizmem miał polepszyć zrozumienie jego natury, w rzeczywistości wyłącznie osłabił spójność odniesienia Kościoła do “wyznania Mojżeszowego”. Jeszcze wiek wcześniej była ona w znacznie lepszej kondycji.
XIX i XX wiek uświadczyły kilku spektakularnych żydowskich nawróceń, których w refleksji nad stosunkiem Kościoła do judaizmu nie sposób pominąć. Nie był to, rzecz jasna, endemiczny fenomen tych stuleci. Do konwersji dochodziło na przestrzeni dziejów również wcześniej.
Choć czasy średniowieczne kojarzymy raczej z oskarżeniami “przechrztów” o interesowne nawrócenia, to bywali wtedy i konwertyci szczerzy - którzy nie tylko rzeczywiście porzucili judaizm - ale i zwalczali jego błędy.
Taką postacią był na przykład Viktor von Karben - urodzony w diasporze żydowskiej na terenie XV-wiecznej Kolonii. Dopiero w wieku 50 lat mężczyzna przyjął wiarę świętą i został katolickim kapłanem, wcześniej porzucając rodzinę, która odmówiła przejścia na chrześcijaństwo. Konwertyta, według przekazów, żył ubogo po swoim chrzcie. Zachowały się po nim znane traktaty przeciw judaizmowi. Autor wskazywał w nich na zawiniony opór pobratymców przeciwko Chrystusowi. Von Karben miał nawet przekazać biskupowi Kolonii list z wyrazami poparcia po tym, jak hierarcha podjął decyzję o wygnaniu diaspory z miasta.
Jednak cztery wieki później splot kilku przyczyn doprowadził do intensyfikacji napływu konwertytów z judaizmu. Wobec emancypacji Żydów - jaka dokonała się w tym czasie w wielu krajach - status społeczny przestał oddzielać diasporę od społeczności europejskiej. Znikać zaczęły getta, a izolacja obu środowisk od siebie ulegała pomniejszeniu.
Kliknij TUTAJ i pobierz najnowszy numer „Kwartalnika PCh24.pl” pt. Syjonizm katolicki? Kościół w cieniu Gwiazdy Dawida
Misja braci Ratisbonne
Sztandarową konwersją tego czasu jest przykład nawrócenia Braci Ratisbonne. Niezwykła historia ich przejścia na katolicyzm to naprawdę poruszająca opowieść - która zaowocowała powstaniem zgromadzenia zakonnego poświęconego przede wszystkim modlitwie o nawrócenie wyznawców judaizmu.
Theodore Ratisbonne i jego brat Alphonse przyszli na świat jako członkowie zamożnej rodziny bankierskiej żydowskiego pochodzenia w Strasburgu. Doświadczona w młodości śmierć matki wpłynęła głęboko na pierwszego z nich, prowokując u niego głęboką refleksję nad życiem i jego znaczeniem. Jednocześnie dobre sytuowanie postawiło Theodora wśród żydowskiej młodzieży kształconej na świeckich uczelniach. Gdy część z jego znajomych zdecydowało się nawrócić na katolicyzm, Theodor głęboko zainteresował się przyczynami ich decyzji. Nie mogąc przejść obok niej obojętnie, spotkał się z Panią Ludwiką Humann, mistyczką i katechetką - która odegrała sporą rolę w nawróceniu jego najbliższych znajomych. Wkrótce za jej namową Theodor zaczął sam zapoznawać się z Pismem Świętym Nowego i Starego Testamentu oraz podstawami chrześcijańskiej wiary.
Młody mężczyzna stał się nią głęboko zafascynowany, a w religii objawionej znalazł odpowiedź na dręczące go wcześniej wątpliwości. Wraz z upływem czasu Theodore, który z różnych otwartych przed nim dróg życia wybrał poświęcenie się pracy charytatywnej w gminie żydowskiej, stał się już przekonanym zwolennikiem chrześcijaństwa. Po dodatkowym czasie przygotowania sekretnie przyjął chrzest, o którym jego pobratymcy dowiedzieli się dopiero później.
