14 maja 2021

Grosza daj aktorowi, sakiewką potrząśnij… czego nie powie ci Ilona Łepkowska?

Rząd chce, byśmy wszyscy dorzucili się do emerytur artystów. Dlatego postanowił rozszerzyć tak zwaną opłatę reprograficzną. Ma ona stanowić formę „społecznego mecenatu” kultury. Tyle, że nikt nie potrafi nam wytłumaczyć, dlaczego ów mecenat ma być przymusowy.

Podatek reprograficzny funkcjonuje w Polsce od dawna, zgodnie jednak z nowym pomysłem Ministerstwa Kultury, ma on zostać rozszerzony. Oczywiście najbardziej irytuje nas to, że obciążone nim zostaną kolejne sprzęty elektroniczne, w tym tak powszechnie nabywane laptopy, tablety, aparaty fotograficzne czy czytniki e-booków. Kłopot jednak w tym, że sam podatek – jak zresztą wiele danin – obciążony jest grzechem założycielskim. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni, dlaczego w ogóle mamy coś takiego płacić?

Bo każdy pijak to złodziej?

Wesprzyj nas już teraz!

„To złodziej! I pijak! Bo każdy pijak to złodziej!” – słynny cytat z filmu Barei „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” nasuwa się sam, gdy przyjrzymy się, czym w gruncie rzeczy jest opłata reprograficzna. Oskarżenie o złodziejstwo i pijaństwo padło we wspomnianym filmie w kierunku klienta sklepu, który był całkiem przyzwoitym człowiekiem, a domagał się po prostu przestrzegania higieny pracy w sklepie. W przypadku opłaty reprograficznej sytuacja jest nieco analogiczna: każdy z nas musi płacić za złodziejstwo, tyle że… potencjalne.

Wyobraźcie sobie państwo taką oto sytuację. Oto pewnego dnia przychodzi do was sąsiad i mówi: „od dzisiaj wszyscy mieszkańcy naszego osiedla w ramach czynszu zapłacą specjalną daninę na rzecz rowerzystów”. Gdy zaskoczeni pytacie dlaczego niby każdy musi płacić komuś za to, że jeździ na rowerze, słyszycie w odpowiedzi, że nie o samo jeżdżenie tutaj chodzi, ale o rower właśnie. Otóż zdarza się, że rowery przypinane do specjalnych stojaków są niszczone lub nawet kradzione. By zatem, w myśl logiki sąsiada, stało się zadość pokrzywdzonym, należy wprowadzić ogólną opłatę, w ramach specjalnego funduszu odszkodowawczego.

Z opłatą reprogaficzną jest podobnie. Pewnego dnia ktoś złożył, że każdy z nas kradnie. Każdy ściąga z internetu nielegalnie filmy czy muzykę, kopiuje książki lub zamiast kupować płytę pożycza ją od znajomego. W konsekwencji twórcy nie zarabiają, ponieważ są okradani. Dlatego należy im to wynagrodzić

Nie jest istotna powszechność zjawiska piractwa. Rząd nie przedstawił tutaj żadnych wyliczeń. A przecież liczne badania pokazują, że w ostatnich latach internauci przywykli do płacenia za treści w sieci. Związane jest to oczywiście z rozwojem platform streamingowych. Ale tutaj znowu pojawia się karkołomny argument: jeśli ktoś wykupuje abonament w takiej platformie, to na pewno udostępnia konto znajomym lub rodzinie. A to już uchodzi wśród artystów za – uwaga! – piractwo. Tak źle i tak niedobrze. Czegoś nie zrobisz, zostaniesz nazwany złodziejem

Planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej zmusi nas zatem do dorzucania się do pensji okradanych rzekomo artystów. Nie ma to nic wspólnego z mecenatem kultury, czyli dobrowolnym wspieraniem twórcy wynikającym z pragnienia obcowania i popularyzowania kultury wysokiej. Będziemy mieli w zmian do czynienia z prymitywną formą „karania” ludzi za zakupy, generowaniem inflacji a w efekcie – pogłębianiem się sporu między elitami a niższymi warstwami społecznymi.

Państwo zbiera – artyści wydają

Co się stanie z pieniędzmi oddanymi przez nas państwu za zakup laptopa? Część z nich (maks. 49 proc.), trafi do specjalnie stworzonego przez resortu kultury Fundusz Wsparcia Artystów Zawodowych. Domyślacie się państwo, czym będzie ów twór. Jeśli rząd zakłada jakiś fundusz to na pewno nie po to, by komukolwiek pomóc. Choć może inaczej: pomoże, owszem, ale zatrudnionym przy jego obsłudze urzędnikom, rozbudowując tym samym swoje zaplecze. Ponadto redystrybucja środków daje władzy możliwość nagradzania jednych a karania drugich. Nie po to przecież powstaje takich fundusz, by wspierał jakiegoś „antypolskiego” artystę, śpiewającego krytyczną wobec władzy  piosenkę, by przypomnieć cenzorskie szaleństwa aparatu PiS przy okazji emisji piosenki Kazika „Twój ból jest większy niż mój” w Polskim Radiu.

Ale to dopiero początek. Reszta pieniędzy zostanie rozdysponowana do stowarzyszeń takich jak ZAIKS czy ZPAV. Wpompowane tam ogromne pieniądze, będą wydawane de facto poza naszą kontrolą. Ich transparentność jest taka, jak wielu innych stowarzyszeń, a przecież mają one odgrywać znaczącą rolę w redystrybuowaniu państwowych – czyli naszych – pieniędzy.

O co zatem chodzi? O interesy artystów, którym ulega w tym przypadku minister Piotr Gliński. Nic dziwnego – sam poprzez swojego brata jest związany ze środowiskiem filmowców. W dodatku, delikatnie mówiąc, Gliński nie cieszy się szacunkiem twórców, zatem każda okazja jest dobra, by pozyskać sobie ich sympatię. Co z tego, że naszym kosztem, prawda?

Kogo naprawdę utrzymujemy?

Lobbujący za rozszerzeniem opłaty reprograficznej artyści sami podkreślają, że jest to konieczne, ponieważ wielu z nich otrzymuje głodowe pensje i nie ma co liczyć na godne emerytury. No dobrze, ale z drugiej strony od razu pojawia się pytanie: dlaczego tak się dzieje? I czy faktycznie utrzymywanie ich z pieniędzy państwowych jest rozwiązaniem tego problemu?

Nie neguję wartości kultury – wręcz przeciwnie. A jednak odczuwam pewien niepokój, gdy zabierane są nam pieniądze po to, by przeznaczyć je jakiejś bliżej nieokreślonej grupie artystów. By sztuka miała sens, musi powstawać dla kogoś. Dzieło dla dzieła jest pozbawione sensu. Nie twierdzę, że odbiorca powinien być masowy, ale artysta tworzący do przysłowiowej szuflady jest pozbawiony jakiejkolwiek siły kulturotwórczej. Obawiam się przy tym, że pieniądze z państwowej kasy będą przelewane na konta ludzi, zajmujących się propagowaniem obskurantyzmu a nie sztuką. Przykład teatrów czy rozmaitych wystaw z tak zwanymi kontrowersyjnymi instalacjami i innymi „dziełami sztuki” dowodzi, że w naszym kraju nie brakuje ludzi, dla których sztuką jest pokazanie gołego tyłka na scenie lub jąder na krzyżu. Czy naprawdę jest dobrym pomysłem, by zabierać nam pieniądze i przekazywać je bliżej nieokreślonym „artystom”, poza jakąkolwiek kontrolą?

Kolejny, istotny argument przeciwko opłacie reprograficznej w ogóle, to jej opłakane skutki gospodarcze. Owszem, łatwo jest powiedzieć, że uderza ona w „bogatych”. Tego typu prymitywna narracja PiS nie jest nowością. W mentalności polityków tej partii żywe jest przekonanie, że jeśli ktoś zarabia pieniądze to jest złodziejem. Nie pracodawcą i płatnikiem wyższych podatków, ale po prostu bandytą. Należy więc zabrać mu jeszcze więcej. Kłopot w tym, że opłata reprograficzna dotknie dystrybutorów sprzętu elektronicznego w Polsce. A to nie są wcale „wielkie koncerny”, o których mówi w tym przypadku PiS i sprzyjające mu media. Nałożenie na nich kolejnego podatku będzie skutkowało wyższymi cenami sprowadzanego przez te firmy sprzętu elektronicznego, a co za tym idzie, znacznie wzrosną jego ceny na rynku krajowym. Konsekwencje nietrudno przewidzieć: konsumenci uciekną do zagranicznych sprzedawców czy platform jak AliExpress, oferujących często niższe ceny. Wprowadzając zatem rozszerzoną i wyższą opłatę reprograficzną, polski rząd radykalnie obniża konkurencyjność polskich dystrybutorów elektroniki.

Ale to już nie ma znaczenia dla rzeczników tego podatków, takich jak chociażby Ilona Łepkowska. Oni chcą tylko jednego: wincyj pieniędzy, wincyj! Podlewają to sosem komunałów o solidaryzmie społecznym, zapominając, że sami celują w przedsiębiorców oraz konsumentów. A wszystko to odbędzie się też najprawdopodobniej kosztem samej kultury, którą czekać może dalsza degrengolada.

 

Tomasz Figura

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(15)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie