Z powodu awarii systemu przeciwpożarowego w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Mysłowicach doszło do poważnego zalania, a relacje ze świątyni przypominały klęskę powodzi. Przez ostatnie dni Ks. Proboszcz Krzysztof Kasza skupiony był wyłącznie na ratowaniu murów świątyni. Dziś, po raz pierwszy od dramatycznej soboty, przerywa milczenie i w szczerej rozmowie opowiada o szczegółach walki z żywiołem, kontrowersyjnych przepisach i nadziei, którą dali mu parafianie
Księże Proboszczu, o której godzinie dowiedział się Ksiądz o tej dramatycznej sytuacji i jak wyglądały te pierwsze, krytyczne minuty walki z żywiołem w kościele?
O godzinie 6:21 zadzwonił do mnie organista. W wielkim pośpiechu założyłem polar, kurtkę i natychmiast pobiegłem do kościoła. Moim pierwszym celem było odnalezienie głównego zaworu doprowadzającego wodę do hydrantu. Choć udało mi się wszystko zakręcić, maszyna wciąż pracowała, ponieważ była pod napięciem. W tym ogromnym stresie trudno było się połapać, który przycisk należy nacisnąć – nikt nas wcześniej nie przeszkolił, bo fachowcy zapewniali, że system funkcjonuje bezobsługowo. Praktycznie w tym samym momencie dzwoniłem już na numer alarmowy. Straż Pożarna przyjechała błyskawicznie, w niecałe dziesięć minut. Strażacy zadziałali profesjonalnie i natychmiastowo: odcięli dopływ prądu w całym obiekcie, wyłączając wszystkie bezpieczniki na tablicy rozdzielczej.
Wesprzyj nas już teraz!
Kiedy udało się już opanować wyciek, ukazał się ogrom strat. Jak wyglądało wnętrze świątyni i dokąd dotarła woda?
Nasz kościół jest lekko nachylony w stronę prezbiterium, dlatego woda, która płynęła od wejścia aż pod sam ołtarz, spiętrzyła się na wysokości pierwszego stopnia. Cała nawa główna była zalana. Woda wdarła się dosłownie wszędzie: pod ławki, konfesjonały i klęczniki. Wszystkie te drewniane elementy wyposażenia stały w wodzie. Najgorsze było to, że woda uciekająca z pękniętego hydrantu w wieży kościoła, płynęła kaskadami po ścianach – zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz budynku. Zalane zostały dwie stacje Drogi Krzyżowej oraz boczny ołtarz św. Judy Tadeusza. Widok tej niszczycielskiej siły żywiołu wewnątrz świątyni był naprawdę przygnębiający.
Jak długo trwał ten wyciek i jak przebiegała akcja wypompowywania wody ze świątyni?
Szacujemy, że woda mogła płynąć przez około pół godziny. Hydrant podaje ją pod ogromnym ciśnieniem – z prędkością około 7 m3 na minutę. Licznik wskazał zużycie na poziomie 173 tysięcy litrów. Kiedy strażacy dotarli na miejsce, natychmiast rozpoczęli wypompowywanie. Gdy poziom wody opadł na tyle, że pompy nie mogły już jej zasysać, pozostałe „lustro” wody usuwano ręcznie – dosłownie zgarniano ją łopatami w stronę urządzeń ssących. Bardzo szybko przyszło wsparcie. Na miejscu niemal natychmiast pojawiła się firma elektryczna, Zakład Oczyszczania Miasta, MPWiK oraz władze miasta. Zainteresowanie i chęć pomocy były ogromne. Elektrycy od razu przystąpili do sprawdzania instalacji, co w tamtym krytycznym momencie było absolutnie kluczowe dla bezpieczeństwa wszystkich osób pracujących w kościele.
Skąd w zabytkowym obiekcie wziął się tak nowoczesny i – jak się okazało – niszczycielski system hydrantowy?
To pokłosie głośnego pożaru katedry Notre-Dame. Po tamtej tragedii zarządzono kontrole obiektów sakralnych. W naszym regionie objęto nimi cztery parafie: Dziećkowice, Krasowy, Brzęczkowice i naszą. Nakazano nam montaż systemu przeciwpożarowego. Próbowaliśmy argumentować, że wystarczy zwiększenie liczby gaśnic, ale ze względu na kubaturę kościoła i trudne dojścia, straż pożarna nie wyraziła na to zgody. Wymogiem stały się hydranty, w tym – co mnie zaskoczyło – hydrant umieszczony wysoko w wieży. Przepisy mówią jasno: odległość między nimi musi być taka, by strumienie wody się zazębiały.
Cała instalacja oparta jest na specjalnych rurach ciśnieniowych łączonych zaciskowo, podobnie jak w nowoczesnych gazociągach. Walczyliśmy o to, by były to tzw. „suche piony”, czyli rury, w których woda pojawia się dopiero w momencie pożaru. Niestety, wymogi odbiorowe były nieubłagane – rury muszą być stale pod ciśnieniem. System przeszedł pomyślne testy, wszystko funkcjonowało bez zarzutu, a rury były ogrzewane, by zapobiec zamarzaniu. Fachowcy twierdzą nawet, że mróz nie powinien być przyczyną, bo prędzej pękłby mosiężny śrubunek niż sama złączka. A jednak stało się. Przy takim ciśnieniu, gdzie wypływa 7 kubików na minutę, te 170 tysięcy litrów wylało się w niecałe pół godziny. Możemy tylko dziękować Bogu, że organista przyjechał pod kościół po szóstej rano, a nie później.
W obliczu tak wielkich strat materialnych, zalanych murów i zniszczonych zabytków, łatwo o poczucie żalu czy pytanie: „Dlaczego my?”. Jak Ksiądz patrzy na to wydarzenie z perspektywy wiary?
Nie miałem pretensji do Pana Boga. Przeciwnie – mówiłem: „Panie Boże, dziękuję, że stało się to nad ranem, a nie w nocy, gdy nikt by tego nie zauważył”. Zawsze powtarzam pytanie: „Czego mam się z tej lekcji nauczyć?”. Pan Bóg nie jest winien awarii. To mógł być błąd ludzki, a może po prostu wada fabryczna jednej z tysięcy złączek, której nie dało się dostrzec przy montażu.
To doświadczenie dla nas wszystkich. Arcybiskup również podkreślał, że choć pytamy „dlaczego?”, to musimy szukać w tym drogi do bycia bliżej Jezusa. Bez Niego nic nie jesteśmy w stanie uczynić. To zdarzenie przypomina nam: „Człowieku, widzisz? Może powinieneś się teraz bardziej zmobilizować, być bliżej Boga?”. Bo to my potrzebujemy Jego, a nie On nas. Kiedy jesteśmy przy Nim, to my się zmieniamy, stajemy się lepsi. On pozostaje niezmienny w swojej miłości do nas. To lekcja pokory, która uświadamia nam naszą kruchość wobec żywiołu, ale też siłę, jaką daje wspólnota zgromadzona wokół ołtarza – nawet tego zalanego wodą.
Walka z wilgocią w tak dużym, zabytkowym obiekcie to wyścig z czasem. Skąd udało się tak szybko pozyskać specjalistyczny sprzęt do osuszania świątyni?
Obecnie mamy w kościele mnóstwo osuszaczy. Te pierwsze przyjechały do nas bezpośrednio z miejskiego biura zarządzania kryzysowego. Choć straż pożarna nie posiada ich na stałym wyposażeniu, to dzięki błyskawicznej decyzji władz miasta, zostały one natychmiast wydane z magazynów i dostarczone na miejsce. Razem z nimi przywieziono nagrzewnice spalinowe.
Pomoc płynie z wielu stron. Kolejne firmy dostarczają nam dodatkowe nagrzewnice, a wsparcie ze strony Zakładu Oczyszczania Miasta czy MPWiK jest nieocenione. Pracownicy tych instytucji od samego początku są z nami – to konkretna, fizyczna pomoc ludzi, którzy ramię w ramię z parafianami ratują naszą świątynię. Dzięki temu ogromnemu zaangażowaniu miasta i służb, proces osuszania ruszył pełną parą praktycznie zaraz po wypompowaniu wody.
Jak w praktyce wygląda „operacja” osuszania?
Solidarność jest niesamowita. Parafianie od razu zadeklarowali: „My to udźwigniemy, wspólnie odbudujemy nasz kościół”. Już w niedzielę ruszyła wielka zbiórka. Bardzo pomogły nam też władze Sosnowca – dostarczono nam profesjonalne, duże osuszacze i nagrzewnice. Cały ten sprzęt musi być pod stałym nadzorem. Nagrzewnice spalinowe pracują na olej napędowy, więc musimy pilnować poziomu tlenku węgla, by nikt się nie zatruł. Jak to mówię pół żartem, pół serio: żeby nikt nie trafił do nieba z powodu „czadowej” śmierci. Dlatego podczas nabożeństw urządzenia są wyłączane.
Eksperci od osuszania doradzili nam stworzenie specjalnego „tunelu”. Odizolowaliśmy dolną część chóru grubą folią, aby tam maksymalnie podnieść temperaturę i skoncentrować działanie sprzętu. Efekt jest widoczny gołym okiem: w kościele mamy około 9 stopni, a wewnątrz tego foliowego tunelu aż 19. Osuszacze pracują pełną parą, wyłapując wilgoć z powietrza. Musimy tylko stale pilnować zbiorników z wodą i regularnie je opróżniać, by ta wilgoć nie wracała na posadzkę. To żmudna praca, ale konieczna, by uratować mury i instrument.
Znana jest już choćby przybliżona skala strat materialnych?
Strażacy pytali mnie o koszty, ale na ten moment nikt nie jest w stanie ich rzetelnie oszacować. Patrząc na ogrom zniszczeń, mogą to być kwoty idące w miliony złotych. Musimy przywrócić świątyni jej pierwotną formę, a to wymaga specjalistycznych prac konserwatorskich. Jednak zanim cokolwiek zaczniemy, mury muszą porządnie wyschnąć – dopiero wtedy ukażą się realne uszkodzenia. W czwartek spotykam się z ubezpieczycielem, rzeczoznawcą oraz architektem. Na miejscu będzie też wykonawca instalacji, który sam nie potrafił powstrzymać łez. Przecież wszystko było zrobione zgodnie z wytycznymi, odebrane przez głównego strażaka, sprawdzone pod ciśnieniem. A jednak coś zawiodło…
Musimy zadać pytanie o sens montowania wysokociśnieniowych hydrantów wewnątrz zabytkowych kościołów, zwłaszcza wysoko w wieżach. Czy system, który ma chronić przed pożarem, nie staje się „bombą wodną”, która przy najmniejszej awarii niszczy to, co przetrwało wieki? Moim zdaniem kluczowe powinny być hydranty zewnętrzne, pozwalające strażakom bezpiecznie wejść do akcji, a nie instalacje, które mogą zalać kościół w pół godziny.
Wierni mogą już bezpiecznie wchodzić do świątyni?
Sytuacja jest pod kontrolą ekspertów. Odwiedził nas Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego, który zdecydował, że część kościoła, gdzie lała się woda, musi pozostać odizolowana. Kluczowa była jednak opinia pana profesora Łukasza Drobca – wybitnego eksperta, który po oględzinach stropów i ścian w naszym „tunelu grzewczym” wystawił oficjalną opinię, że w kościele można bezpiecznie przebywać i odprawiać nabożeństwa. Mamy więc solidną podstawę merytoryczną, mimo że na zewnątrz ktoś – być może w nadgorliwości – powiesił tablicę o „groźbie zawalenia”. Zapewniam: w kościele jest bezpiecznie i Msze święte będą się odbywać.
Czuje Ksiądz wsparcie wspólnoty i władz kościelnych?
W tych trudnych chwilach nie zostaliśmy sami. Arcybiskup odwiedził nas, by modlić się z nami i za nas, co było ogromnym wsparciem duchowym. Apelował też o pomoc materialną, bo straty są potężne i ucierpiało praktycznie wszystko. Kuria ubezpiecza wszystkie parafie, więc proces odszkodowawczy już ruszył, ale potrzeby i tak będą ogromne. Potrzebujemy teraz każdej formy wsparcia, zarówno modlitewnego, jak i finansowego, by przywrócić blask naszej świątyni.
Jakie są obecnie najpilniejsze potrzeby parafii?
Teraz najważniejsze są pieniądze na doraźne ratowanie murów. Samo paliwo do nagrzewnic to koszt rzędu tysiąca złotych na dobę. Od soboty wydaliśmy na ten cel już około 3,5 tysiąca złotych, a licznik bije dalej. Czekam na rozmowy z konserwatorem zabytków, bo to od decyzji konserwatora będzie zależeć w jakim kierunku pójdą dalsze prace.
Tragedia w mysłowickiej świątyni pokazała niezwykłą siłę wspólnoty, ale też uświadomiła wszystkim, jak krucha może być materia wobec żywiołu. Choć woda została już wypompowana, a kościół wypełnił się szumem osuszaczy, prawdziwa skala zniszczeń wciąż pozostaje zagadką. Najważniejszym głosem podsumowującym ten trudny czas są słowa Arcybiskupa Andrzeja Przybylskiego, który po osobistej wizycie w parafii przestrzegł przed przedwczesnym optymizmem: – Trudno jest mówić jeszcze o konkretach, bo tak naprawdę największe szkody mogą być niewidoczne. Myśmy widzieli rozlaną wodę, natomiast nie wiemy do dzisiaj, jaki rozmiar szkód uczyniła ona w ścianach czy instalacjach – podkreślił Metropolita.
Mimo tej niepewności, z Mysłowic płynie jasny przekaz: parafia nie została sama. Dzięki błyskawicznej pomocy samorządów, ofiarności ludzi, którzy ruszyli z mopami i wiaderkami, oraz doraźnemu wsparciu Kurii, pierwszy etap ratowania zabytku został zakończony. Teraz, gdy instalacje schną, a rzeczoznawcy przygotowują kosztorysy, pozostaje czekanie na „rozwiązania systemowe” i dalsza mobilizacja. Bo choć – jak mówi Arcybiskup – straty będą „całkiem spore”, to fundamentem odbudowy pozostaje braterstwo i solidarność, których nie zdołał zalać żaden żywioł.
Dziękuję za rozmowę
Tekst Marta Dybińska
Zdjęcia: Kamil Capała, organista NSPJ