Postawa Theodora wobec judaizmu to obraz stosunku pełnego miłości do katolickiej doktryny. Konwertyta wzbudził skandal i ostatecznie, pod wpływem nacisku rady, musiał zdać swoje obowiązki. Wkrótce podjął jednak drogę kapłańską, a gorącym pragnieniem, któremu chciał się poświęcić, było rozszerzenie religii katolickiej wśród Żydów.
Ta misyjna ambicja wobec ludu Starego Przymierza dojrzała w pełni, gdy – w sposób absolutnie fenomenalny – swoje miejsce w Kościele Bożym odnalazł również jego brat Alphonse. Po konwersji Theodora pierwotnie zapałał on nienawiścią do wiary katolickiej, prowadząc przy tym hedonistyczne życie. Wszystko zmieniła jego podróż do Rzymu.
W wiecznym mieście mężczyzna natknął się na francuskiego arystokratę, barona de Bussiers, zarazem gorliwego katolika, jak i przyjaciela brata barona. W trakcie spotkania młody antyklerykał zakpił z religii, co stało się początkiem sporu. W jego trakcie baron de Bussiers postanowił rzucić wyzwanie niewierze. Zasugerował mianowicie, że skoro Alphonse z taką lekkością wyśmiewa wiarę katolicką, to z pewnością bez żadnej zmiany wewnętrznej będzie w stanie nosić cudowny medalik. Antyklerykał dał się namówić i pozwolił arystokracie założyć sobie maryjne dewocjonalium, czemu towarzyszyło odmówienie krótkiej, dobrze znanej modlitwy:
Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko moja, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa Wcielonego, nie gardź moimi prośbami, ale je łaskawie usłysz i wysłuchaj. Amen.
Antykatolicyzm Alphonse’a zaczął się łamać nad wyraz szybko. Podróżując wspólną karetą z baronem, w pewnym momencie musiał on chwilę poczekać, ponieważ arystokrata postanowił wstąpić do Kościoła Sant’Andrea delle Fratte. Z tamtejszym kapłanem załatwiał bowiem sprawy pochówku bliskiej mu osoby. Zamiast czekać w pojeździe, młody Żyd postanowił zwiedzić kościół i przyjrzeć się architekturze. I oto, zamiast wynieść ze świątyni garść estetycznych wrażeń, Alphonse Ratisbonne wyszedł z niej… chrześcijaninem. Jak wspominał później, wchodząc do świątyni, doznał potężnej wizji mistycznej. Naraz stracił poczucie czasu i miejsca, a na jednym z ołtarzy zobaczył Najświętszą Maryję Pannę; dokładnie w takiej samej postaci, w jakiej przedstawia ją Cudowny Medalik. Matka Boża nie przemówiła do niego w żaden sposób, lecz milczącym gestem dała mu znak, aby podszedł bliżej. Jak wspomina Alphonse, od Niepokalanej biła niesamowita światłość.
Widzenie do głębi poruszyło niegdysiejszego ateistę. Widząc Maryję, upadł na kolana i płakał rzewnie. W takim stanie znalazł go też baron de Bussier. W pierwszych chwilach Ratisbonne potrafił powiedzieć jedynie: „Widziałem ją! Widziałem ją!”, nie chciał jednak wyjaśnić, co dokładnie się stało. Dopiero w czasie rozmowy z katolickim księdzem zdecydował się szerzej opowiedzieć o całym zajściu. Jak twierdził, w czasie widzenia doświadczył natychmiastowego poznania prawdziwości religii katolickiej i swoich własnych grzechów, zresztą z tej przyczyny domagał się chrztu. Po upływie kilkunastu dni przyjął go w atmosferze sensacji, która przyciągnęła wzrok całego Rzymu.
Obaj nawróceni bracia nie mieli wątpliwości, że ich konwersja była wezwaniem do misjonarskiej pracy, dzięki której wszyscy Żydzi mogliby rozpoznać w Jezusie Chrystusie zapowiadanego Mesjasza. Ich odniesienie do judaizmu było jednoznaczne. Opisując swój chrzest, Theodore Ratisbonne twierdził, że „przeszedł z synagogi do Kościoła, od Mojżesza do Chrystusa, ze śmierci do życia”... Powołane przez obu braci Zgromadzenie Matki Bożej Królowej Syjonu wzięło sobie za cel modlitwę o to, by wyznawcy judaizmu odwrócili się od błędów i przyjęli Syna Bożego.
Rabin rozmiłowany w Chrystusie
Pod koniec II Wojny Światowej prawdziwą furorę wywołało nawrócenie Eugenio Zolliego, urodzonego jak Izrael Zoller rabina Rzymu, postaci niezwykle inspirującej. Swoje nawrócenie opisał on w poruszającej książce Przed świtem, stanowiącej kolaż autobiograficznych wspomnień oraz przemyśleń o Starym i Nowym Testamencie.
Zoller przyszedł na świat w polskiej miejscowości Brody w województwie lwowskim. Od małego poświęcał się gruntownej edukacji talmudycznej. Już w tym czasie odczuwał jednak pewną sympatię do chrześcijaństwa. Sympatię, której rozwój zobrazował we wspomnianej wyżej książce.
Ta fascynacja zaczęła się niepozornie, a mianowicie od uczucia empatii, jakiego młody Żyd doświadczył wobec cierpiącego Chrystusa, którego wizerunek widywał w domu swojego przyjaciela Stanisława. Jak relacjonował, widząc Zbawiciela na Drzewie Krzyżowej, z jakiegoś powodu nie był w stanie myśleć o nim jako kimś złym. Przeciwnie, Nazarejczyk wydawał mu się jak najdalszy od jakiegokolwiek złoczyńcy.
Talmudyczne treści nie zdołały zdławić zalążków miłości Zollera do Chrystusa. W miarę postępów w rabinicznej nauce czuł on coraz większy pociąg ku chrześcijaństwu. W kolejnych latach Zoller przeprowadził się do Włoch, gdzie też zaczął nazywać się Zolli. Jako rabin, poza wykonywaniem swoich obowiązków, stale studiował również Nowy Testament, a z czasem to właśnie nim spośród całego Pisma Świętego stał się najbardziej rozmiłowany.
Jeszcze przed II Wojną Światową przyszły konwertyta wydał książkę zatytułowaną Nazarejczyk. A traktowała ona o tym, jak w Chrystusie spełniły się proroctwa Starego Testamentu…
Co ciekawe, Zolli miewał również widzenia Zbawiciela. W późniejszych latach jego życia wizje Ukrzyżowanego zdarzały się regularnie, aż do poruszającego i decydującego dnia w 1944 roku. Wtedy to, sprawując nabożeństwo w bożnicy, rabin usłyszał głos Chrystusa, zapewniający, że już nigdy więcej do niej nie wstąpi. Gdy mężczyzna wrócił do domu, żona wyznała mu, że doświadczyła w synagodze wyjątkowego widzenia. Ujrzała Chrystusa błogosławiącego jej męża. Tego samego dnia córka rabina powiedziała, że w nocy przyśnił jej się Zbawiciel. Słysząc to wszystko, Izrael Zolli natychmiast pożegnał się z synagogą, a po kilku miesiącach wraz z żoną i jedną z córek stanął przy chrzcielnicy. Jego nowe imię brzmiało Eugenio. Przyjął je ze względu na cześć dla Piusa XII, dla uczczenia jego zasług w ratowaniu życia włoskim Żydom w czasie krótkiej nazistowskiej okupacji Rzymu.
W swoich pracach Eugenio Zolli umiejętnie i głęboko wykazywał, że zapowiedzi Starego Testamentu swój sens i spełnienie znajdują właśnie w Chrystusie. Pisząc o synagodze i Kościele w Przed Świtem, Zolli sięgał po klasyczną argumentację świętego Pawła. Nowe Przymierze charakteryzował jako zakon „prawa miłości”, podczas gdy judaizm stanowiłby zakon „miłości do prawa”. Zolli, idąc w ślad za apostołem narodów, krytycznie ocenił kurczowe trzymanie się tego drugiego. Tym bardziej, że niesie on wizję samowystarczalności człowieka, który przez zachowania przepisów prawa sam chciałby zdobyć sobie usprawiedliwienie.
