4 stycznia 2026

Na początku był Logos – i Logos będzie też na końcu. A my, zbawieni polscy Hellenowie, będziemy sławić Pana Zastępów w języku Platona i Arystotelesa. Święć się Imię Twoje: Ἁγιασθήτω τὸ ὄνομά σου.

„Na początku było Słowo”. To zdanie wybrzmiewa w okresie Bożego Narodzenia z każdego, by tak rzec, katolickiego zakątka. Nic dziwnego – Ewangelia św. Jana rozpoczyna się od swoistej pieśni na cześć Wcielenia. Chciałbym tu zwrócić uwagę na jeden aspekt – moim zdaniem niezwykle ważny, biorąc pod uwagę trwającą dziś rewolucję i próby przebudowy Kościoła. Chodzi o projekt dehellenizacji chrześcijaństwa – czyli wyrzucenia z katolicyzmu wszystkiego, co wiąże się z grecką filozofią albo nawet greckim światopoglądem.

Co to za idea? Otóż w kręgach postępowych twierdzi się często, że Kościół katolicki zbyt silnie sprzęgnął się z filozofią Greków. Taki zarzut formułuje się głównie pod adresem Arystotelesa, często tylko po to, by w ten sposób uderzyć w św. Tomasza z Akwinu.

Wesprzyj nas już teraz!

Skoro Doktor Anielski budował na arystotelesowskiej metafizyce, to jej podważenie odebrałoby automatycznie mandat samemu Tomaszowi. Wprawdzie operacja jest szalenie trudna, bo istnieje niezwykła mnogość wypowiedzi papieży i soborów na temat wyjątkowego autorytetu doktrynalnego autora „Sumy teologicznej”, niemniej jednak progresiści próbują, jak mogą.

Usunięcie Arystotelesa, żeby w ten sposób usunąć Tomasza, nie jest jednak jeszcze ostatecznym zwycięstwem – dehellenizacja chrześcijaństwa musi iść o wiele głębiej. Ostatecznie przed św. Tomaszem chrześcijaństwo rozwijało się przez ponad dwanaście wieków – bez Arystotelesa, bo ten był na Zachodzie bardzo kiepsko znany. Owszem, istniał w jakimś zapośredniczonym sensie u niektórych Ojców Kościoła, tych, którzy posługiwali się z kolei pismami Platona i neoplatoników; bo neoplatonicy odwoływali się również do Arystotelesa, jakkolwiek nie był ich głównym źródłem. Dehellenizacja zmierza w każdym razie do głębszej przebudowy katolicyzmu, niżby tylko usunięcie Arystotelesa i Tomasza – w ramach tego nurtu miałoby dojść do wyrugowania z Kościoła świętego także neoplatonizmu czy stoicyzmu, w sumie wszystkich tych filozofii, które dawały intelektualną podstawę do rozwoju doktryny katolickiej w pierwszych wiekach.

Dlaczego jednak? Jakie są motywy takich propozycji? Otóż cel jest, jak sądzę, tak naprawdę jeden: wprowadzić do Kościoła ewolucjonizm dogmatyczny. Ewolucjonizm dogmatyczny to pogląd wprawdzie potępiony przez papieży, ale w mniej jawnej formie wciąż popularny. Ewolucjonizm dogmatyczny ma różne odmiany – pisałem o tym kilka tygodni temu w tekście, gdzie zestawiałem myśl ewolucjonistyczną Karla Rahnera z nauką o rozwoju doktryny Johna Henry’ego Newmana. Co do zasady, ewolucjonizm dogmatyczny zakłada, że doktryna Kościoła katolickiego jest w bardzo szkodliwy czy ułomny sposób zależna od języka i kultury danego czasu. Innymi słowy, nie da się oddzielić języka i używanej terminologii od doktryny, którą Kościół formułował, przy czym ten język i terminologia miałyby być same w sobie całkowicie zmienne i omylne. Efektem jest płynność doktryny – do tego stopnia, że Kościół może na przestrzeni dziejów głosić rzeczy całkiem sprzeczne, uznając jednak, że w każdym wypadku głoszono „prawdę” – „prawdę” zależną oczywiście od omylnego rozumienia ludzi, którzy ją w danym momencie historii wyrażali.

Weźmy na przykład nauczanie Soboru Nicejskiego o „współistotności” Syna Bożego i Ojca. To nauczanie jest poprawne o tyle, o ile przyjmuje się racjonalność i zasadność greckiego terminu filozoficznego „istota”, czyli οὐσία. Jeżeli uzna się jednak, że wyrażono tę naukę właśnie w ten sposób tylko i wyłącznie dlatego, że ówcześni ludzie dysponowali akurat takim aparatem myślowym – to można dojść do wniosku, że korzystając z innego aparatu myślowego da się wyrazić relację Ojca i Syna zupełnie inaczej.

Może być tak, że Nicejczycy mówili o „współistotności”, bo inaczej nie umieli – ale „współistotność” nie jest wcale obiektywną prawdą relacji Ojca i Syna; jest tylko „prawdą” historyczną, to znaczy „prawdą” dla czasów Nicei.

My, korzystając z innej filozofii, moglibyśmy uznać, że chociaż „w tamtym czasie” nauka o „współistotności” była jedyną możliwą, to „dzisiaj” ona nie jest już „prawdziwa” – i korzystając z innych pojęć filozoficznych będziemy mówić o tej relacji kompletnie odmiennie – nie tylko używać innych słów, ale wyrażać też tymi słowami inne myśli, od tych słów koniecznie zawisłe.

