Odkąd kandydat Partii Demokratycznej Joe Biden objął urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, nie minęło jeszcze umowne w świecie polityki sto dni. I choć czas to niewielki, to wystarczający by dostrzec kierunek, w którym dryfują Stany Zjednoczone. To m.in. lewicowy mesjanizm w polityce zagranicznej, kult ekologii, promocja aborcji i mniejszości seksualnych oraz ostrzejsza walka z pandemią koronawirusa.
Jakie sprawy są najważniejsze dla prezydenta Stanów Zjednoczonych? Geopolityka? Reakcja na kryzys ekonomiczny? Nic z tych rzeczy! Kluczowa kwestia to inkluzywne toalety w szkołach. A konkretnie prawa uczniów uznających się za uczennice do nachodzenia w nich koleżanek. Jak bowiem inaczej rozumieć fakt, że już w pierwszym dniu prezydentury Joe Biden ogłosił – dostępny na stronie Whitehouse.gov – dekret, w którym zarządził, że „należy pozwolić dzieciom uczyć się bez martwienia o odmowę dostępu do łazienki, ubikacji czy szkolnych sportów”?
Wesprzyj nas już teraz!
Jak czytamy w dokumencie dotyczącym „zapobiegania i zwalczania dyskryminacji na podstawie tożsamości genderowej lub orientacji seksualnej”, Joe Biden zainteresował się również dorosłymi. Według zapowiedzi prezydenta powinni oni „otrzymać możliwość zarabiania na życie i realizowania powołania wiedząc, że nie zostaną zwolnieni, zdegradowani lub źle potraktowani z powodu niedostosowania ich ubioru do stereotypów płciowych”. Czytamy ponadto, że „ludzie powinni otrzymać prawo dostępu do opieki zdrowotnej i bezpiecznego dachu nad głową bez podporządkowania się dyskryminacji seksualnej. Wszystkie osoby powinny być równo traktowane przez prawo, bez względu na tożsamość genderową lub orientację seksualną”. Nawet sprawność wojska nie stanowi dla Joe Bidena wystarczającego argumentu do rezygnacji ze swych ideologicznych uroszczeń. 25 stycznia Joe Biden uchylił zakaz sprawowania służby wojskowej przez transseksualistów.
Choć może to budzić śmiech, to w rzeczywistości sprawa jest poważna, pokazuje bowiem, że kwestia gender stanowi dla amerykańskiego prezydenta rzecz bez mała kluczową, a Amerykanie zamierzają maszerować w awangardzie genderowej rewolucji. Rewolucji, o której Benedykt XVI mówił, że „tam, gdzie wolność działania staje się wolnością czynienia siebie samego, nieuchronnie dochodzi do zanegowania Stwórcy, a przez to ostatecznie dochodzi także do poniżenia człowieka w samej istocie jego bytu, jako stworzenia Bożego, jako obrazu Boga. W walce o rodzinę stawką jest sam człowiek. I staje się oczywiste, że tam, gdzie dochodzi do zanegowania Boga, niszczy się także godność człowieka”. Bez względu na deklaracje „katolickości”, walka z Bogiem i godnością człowieka stanowi niestety priorytet administracji Joe Bidena.
Polityka zagraniczna
Polityczna poprawność wyznacza także kierunki polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. 4 lutego w przemówieniu w Departamencie Stanu amerykański prezydent zapowiedział dalsze forsowanie lewicowej agendy obyczajowej, jak również ideowe zaangażowanie USA w sprawy globalne. Wezwał też do międzynarodowej współpracy przy zwalczaniu autorytaryzmu.
Biden zdecydował się ponadto zwiększyć limit uchodźców i imigrantów przyjmowanych przez Stany Zjednoczone. Za Donalda Trumpa wyniósł on 15 tysięcy, tymczasem Biden zwiększył go do 125 tysięcy. Nowy prezydent zapowiedział również zamrożenie rozpoczętego przez jego poprzednika planu wycofywania wojsk ze Stanów Zjednoczonych. Zapowiedział również wstrzymanie się od wsparcia dla działań Arabii Saudyjskiej w Jemenie, w tym dostaw uzbrojenia. Amerykanie nie zamierzają być jednak bierni pod względem wojskowym. 25 lutego amerykańskie siły powietrzne dokonały nalotów na infrastrukturę używaną przez wspierane przez Iran grupy bojowników we wschodniej Syrii. Zniszczono infrastrukturę Kata’ib Hezbollah i Kata’ib Sayyid al-Shuhada. Według Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka zginęło ponad tuzin zwolenników Iranu.
Istotnym aspektem polityki zagranicznej Joe Bidena okaże się także walka z „globalnym ociepleniem”. To także odwrót od działań Donalda Trumpa, bowiem poprzedni prezydent sprzeciwiał się nakładom na walkę z emisją CO2, działając w interesie pokaźnej części jego elektoratu zatrudnionego w przemyśle. Kolejnym kierunkiem działań dyplomatycznych, istotnych dla obecnego prezydenta, jest przyjaźń amerykańsko-kanadyjska. Sam Trudeau jako pierwszy pogratulował Bidenowi zwycięstwa. To właśnie do Justina Trudeau Biden wykonał pierwszy telefon jako prezydent Stanów Zjednoczonych. – USA nie mają bliższego przyjaciela niż Kanada – zapewniał Biden z rozmowie z kanadyjskim premierem. – Dlatego to do pana wykonałem pierwszy telefon jako prezydent i z panem odbywam pierwsze dwustronne spotkanie – dodał cytowany przez „Rzeczpospollitą” prezydent. Premier Kanady wyraził zadowolenie z powodu zaangażowania w sprawy klimatyczne, gdyż – jak zauważył – podczas prezydentury Trumpa światu brakowało przywództwa klimatycznego. Amerykańsko-kanadyjskiego zbliżenie wiązać należy mniej z geopolityczną kalkulacją, a więcej z bliskością światopoglądową. Zarówno Joe Biden jak i Justin Trudeau, choć jeden w wieku emerytalnym a drugi stosunkowo młody, to modelowi politycy współczesnej lewicy. A właściwie to… lewactwa. Obydwaj popierają walkę z emisją CO2 i sprzeciwiają się zasadom prawa naturalnego w sprawach aborcji i homoseksualizmu. Obydwaj są do bólu politycznie poprawni.
Pod wieloma względami Joe Biden zrywa zatem z wizją Donalda Trumpa opartą na skupieniu się na interesie narodowym, odejściu od radykalnego „demokratycznego” zaangażowania w sprawy innych państw i ograniczeniu napływu imigrantów. Demokrata nie ukrywa, że zamierza przywrócić amerykańskie przywództwo na świecie, a to w kontekście jego poglądów i padających z ust światowych elit słów o Nowej Normalności czy Wielkim Resecie może tylko budzić obawy. Tak rozumiana dominacja Stanów Zjednoczonych umocni bowiem dokonującą się na naszych oczach transformację w kierunku systemu technokratycznego, zarządzanego przez informatyczne i farmaceutyczne korporacje. Wbrew pozorom Chiny nie staną tu na straconej pozycji, w tym kontekście symboliczny jest wprowadzony przez Bidena zakaz łączenia Państwa Środka z koronawirusem. Wbrew buńczucznym zapowiedziom, Chiny i USA mogą za Bidena żyć we względnej harmonii. Na postrach obywatelom.
Wygrana Joe Bidena zwiastuje natomiast problemy dla Polski. Za rządów PiS nasza polityka zagraniczna postawiła wszystko na jedną, amerykańską kartę. Gdy Polskę szkalowano na forum Unii Europejskiej z powodu „problemów z praworządnością”, zawsze pozostawała możliwość odwołania się do Wujka Donalda. Ten wprawdzie miał inne, ważniejsze dlań sprawy na głowie, ale przynajmniej stanowił jakąś opcję. Czasem na przykład rugał kraje Europy zachodniej choćby z powodu zbyt małych funduszy na obronność. Satysfakcja Polaków z tego powodu okazywała się głównie symboliczna, ale teraz trudno liczyć nawet i na to. Lewicowa pętla zaciska się nad polską szyją, a innych potencjalnych sojuszników nie bardzo widać – może za wyjątkiem państw z Grupy Wyszechradzkiej. To jednak już temat na inny artykuł.
Marcin Jendrzejczak