19 maja 2021

Pieniądze wyleją się na ulice? Nowy Polski Ład i jego konsekwencje

(Fot. Adam Chelstowski / Forum)

Nowy Polski Ład nieprzypadkowo nawiązuje do New Deal Roosvelta. Stanowi próbę zastosowania zasad rozdętego interwencjonizmu i wpompowywania w gospodarkę ogromnej ilości pieniędzy. Wiele wskazuje na to, że jego cienie przewyższą blaski.

Gdzie pojawiają się wielkie programy państwowe, tam pojawia się redystrybucja dochodu. Ktoś zyska, ktoś traci. „Jak mantrę premier i prezes PiS powtarzali hasło, że 18 mln osób ma skorzystać na owej redystrybucji dochodów. Ale kto za to zapłaci? Odliczając niemal 10 mln dzieci, oznaczałoby to, że w różnym stopniu złożyć się ma na to ok. 10 mln pozostałych Polaków” – zauważa Krzysztof Adam Kowalczyk na łamach „Rzeczpospolitej”.

Anna Cieślak-Wróblewska – również z „Rzeczpospolitej” – zauważa zaś, że na zmianach podatkowych skorzystają pracujący na umowę o pracę z zarobkami poniżej 5,5-6 tysięcy brutto; natomiast stracą zarabiający powyżej 10 tysięcy brutto. Z kolei wśród przedsiębiorców skorzystają dysponujący dochodem 4,5 tysięcy netto miesięcznie, a lepiej zarabiający stracą (chodzi o nawet 9 procent dodatkowego podatku). To właśnie ta grupa, wśród której nie znajdują się bynajmniej sami krezusi okaże się szczególnie stratną. To przykre, gdyż dochód przedsiębiorcy stanowi dowód na to, że dobrze zaspokaja on potrzeby klientów.

Wesprzyj nas już teraz!

Jednym z czołowych uzasadnień redystrybucji jest prawo malejącej użyteczności krańcowej. Im więcej ktoś posiada na przykład chleba, tym mniej potrzebuje kolejnych bochenków. To samo dotyczy pieniędzy. Te „nadmiarowe” dobra można więc przeznaczyć uboższym, dla których okażą się one ważniejsze. W ten sposób zwolennicy programów socjalnych uzasadniają, że koniec końców społeczeństwo więcej na nich zyskuje niż traci.

Zwolennicy tego argumentu zapominają jednak, że – jak zauważył Ludwik von Mises – niemożliwe jest porównywanie użyteczności między różnymi ludźmi. Owszem – dla Kowalskiego dziesiąty tysiąc złotych będzie mniej potrzebny niż pierwszy (i sam to może ocenić). Jednak porównanie czy bardziej tej gotówki potrzebuje Kowalski czy Nowak okazuje się technicznie trudniejsze.

Ważniejszą jednak sprawą jest, że redystrybucja od zamożniejszych do uboższych obniża motywację do bogacenia się. Jeśli bycie względnie ubogim staje się mało dokuczliwe (dzięki polityce państwa), to zamiast zwiększać dochody coraz więcej osób zacznie zadowalać się swoją sytuacją licząc na pomoc państwa (czyli przejście na utrzymanie zamożniejszej grupy). Ten spadek motywacji do pracy odbije się na dochodzie narodowym, a co więcej przyczyni się do konfliktów społecznych. Oczywiście obecny system podatkowy nakładał na uboższych nadmierne ciężary i w pewnym sensie PiS idzie w dobrym kierunku. Zmiany są jednak niedopracowane i stanowią niekiedy „wylanie dziecka z kąpielą”.

Warto też pamiętać, że Nowy Polski Ład to nie tylko redystrybucja od bardziej do mniej zamożnych, lecz również do obecnego pokolenia, a kosztem kolejnych pokoleń. Wiadomo, że na długu oparte będą fundusze unijne z Funduszu Odbudowy. Jeśli wpływy podatkowe nie wystarczą na pokrycie pozostałych pomysłów, to niewykluczone, że rząd również będzie zmuszony do pokrycia ich z zadłużenia. Za to zapłacą potomni.

Efektywność

Zwolennicy rozdętych inwestycji publicznych finansowanych z długu przyznają ten fakt (bo nie mogą inaczej). Twierdzą jednak, że korzyści z nich płynące przewyższą koszty. Inwestycje zaczną bowiem generować zwrot wyższy niż odsetki od długu. To jednak w wielu przypadkach wątpliwe zwłaszcza wtedy, gdy inwestycjami zarządza państwo. Wydając nie swoje pieniądze i nie ponosząc osobiście kosztów, rządzący nie dbają o ograniczenie marnotrawstwa. Gdy decydują się na taką a nie inną metodę alokowania funduszy nie kierują się tylko motywami ekonomicznymi, lecz również politycznymi (dogodzenie poszczególnym grupom wyborców, dobre wrażenie w mediach et cetera). Jeśli inwestycja A jest ekonomicznie bardziej opłacalna, ale inwestycja B zwiększy poparcie docelowej grupy obywateli, to polityk wybierze opcję B. Szczególnie jeśli jest to polityk demokratyczny, z zasady myślący w kategoriach najbliższych wyborów, a nie długofalowego dobra państwa.

Przejdźmy teraz do konkretnych rozwiązań Nowego Polskiego Ładu. Nie wszystkich, gdyż skala zjawiska nie pozwala na dogłębne omówienie w jednym tekście. Skupmy się więc na tych szczególnie rzucających się w oczy.

Umowy śmieciowe do śmieci

Problemem związanym z Nowym Ładem są również zapowiedzi likwidacji umów cywilnoprawnych. Jak powiedział Jarosław Kaczyński, „umowy śmieciowe, czyli umowy cywilnoprawne, zostaną od razu oskładkowane, ale dążymy to tego, aby w krótkim czasie powstał jeden model kontraktu pracy”. Zatem koniec z ulgami takimi jak wolne od podatków i składek umowy o dzieło. Koniec z wolnymi w niektórych przypadkach od składek umów zleceń. Mało tego. Wkrótce dojdzie do czegoś więcej. Jednolity kontrakt o pracę. Więcej składek, ale i więcej regulacji. Czyli więcej państwa.

Przypomnijmy, że walkę z umowami śmieciowymi spopularyzowano podczas kryzysu gospodarczego 2007-08, którego skutki odczuwał polski rynek pracy. To wówczas spopularyzowano też sam termin „umowy śmieciowe” – niepopularne z racji częstego nadużywania. Zawierano je bowiem w sytuacjach, w których charakter pracy wskazywał raczej na konieczność umowy o pracę. Umowy cywilnoprawne stały się środkiem ograniczania kosztów przez pracodawcę, a dla pozbawionych ich osób (często świeżych absolwentów) synonimem braku stabilności. Choć tego typu umowy okazywały się lepsze niż bezrobocie i niekiedy wynikały z ekonomicznej konieczności (problemy finansowe przedsiębiorstw), ich zła sława okazywała się częściowo uzasadniona. Pod koniec pierwszej dekady XX wieku i na początku drugiej na rynku pracy panował podział między osoby z umowami o pracę i działającymi na „śmieciówkach”.

Autorzy Polskiego Ładu zapominają jednak o starorzymskiej zasadzie abusus non tollit usum. Nadużycie nie znosi prawa do użycia. Umowy cywilnoprawne mają przecież istotną rolę do odegrania choćby w przypadkach jednorazowych zleceń. Czy artysta wykonujący jednorazowy koncert lub autor piszący pojedynczy artykuł czy książkę musi od razu wiązać się z zamawiającym czymś w rodzaju umów o pracę?

Uzależnienie artystów?

Właśnie artyści. Podobnie jak wszelkiego rodzaju intelektualiści i twórcy są to często osoby mające problemy ze znalezieniem stałego źródła utrzymania na wolnym rynku. Upraszczając – masowy konsument woli wołowinę niż książkę; nowe buty niż płytę z muzyką alternatywną. Szczególnie w czasach, gdy treści te można nielegalnie (czego nie pochwalamy) pobrać z internetu. Dlatego też (poza nielicznymi wyjątkami), intelektualiści w szerokim rozumieniu – w tym artyści – są skazani na niestabilność i problemy finansowe na wolnym rynku. Z kolei dla państwa są szczególnie potrzebni, jako piastujący rząd dusz. Dlatego też – jak zauważa ekonomista i filozof polityki Hans Hoppe w „Ekonomia i etyka własności prywatnej” – rządzący zapewniają im stabilność i przywileje w zamian za głoszenie słusznych poglądów.

Nawet jeśli ten analiza Hoppego stanowi pewne uproszczenie (i jest niesprawiedliwa dla niezależnych i kompetentnych intelektualistów i twórców) to niewątpliwie zawiera ziarno prawdy. Możliwe, że tą właśnie logiką kieruje się PiS postulujący stworzenie statusu tak zwanego zawodowego artysty.

O co chodzi? Otóż w ramach projektu „Ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego” artyści otrzymają możliwość otrzymywania wsparcia w czasach zmniejszenia lub utraty dochodów oraz łatwiejszego dostępu do ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. Warunkiem stanie się uzyskanie statusu artysty zawodowego. Ten zaś otrzyma osoba znajdująca się świeżo po ukończeniu wyższej uczelni (przez 5 lat). Następnie konieczne okaże się przedstawienie dorobku artystycznego uznanego również przez wybrane stowarzyszenie zawodowe (od razu ten warunek będą musieli spełnić niebędący absolwentami).

Koordynacją procedury zajmie się Polska Izba Artystów „nowoczesny podmiot łączący cechy instytucji publicznej i samorządu środowisk artystycznych: aż 14 z 21 członków Rady Izby to reprezentanci organizacji artystycznych wybierani w wyborach środowiskowych” – czytamy na stronie Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu. Oznacza to, że pozostali z nich reprezentować będą rząd. Ten udział rządu w decyzjach dotyczących utrzymania artystów jak również samo dobrodziejstwo w postaci dopłat (mających pochodzić z opłaty reprograficznej) wywrze zapewne wpływ (choćby psychologiczny) na poglądy twórców.

Dopłaty do mieszkań

Kolejny interesujący przejaw Nowego Polskiego Ładu to dopłaty do mieszkań. Na pierwszy rzut oka wszystko pięknie. Państwo pomoże młodym w kwestii wkładu własnego na kredyt. Wszak na starcie życia nie mają jeszcze zgromadzonego kapitału, a nie każdy może liczyć na hojną pomoc rodziny.

Mówi się o gwarancji bankowej na 100 tysięcy złotych do wkładu własnego (pomoc w przypadku braku możliwości spłaty). – A dla tych, którzy wezmą kredyt, kupią mieszkanie i będą mieli dzieci, od drugiego dziecka będzie spłacenie 20 tys. kredytu przez państwo, trzecie to 60 tysięcy, kolejne do szóstego po 20 tysięcy Razem do 160 tysięcy złotych – zapowiedział podczas prezentacji programu Jarosław Kaczyński. Z kolei ministerstwo rozwoju przygotowało bon mieszkaniowy uzależniony od liczby dzieci. Środki z niego posłużą na zakup mieszkania, w tym spółdzielczego lub budowę domu.

Widzimy tu politykę prorodzinną z wielkim rozmachem, a niezwykle poważna sytuacja demograficzna w znacznej mierze ją uzasadnia. Jeśli zwrot z jakiejś inwestycji jest niemal pewny, to jest to właśnie inwestycja w rodzinę. Za dobre chęci można rządzących pochwalić. Jednak nie ma róży bez kolców. Po pierwsze tak znacząca pomoc publiczna w tej formie to dotacje nie tylko dla rodzin, lecz również dla banków i deweloperów, a więc dla instytucji bynajmniej nie najsłabszych (jak widać nie zawsze jednak na redystrybucji korzystają biedni). Po drugie zaś – jak zauważa portal Money.pl to nakręcenie budownictwa może doprowadzić do „patodeweloperki na sterydach”. Chodzi o budowanie byle jakie i wykorzystywanie każdej dostępnej (a kurczącej się) przestrzeni miejskiej.

Inflacja

Kolejny problem wynika z prawa popytu, którego wzrost powoduje wzrost cen. W efekcie może okazać się, że rodziny otrzymają znaczące wsparcie na zakup mieszkań, te jednak staną się jeszcze droższe. Wzrost cen utrudni zaś nabycie mieszkania kolejnym zainteresowanym. Nie wiadomo więc na ile na dłuższą metę zyskają polskie rodziny. Wiadomo zaś, że zyskają banki i deweloperzy.

Jedno jest niemal pewne – wskutek Nowego Polskiego Ładu wzrosną ceny mieszkań, ale nie tylko mieszkań. Gigantyczny strumień pieniędzy wpompowanych w gospodarkę doprowadzi do inflacji na niebagatelną skalę. Obywatel ciesząc się będzie z szeroko zakrojonych form wsparcia, jednak obawiam się, że korzyści zeń płynące pozostaną często tylko na papierze.

Marcin Jendrzejczak

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(29)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie