Amerykańska Rezerwa Federalna (popularny Fed) to chyba najpotężniejsza instytucja finansowa i ekonomiczna w ogóle. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych, lecz na całym świecie. Ten półprywatny bank centralny odpowiada za podaż dolara, stanowiącego nie tylko walutę amerykańską, lecz główną walutę rezerwową świata. Dlatego też istotne jest poznanie podstawowych mechanizmów jego działania.
Fed nie jest pierwszym bankiem centralnym, który powstał na terytorium Stanów Zjednoczonych. Pierwszy Bank Stanów Zjednoczonych istniał w latach 1791-1811 a drugi w latach 1816-36. Były to jednak instytucje zaprojektowane tylko na 20 lat, a ich licencji nie przedłużono. Tymczasem obecny bank centralny – Rezerwa Federalna – działa nieprzerwalnie od 1913 roku.
Wesprzyj nas już teraz!
Jak zauważa Aleksander Piński na łamach Obserwatora Finansowego 22 listopada 1910 roku Nelson W. Aldrich (teść Johna D. Rockeffelera juniora) wraz z 6 współpracownikami przybył do klubu na wyspie Jekyll w stanie Georgia. Tam też zamiast oficjalnego polowania na kaczki stworzyli projekt powołania Systemu Rezerwy Federalnej. Projekt cieszył się społecznym poparciem za sprawą doskonale zorganizowanej i rozpoczętej już znacznie wcześniej akcji propagandowej i ukazaniu banku centralnego jako przyjaciela zwykłych ludzi i remedium na bankierską chciwość. W efekcie z niewielkimi tylko zmianami został przyjęty przez Kongres i w listopadzie 1914 roku wszedł w życie. Stworzenie takiego banku spełniało sen potężnych bankierskich rodów Morganów i Rockefellerów, dzięki czemu porzucili oni dawne waśnie.
Jak podaje Bank Rezerwy Federalnej San Francisco [frbsf.org] struktura Fed jest dwuczłonowa. Na czele znajduje się 7-osobowy zarząd rezydujący w Waszyngtonie. Jego członkowie mianowani przez prezydenta i zatwierdzani przez Senat piastują 14-letnie kadencje. W ramach zarządu prezydent za zgodą Senatu mianuje przewodniczącego i 2 wiceprzewodniczących na 4-letnie kadencje (istnieje możliwość ponownego sprawowania tego urzędu). Z kolei na niższym szczeblu znajduje się 12 regionalnych banków z siedzibami w Boston, New York, Philadelphia, Cleveland, Richmond, Atlanta, Chicago, St. Louis, Minneapolis, Kansas City, Dallas i San Francisco.
Istotną rolę w decyzjach Rezerwy Federalnej odgrywa też Federalny Komitet Otwartego Rynku (Federal Open Market Committee) złożony z 12 członków z prawem głosu. 7 to członkowie zarządu centralnego, a 4 to zmieniający się na drodze rotacji prezesi lokalnych banków zrzeszonych w Fed (pozostali uczestniczą bez prawa głosu). 12 członkiem jest na stałe prezes nowojorskiego Fedu, jako szczególnie zaangażowanego w prowadzenie operacji otwartego rynku. To na tym szczeblu zapadają decyzje dotyczące poziomu stóp procentowych czy skupu papieru wartościowych powiązanego z tworzeniem pieniądza.
Twierdzenia jakoby Fed była prywatnym bankiem trącą teorią spiskową i jako takie bywają odrzucane. Oddajmy jednak głos samym zainteresowanym. Bank Rezerwy Federalnej San Francisco na swej stronie na pytanie „czy Rezerwa Federalna to prywatnie posiadana korporacja?” odpowiada „tak i nie. Rezerwa Federalna (Fed) cieszy się unikalną publiczno- prywatną strukturą działającą w ramach rządu, lecz wciąż względnie niezależną od niego […]”.
Ta niezależność banku centralnego od politycznej presji jest uzasadniona i istnieje również w Polsce. Jednak w USA 12 regionalnych banków Rezerwy Federalnej jest „zarejestrowanych jako prywatne korporacje. (Ich) członkowie zarządu i pracownicy nie są pracownikami służby cywilnej”. Akcjonariuszami tych banków są pomniejsze banki „członkowskie”, a więc zwykłe banki komercyjne.
Widzimy więc, że przedstawiciele tych „zarejestrowanych jako prywatne korporacje” banków, a w szczególności prezes banku nowojorskiego odgrywają istotną rolę w tworzeniu polityki monetarnej najpotężniejszego państwa świata. Czy rzeczywiście zawsze działają zgodnie z oficjalną wykładnią w interesie publicznym? Pozostawmy to pytanie Czytelnikowi.
Jak powstaje dolar?
W mediach często spotykamy się z twierdzeniami, że Fed dokonuje dodruku dolara, co sugeruje produkcję fizycznych banknotów. W praktyce dokonuje się to zazwyczaj przez skup papierów wartościowych (zasadniczo obligacji rządu emitowanych przez Departament Stanu) za pieniądze stworzone przez pociągnięcie klawiatury. W ten sposób do obiegu trafiają nowe nowe dolary, w razie potrzeby wymieniane na papierową wersję.
System ten wydaje się dziwny, jednak nie jest żadną tajemnicą. Przyznają to sami przedstawiciele Fed. Robert P. Murphy na łamach Mises.org przytacza (za G. Edwardem Griffinem) anegdotę dotyczącą przesłuchania szefa Rezerwy Federalnej Marrinera Ecclesa z 1941 roku. Przesłuchujący kongresmen Wright Patman zapytał skąd Fed wziął pieniądze na zakup obligacji rządowych za 2 miliardy dolarów, co nastąpiło w 1933 roku.
„Eccles: Stworzyliśmy je.
Patman: Z czego?
Eccles: z naszego prawa do tworzenia pieniędzy opartych na długu.
Patman: I nic nie stoi za nimi poza naszym rządowym zobowiązaniem kredytowym?
Exxles: Tak działa nasz system finansowy. Gdyby nie było w nim długów, nie byłoby żadnych pieniędzy”.
W ostatnich latach to tworzenie pieniądza przybrało iście gargantuiczne rozmiary. Przy okazji obecny prezes Fed – Jerome Powell również potwierdził ten mechanizm. W programie CBS „60 minut”. Poniżej fragment rozmowy za portalem independentrader.pl:
„Prowadzący: Można powiedzieć, że zalaliście system pieniędzmi?
Powell: Tak, można tak powiedzieć. Zrobiliśmy to.
Prowadzący: Skąd pochodzą te pieniądze? Drukujecie je?
Powell: Drukujemy je w postaci cyfrowej. Jako bank centralny mamy możliwość tworzyć pieniądze w wersji cyfrowej. Robimy to poprzez zakup bonów skarbowych czy obligacji. W ten sposób wzrasta podaż pieniądza”.
Jak zauważa Robert P. Murphy na łamach Mises.org „rząd i potężni bankierzy w 1913 roku stworzyli system pracujący zasadniczo w ten sposób: każdy dolar w monetarnej bazie (…) przychodzi na świat jednocześnie ze wzrostem długu publicznego w stosunku 1:1, co stanowi kolektywne zobowiązanie podatników. Następnie prywatne banki tworzą na podstawie tej bazy więcej dolarów (…), które przychodzą na świat w relacji 1:1 do długu publicznego”.
Zasadniczo zatem (pomijając pewne nadzwyczajne rozwiązania stosowane w ostatnich latach) pieniądz rządowy powstaje za pośrednictwem długu. I to nie byle jakiego długu, lecz długu rządowego, a więc zobowiązania wszystkich podatników. Warto przy okazji zauważyć, że Fed oddaje lwią część swoich zysków Departamentowi Skarbu. Część jednak (w praktyce kilka procent) trafia do banków członkowskich w postaci dywidend.
Wysokość zadłużenia
Powiązanie kreacji pieniądza z koniecznością powstawania nowego długu doprowadziło siłą rzeczy do zwiększania tego ostatniego. Proces ten przybrał na sile za sprawą współczesnych metod, w tym tak zwanej niekonwencjonalnej polityki monetarnej. W efekcie obecne zadłużenie Stanów Zjednoczonych wynosi ponad 27,6 biliona dolarów (27 682 228 608 521,37 USD), co oznacza około 125 procent PKB. Takiego poziomu USA nie osiągnęły nigdy – nawet w czasach II wojny światowej. Obecnie, szczególnie podczas prezydentury Bidena tendencja może okazać się jeszcze bardziej wzrostowa. W 2019 roku dług publiczny na obywatela wynosił 70 598 dolarów na obywatela – podaje portal countryeconomy.com. To jeszcze przed pandemią i związanymi z nią programami pomocowymi!
Ten dług w zasadzie nigdy nie zostanie spłacony. Nie istnieje takowa możliwość – odsetki będą istnieć dopóty, dopóki trwać będzie sam system. Departament Skarbu w porozumieniu z Fedem może natomiast zmniejszać jego wartość poprzez obniżanie wartości pieniądza. Z punktu widzenia wierzycieli oznacza to wprawdzie spadek realnych przychodów – także od obligacji, które wciąż posiada Fed. Ten jednak rekompensuje sobie ten proceder, gdyż jednocześnie wchodzi w posiadanie nowego oprocentowanego długu. Pamiętajmy bowiem: w normalnych warunkach nowy dolar powstaje wskutek zakupu obligacji rządowych przez Rezerwę Federalną za pieniądze stworzone z niczego (w ostatnich latach skupywane są także inne papiery wartościowe, np. obligacje korporacyjne). Z drugiej strony Fed oddaje większość swego zysku Departamentowi Skarbu, więc rząd jakby odbiera sobie lwią część odsetek od własnego długu.
Ze wzrostem długu w parze idzie zatem wzrost podaży pieniądza. Pewne wrażenie na ten temat daje bilans banku centralnego ukazujący jego aktywa i zobowiązania. W 2004-2008 wynosił poniżej biliona dolarów. W marcu 2021 roku przekroczył już 10 bilionów dolarów. Jeśli mimo to nie doszło do bardzo wysokiej inflacji, to stało się tak, ponieważ znaczna część nowych środków trafia na rynki finansowe pompując ceny akcji a nie dóbr konsumpcyjnych – zauważa portal Independenttrader.pl. Nie wszystkie są przeznaczane na ich konsumpcję. Ponadto dolar zachowuje mimo wszystko swą wartość, gdyż istnieje nań popyt nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ – prawdopodobnie za sprawą porozumienia Henry’ego Kissingera z Arabią Saudyjską na początku lat 70. – ceny ropy naftowej denominowane są w dolarze, nabywcy ropy muszą najpierw zaopatrzyć się w dolara. W 1971 roku Stany Zjednoczone jednostronnie zerwały wymienialność dolara na złota, a jego substytutem jest swego rodzaju „pokrycie” w ropie naftowej – na co zwraca uwagę Independenttrader.pl. Ponadto z racji wyjątkowej pozycji USA na arenie międzynarodowej dolar jest walutą rezerwową wielu banków centralnych, co również generuje nań popyt i chroni przed gwałtownym spadkiem wartości.
Oznacza to, że Stany Zjednoczone, w przeciwieństwie do jakiegokolwiek innego państwa, są w stanie prowadzić skrajnie „rozrzutną” politykę monetarną. Dzięki pozycji dolara niełatwo powtórzy się tam scenariusz z Zimbabwe. Jednak z powodu polityki monetarnej dolar jest siłą rzeczy słabszy, niż byłby bez niej, a ceny w nim wyrażone wyższe. Ktoś zatem musi tracić, choć nie jest to z pewnością Fed (tworzący wszak dolara niemal z niczego), ani amerykański rząd (demokratyczni politycy zyskują na krótką chwilę dzięki poprawie koniunktury, a po nich choćby potop). Ci, którzy wcześnie otrzymują nowy pieniądz zasadniczo zyskują (rynek jeszcze nie zdążył zareagować wzrostem cen). Najbardziej tracą późniejsi odbiorcy dolarów, którzy otrzymują je w momencie, gdy ceny zdążyły już wzrosnąć. Zjawisko znane jako redystrybucyjny efekt inflacji prowadzi zatem do bogacenia się jednych kosztem drugich, a w tym przypadku tymi „drugimi” są niekiedy podmioty spoza Stanów Zjednoczonych. Jednak także zwykli Amerykanie, którzy nie są wczesnymi odbiorcami nowego pieniądza tracą na tej zależności. Dlatego też niektórzy uznają, że rzeczywista inflacja w Stanach Zjednoczonych jest na wyższym poziomie, na czym szczególnie tracą osoby o stałych dochodach i oszczędzający. Inflacja jak mało co niszczy bowiem klasę średnią, co jest szczególnie niebezpieczne w przypadku czołowej światowej waluty, jak dolar.
Co zatem?
Powyższe może brzmieć nieco socjalistycznie, jednak chodzi tylko o analizę rzeczywistości, choć z racji miejsca nieco uproszczoną. Odrębną kwestią pozostaje natomiast reakcja na nią. Z pewnością nie jest właściwym rozwiązaniem wrogość wobec wolnorynkowego kapitalizmu. Chociaż amerykański Fed jest instytucją (pół)prywatną to opiera się na przywilejach państwowych. Nie ma to zaś wiele wspólnego z wolnym rynkiem, którego kluczową cechą jest nie tylko prywatna własność środków produkcji, dążenie do zysku i praca najemna, lecz również wolna konkurencja na równych zasadach. To właśnie dzięki tym, jak również dzięki opartym na chrześcijaństwie etyce kreatywności i ciężkiej pracy, kraje takie jak Stany Zjednoczone uzyskały swą dominującą pozycję w świecie. Do nich muszą powrócić, by znowu wykorzystywać ją w obronie wolności.
Marcin Jendrzejczak