Ofiara za niewiarę Żydów
Krótki opis stosunku do judaizmu żydowskich konwertytów z XIX i XX wieku doskonale uzupełnia słynna postać św. Teresy Benedykty od Krzyża, urodzonej we Wrocławiu jako Edyta Stein. Dobrze znany życiorys tej świętej to historia przejścia od judaizmu przez bezreligijność, aż do głębokiego, pełnego mistycyzmu i życia karmelitańskiego. Przy okazji św. Teresa Benedykta od Krzyża uzyskała wykształcenie filozoficzne, broniąc dysertacji doktorskiej pisanej pod kierunkiem słynnego Edmunda Husserla. Z kolei nawrócenia doświadczyła wtedy, gdy w jej ręce wpadły pisma św. Teresy z Ávili.
Edyta Stein miała głęboką świadomość, że spełnieniem żydowskich nadziei jest właśnie wiara katolicka. Wiele już powiedziano o tym, że święta nie zaprzeczała, jakoby po chrzcie świętym przestała być Żydówką. Przeciwnie, wciąż była głęboko zatroskana o swój lud, pragnąc dla niego powszechnego nawrócenia.
Najlepszym świadectwem tej postawy jest jej testament. Ostatnie lata życia św. Teresa Benedykta spędziła jako karmelitanka w holenderskim klasztorze w Echt. Trafiła tam, uchodząc z rodzimych Niemiec w celu ochrony życia przed antysemickimi prześladowaniami. Przewidując swoją śmierć, święta ofiarowała swoje życie jako… zadośćuczynienie za niewiarę Żydów w Chrystusa. Modliła się też, by jej zgon przyczynił się do nawrócenia Izraela.
Zaprzepaszczona szansa?
Perspektywa odniesienia do judaizmu wszystkich tych konwertytów jest ze sobą zgodna. Jak mawiał Eugenio Zolli, synagoga była obietnicą, lecz Kościół jest jej wypełnieniem. Łączyła ich świadomość ziszczenia nadziei Starego Testamentu w Chrystusie i wspólnocie Jego wiernych.
Dziś niestety katolicka refleksja teologiczna o judaizmie utraciła wiele z tej spójności. Nadzieje braci Ratisbonne czy Edyty Stein wydają się dalekie od spełnienia. Czy obecnie zmiana stosunku Kościoła do judaizmu oraz ekspansja legitymizujących go wizji teologicznych nie staje na drodze tym nadziejom bardziej niż kiedykolwiek?
Współczesny zamęt w kwestii stosunków chrześcijańsko-żydowskich widać zwłaszcza przy opisie sylwetek konwertytów z judaizmu po II połowie XX wieku. Wśród nich znajdziemy dyskusyjne, upolitycznione rozumienie starotestamentalnych obietnic, a nawet podważenie doskonałości religii chrześcijańskiej.
O ile większość konwertytów z judaizmu to postaci inspirujące, niejaki Brat Daniel, zmarły w 1998 roku karmelita z klasztoru Stella Maris w Hajfie, to przykład zgoła negatywny.
Daniel Rufeisen, przu urodzeniu nazwany Szmulem Oswaldem Rufeisenem, przyszedł na świat w 1922 roku w Polsce, nieopodal Żywca. Za młodu był zdecydowanym syjonistą i członkiem lokalnej syjonistycznej grupy młodzieżowej. Jego życiowe plany przerwała jednak niemiecka agresja na Polskę. Szukając większego bezpieczeństwa, młody mężczyzna wyruszył w latach okupacji na Litwę. Tam dołączył do podziemnej struktury syjonistycznej. Po szeregu aresztowań i ucieczek musiał znowu zmienić miejsce pobytu. Wkrótce przybrał fałszywą tożsamość: wykorzystując biegłą znajomość niemieckiego przekonywał, że nie jest Żydem, ale polskim obywatelem germańskiego pochodzenia…
Ten ruch zaowocował dla Rufeisena nieprzewidzianą niespodzianką. Przekonani do jego wersji, Niemcy zaproponowali mu stanowisko tłumacza dla żandarmerii w dalekim Mirze na terenach dzisiejszej Białorusi… Mężczyzna przyjął propozycję, w oczywisty sposób obawiając się skutków odmowy.
Ta decyzja okazała się mieć kluczowe znaczenie dla dalszych losów Rufeisena. Jako policyjny tłumacz, Rufeisen nawiązał kontakt z żydowskim ruchem oporu w miejscowym Getcie, zapewniając dostawy amunicji i żywności partyzantom. Gdy otrzymał wiadomość o planowanej likwidacji Getta, ostrzegł uwięzionych w nim Żydów, pozwalając w ostatniej chwili uciec blisko trzystu z nich.
Pomoc Rufeisena została jednak wkrótce zdemaskowana, a on sam – po tym jak wyjawił swoją żydowską tożsamość i przyznał się do pomocy pobratymcom – uwięziony. Szczęśliwie uniknął śmierci i zbiegł po raz kolejny, najprawdopodobniej dzięki pomocy jednego z Niemców, który zdążył go polubić; on to najpewniej zostawił więźniowi otwartą drogę ucieczki. Ścigany przez Hitlerowców, ukrył się w karmelitańskim klasztorze w Mirze. Tam też pozostał przez dłuższy czas.
Właśnie wtedy Rufeisen zetknął się po raz pierwszy z Nowym Testamentem. Pod wpływem lektury miał przeżyć głębokie nawrócenie. Przyjął chrzest, a gdy fronty ucichły, w 1945 roku wstąpił do nowicjatu w Krakowie.
Na ile jednak Daniel Rufeisen przyjął chrześcijaństwo autentycznie i szczerze? Pytanie to jest niestety bardziej niż zasadne. Widoczna w kolejnych latach postawa karmelity ujawnia bowiem skrajną postać legitymizacji rabinicznego judaizmu.
Jako karmelita Rufeisen wyjechał do klasztoru Stella Maris w Hajfie. Tam sławny „Brat Daniel” stał się przyczyną konfliktu wśród braci zakonnych. Nie bez ważnego powodu, gdyż jego wypowiedzi i zachowania były rzeczywiście skandaliczne. W afirmacji żydowskości posunął się on nawet do podważania prawd wiary. Dla przykładu, stronił od wypowiadania Credo podczas sprawowanych Mszy Świętych. Z kolei biograf Rufeisena, Nechama Tec, pisała, że miał on również omijać te części formuł liturgicznych, które wspominają Trójcę Świętą… Tego typu elementy wiary katolickiej zdawały się Rufeisenowi nieżydowską naleciałością. Sam twierdził zresztą, że chrześcijaństwo „nigdy nie powinno było stać się osobną religią”. Powinno raczej stanowić pewien partykularny wyraz judaizmu. Czytamy:
Istnieje wymóg wypowiadania Credo podczas każdej niedzieli. Ja tego nie robię. Nie wierzę w prawdy objawione, tylko w Boga. Mam zamiar odtworzyć żydowskie chrześcijaństwo, w którym takie rzeczy nie istniały.
W ujęciu karmelity judaizm pozostaje swego rodzaju kluczem do przyszłego powrotu zjednoczonego judeo-chrześcijaństwa, na które ten kilkakrotnie wyrażał nadzieję.
Mówimy o jedności chrześcijan, lecz nie mamy do niej klucza. Żydzi go zabrali i schowali w swoich kieszeniach. Mówimy o chrześcijańskim uniwersalizmie, a przecież to Izrael ma klucz do tego uniwersalizmu. Każda nowa akulturacja musi zaczynać się od Jerozolimy (...). Moją ideą jest walka o powrót pluralizmu w Kościele. Mam nadzieję na to, że judeo-chrześcijaństwo również wróci do pluralizmu.
W swojej arogancji duchowny posunął się nawet do krytyki aktywności misyjnej wobec Żydów w Izraelu, twierdząc, jakoby jej źródłem był… brak zdrowego rozsądku albo poprawnej teologii.
Chętnie powiedziałbym im: „Wynoście się! A jeśli absolutnie chcecie zostać w naszym kraju, to przynajmniej bądźcie cicho. Możecie modlić się za swój Kościół, ale trzymajcie się z daleka od naszego ludu”.
Przekonania Rufeisena to prawdziwa inkarnacja postawy, wedle której – jak mawia pewien polski duchowny – „nie da się zrozumieć chrześcijaństwa bez judaizmu”. Zgodnie z wizją karmelity, wiara Kościoła Chrystusowego jawi się jako coś niepełnego, wręcz wybrakowanego; coś, co wymaga dopełnienia przez judaizm. Rufeisen ostatecznie skłania się więc ku jakiemuś synkretycznemu zmieszaniu obu wyznań.
Postawa „Brata Daniela” wzbudzała niechęć innego mnicha tego samego klasztoru. Już po śmierci apologety „judeochrześcijaństwa” krytycznie wypowiadał się o jego osobie inny konwertyta z judaizmu, o. Elias Friedman. Wspominał on o nieortodoksyjnych praktykach współbrata, wyrażający przy tym ubolewanie z powodu faktu, że Rufeisen nigdy nie został upomniany przez władzę duchowną.
O. Friedmana od Daniela różniło od Rufeisena rzeczywiście bardzo wiele. Jako nawrócony Żyd, żywił on nadzieję, że i jego naród przyjmie kiedyś Chrystusa. Perspektywa chrystianizacji Izraela była dla o. Friedmana pierwszorzędną troską.
Urodzony w Afryce Południowej, w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, w 1916 roku, jak sam wspominał, za młodu zaczął wątpić o istnieniu Boga. Ostatecznie nie został ateistą, chociaż niósł się z poczuciem, że jego religia była wybrakowana i powierzchowna.
Moment diametralnej zmiany życia nadszedł w czasie II wojny światowej. Friedman pracował wtedy jako lekarz wojskowy w szpitalu militarnym, i to właśnie w takich okolicznościach podjął decyzję o przyjęciu chrześcijaństwa. W wierze katolickiej znalazł bowiem wyjaśnienie powodów, dla których jego doświadczeniu religijnemu towarzyszyły nieustanne oschłości. Skojarzył je mianowicie z realnym wybrakowaniem judaizmu, wciąż niedopełnionego, bo odrzucającego Mesjasza.
W arcyciekawej książce zatytułowanej Redemption of Israel, opublikowanej już po nawróceniu na katolicyzm, o. Eliasz Friedman dał wyraz osobistym zastrzeżeniom co do położenia religijnego Izraela oraz nadziei na nawrócenie swojego narodu. Pod pewnymi względami uprawiał on rzeczywiście zdrową katolicką teologię. Judaizm rabiniczny postrzegał jako „pozbawiony jakiegokolwiek boskiego autorytetu”. W późniejszym eseju, Jewish Identity z 1987 roku, ten nawrócony Żyd zaznaczał, że po Chrystusie oderwany od wiary kult świątynny stał się jedynie pustą fasadą. „Chrześcijaństwo wystawia judaizmowi rabinicznemu nieodwołalne świadectwo nieważności” – tak pisał, już jako duchowny.
Po swoim chrzcie o. Friedman planował wstępnie wejść w szeregi Kongregacji założonej przez Braci Ratisbonne, powołanej do modlitwy o nawrócenie Żydów. Ostatecznie wybrał jednak drogę karmelitańską i zamieszkał w klasztorze, do którego po kilku latach trafił także o. Rufeisen.
Z uwagi na jego odważną publicystkę, dziś przez niektóre środowiska filosemickie o. Eliasz Friedman bywa niesłusznie przedstawiany jako niepogodzony z soborem i zmianą katolickiego nauczania antysemita. Obraz ten jest oczywiście daleki od prawdy. Na czym innym polegał stosunek tego konwertyty do własnego ludu.
W rzeczywistości odniesienie Friedmana, dziś popularne wśród stworzonego przez niego środowiska Stowarzyszenia Hebrajskich Katolików, zmierza ku pogodzeniu przekonania o wiecznej opiece Boga nad ludem Izraela z prawdą o wypełnieniu Starego Testamentu w chrześcijaństwie. Dla o. Eliasza jasnym było, że religią objawioną, którą od początku przyjąć miał Izrael, była ustanowiona przez Chrystusa wiara katolicka. Kontrowersje może budzić to, w jaki sposób karmelita wyobrażał sobie to, zapowiedziane na kolejne dekady, wielkie nawrócenie.
Jego wizja opierała się bowiem na szeregu swoistych założeń.
Po pierwsze, o. Eliasz uważał, że jedną z przyczyn trudności w nawracaniu wyznawców judaizmu, zwłaszcza od czasu ich rozproszenia jako diaspory po całej chrześcijańskiej Europie, była kwestia asymilacji. Przyjęcie chrześcijaństwa stało się wszakże jednoznaczne z odejściem od życia narodowego i porzuceniem dotychczasowej tożsamości. W odpowiedzi na to, o. Friedman sformował środowisko, mające – zgodnie z jego nadziejami – przeciwdziałać podobnym obawom. Tak oto powstało Association of Hebrew Catholics (ACH).
Zgodnie z założeniami założyciela, AHC skupia konwertytów z judaizmu, pozwalając im zachować żydowskie zwyczaje kulturowe, w tym szabat czy praktykowanie wieczerzy paschalnej. Na jednym z takich wydarzeń gościć miał u obecnego szefa stowarzyszenia – notabene, konwertyty z judaizmu, Davida Mossa – sam kard. Raymond Leo Burke. Środowisko jest dziś bardzo aktywne. Publikuje na przykład artykuły, w których sprzeciwia się „teologii równoległych przymierzy”, trafnie krytykując przedstawianie judaizmu rabinicznego jako uprawnionej religii.
Można wszakże wskazać również pewne niepokojące uzupełnienia tego przekonania. Widząc istotną przyczynę oporu Izraela przeciw wierze w obawie przed asymilacją, o. Friedman doszedł do wniosku, że ustanowienie państwa żydowskiego stanowić będzie dla Żydów wstęp do konwersji. A że nawrócenie Żydów wiąże się z zapowiedziami paruzji i powtórnego przyjścia Chrystusa, karmelita nadawał utworzeniu Państwa Izrael rangę wydarzenia eschatologicznego. Założeniu temu towarzyszyło również religijne odczytanie Holokaustu. Friedman sądził, że tragedia ta była spowodowana odrzuceniem Mesjasza przez Izrael. W obecnych prześladowaniach Żydzi mieli, zdaniem karmelity, doświadczyć kaźni podobnej do tej, która spadła na umęczonego Chrystusa; przez to mieli również pojąć bliskość swoich losów z niesłusznie odrzuconym Synem Bożym, a wreszcie zwrócić się do Niego.
W konsekwencji stworzone przez o. Friedmana środowisko łączy dziś poprawną krytykę prób legitymizacji judaizmu rabinicznego z pewnymi przejawami ostrego syjonizmu. Trzeba przyznać, że takie podejście – przypominające protestancki chrześcijański syjonizm – owocuje nieszczęsną ideologizacją polityki… Wystarczy wgłębić się w działalność któregoś z prominentnych przedstawicieli AHC, na przykład Roya Schumana, aby obok historii o przyjęciu wiary katolickiej natrafić na materiały o „antyizraelskich propagandowych kłamstwach” ze Strefy Gazy…
Choć o. Friedman i jego spadkobiercy odczytują wezwanie Żydów do przyjęcia religii Chrystusowej ortodoksyjnie, to już na obietnice Starego Testamentu dotyczące pomyślności Izraela spoglądają dość osobliwie. Widzą w nich mianowicie nie tylko figury ukrywające zapowiedzi o treści religijnej, ale rzekomo rzeczywiste gwarancje Opatrzności dla Żydów…
Przed niebezpieczeństwem takiego „prowidencjalistycznego” spojrzenia na państwo Izrael ostrzegał inny konwertyta – urodzony w egipskiej Aleksandrii Jean de Menasce. Przed swoim chrztem był on aktywnym działaczem syjonistycznym. Niedługo potem wstąpił jednak do Zakonu Kaznodziejskiego, ostatecznie zajmując się m.in. kwestiami misjologii.
Ten nawrócony członek wpływowej rodziny żydowskiej odegrał w II połowie XX wieku ważną rolę w polemikach wokół relacji katolicko-żydowskich. Dyskutował zwłaszcza z Jacquesem Maritainem, szeroko rozpoznawalnym francuskim filozofem o olbrzymich wpływach. Maritain również sądził, że przywrócenie Państwa Izrael można by postrzegać w kategoriach opatrznościowych. De Menasce przytomnie ostrzegał, że takie interpretacje doprowadzić mogą do sakralizacji ziemskich celów politycznych. Sam nie był wprawdzie przeciwnikiem państwa żydowskiego w Palestynie, postrzegał je jednak… właśnie jako państwo, a nie coś więcej. Interpretował jego rolę w kategoriach prawnych i przyrodzonych.
Teologiczny zamęt
Porównanie sylwetek konwertytów z czasów sprzed i po II połowie XX wieku niestety nie budzi optymizmu. Podczas gdy w przypadku Zolli’ego, Edyty Stein czy braci Ratisbonne odnajdziemy zasadniczo niewiele rozbieżności, to już postaci o. Friedmana, o. Rufeisena, czy o. De Menasce’a ukazują całkowicie różne spojrzenia. Nieraz, jak w wypadku dwóch karmelitów z klasztoru Stella Maris, łączy je raczej zaciekła wrogość, aniżeli jedność wiary.
Czym jest judaizm? Odpowiedzi są różnie. Czy Żydzi muszą się nawracać? Tutaj również nie znajdujemy zgodności. A pytań jest więcej. Czy obietnice Starego Testamentu można odnosić do polityki państwa Izrael? Czy ma ono znaczenie w perspektywie zbawienia?...
Pojawia się wiele kontrowersji. Przesłaniają one jednak prostą świadomość konwertytów sprzed kilku dekad. Wiedzieli oni tylko tyle, że Stary Testament był zapowiedzią Chrystusa, którego należy z miłością przyjąć.
Rozbieżności nie wróżą dialogowi chrześcijańsko-żydowskiemu większego powodzenia. Jeśli tyle uwagi poświęca się wzajemnym relacjom tych dwóch stron, świadomość zagadnienia powinna stawać się lepsza, a sprawa jaśniejsza. Dzieje się jednak odwrotnie. Pomimo staranności w budowaniu dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, głównie za sprawą organizowanej całej masy wydarzeń i deklaracji, zamiast lepszych narzędzi głoszenia Chrystusa mamy zażarty spór teologiczny i… pluralizm. Czemu w zasadzie służyłby taki „dialog”? Może tylko ocieplaniu wizerunku i budowaniu pozorów.
Niestety, tak kończy się próba wprowadzania do refleksji teologicznej „poprawności”, która miałaby usunąć z niej rzekomy mityczny antysemityzm. W efekcie borykamy się z utratą właściwej funkcji i zaburzeniem zrozumiałej natury refleksji religijnej. Teologia nie jest miejscem na polit-poprawne eksperymenty. A „teologowie”, którzy zarzucają klasycznej katolickiej refleksji rzekomy „antysemityzm”, niech wpierw lepiej ochłoną, zamiast od razu brać się za przebudowę treści wiary. Bo, jak widać, im więcej ich wysiłków, tym owoce okazują się bardziej paskudne.
Filip Adamus