Jeszcze jeden przykład. Kościół naucza, że kapłaństwo jest zarezerwowane dla mężczyzn, bo taka jest natura rzeczynatura Chrystusa jest męska, dlatego kapłan musi mieć taką samą naturę. Jednak pojęcia „natura”, choć leksykalnie łacińskie, jest zakotwiczone w greckim terminie filozoficznym „fysis” (φύσις) – jeżeli odrzucamy filozofię grecką jako podstawę mówienia o Bogu, to nie możemy mówić już o naturze (φύσις), a zatem kwestię dostępu kobiet do kapłaństwa trzeba przemyśleć od nowa. Nie ma φύσις, nie ma męskiej φύσις Chrystusa, nie ma męskiej φύσις kapłana, nie ma więc problemu żeńskiej φύσις kobiety. Droga do kapłaństwa kobiet staje nagle otworem – przynajmniej jeżeli idzie o ten jeden konkretny argument z męskiej natury Chrystusa Pana.

Dla współczesnej umysłowości taki modus operandi może wydawać się rozsądny i przez to całkiem pociągający. Jesteśmy dziś przecież świadomi ograniczeń naszego języka i myślenia. Podważamy i wątpimy, odrzucamy wielkie narracje. Rozumiemy, że istnieje nieogarniona mnogość sposób myślenia.

W przeszłości, odwrotnie, istniała dosyć ograniczona liczba szkół filozoficznych. Konkurowały ze sobą, głosiły różne poglądy, ale jeden człowiek mógł w całkiem niezłym stopniu ogarnąć założenia wszystkich. Dzisiaj szkół filozoficznych jest całe mnóstwo, a sprawę komplikuje jeszcze błyskawiczny rozwój nauk szczegółowych. Nikt nie jest w stanie tego ogarnąć, stąd gubimy się w ilości możliwych paradygmatów. Konfrontacja dawnej prostoty z dzisiejszą złożonością może prowokować pogląd, zgodnie z którym jedynym paradygmatem powinna stać się całkowita wolność: niech w teologii rozkwita tysiąc kwiatów. Każdy może odwoływać się do takiej filozofii, jaką sobie znajdzie – ostatecznie to przecież tylko różne języki, czasem może sprzeczne, ale czasem, dlaczego nie, pięknie się dopełniające.

Uważa się, że człowiek współczesny, jeżeli chce być uczciwy, powinien uświadomić sobie własną nieprzezwyciężalną niewiedzę i w teologii – niejako „zresetować” dogmaty. Wystarczy uznać, że to tylko intelektualne narracje zależne od jakiejś określonej, ale przecież bardzo ograniczonej tradycji myślenia, żeby nie traktować ich już nazbyt poważnie. Skoro w obliczu złożoności świata nowoczesnego musimy pogodzić się ze względnością wszelkiej filozofii i teologii, wystarczy, żebyśmy zgodzili się co do kilku ogólnych zasad chrześcijaństwa: istnienie Boga, szczególna rola Chrystusa, potrzeba widzialnej wspólnoty wierzących (Kościoła)… Reszta musi pozostać w sferze spekulacji i swobodnych dociekań.

Kryterium tego, co wolno głosić, może być tylko jedno: non nocere. Nie wolno szkodzić: zadawać drugiemu człowiekowi bólu fizycznego i psychicznego, ani osobiście, ani poprzez system – dyskryminować go, poniżać, odbierać godność, ograniczać rozwój. W epoce inkluzywnej tolerancji wiele dawnych poglądów musi zatem upaść, torując drogę przyjaznej teologii otwartości na różnorodność i drugiego człowieka.

Tak, powiedziałbym, brzmi ostateczny cel dehellenizacji chrześcijaństwa.

Problem tylko w tym, że… dehellenizacja chrześcijaństwa nie jest możliwa. Nie da się usunąć z Kościoła kultury greckiej – bo to sam Pan Bóg chciał dać Kościołowi właśnie grecki język i grecką filozofię.

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. […] A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas”.

Znamy to wszyscy, ale w gruncie rzeczy powinniśmy czytać: Ἐν ἀρχῇ ἦν  λόγος, καὶ  λόγος ἦν πρὸς τὸν θεόν, καὶ θεὸς ἦν  λόγος. […] Καὶ  λόγος σὰρξ ἐγένετο καὶ ἐσκήνωσεν ἐν ἡμῖν. Tak mówi grecki, a zatem oryginalny i miarodajny tekst świętej Ewangelii.

Św. Jan pisał po grecku do odbiorców ze świata kultury greckiej. Jego język jest zręczny, wie, jak go używać. W pierwszych słowach swojej Ewangelii używa absolutnie klasycznych filozoficznych pojęć. „Na początku” – ἐν ἀρχῇ… Jan odwołuje się do zagadnienia, nad którym reflektowali już zupełnie pierwsi greccy myśliciele. Początek, ἀρχή, pierwsza zasada – szukali jej tak zwani filozofowie przyrody. Jan wchodzi z nimi w ten dialog, na początku Ewangelii sięgając do początków filozofii. Odpowiada Talesowi, Heraklitowi i Anaksymandrowi: zasadą rzeczywistości nie jest woda, ogień ani ἄπειρον (apeiron, bezkres) – zasadą wszystkiego jest λόγος, co się wykłada… W zasadzie się nie wykłada. Polskie tłumaczenie, idąc za Wulgatą („verbum”), kładzie tu „słowo”; ale grecki λόγος to nie jest tylko „słowo”, to także „rozum” albo „porządek” albo jeszcze więcej rozum porządkujący, rozumna myślowa inteligentna zasada porządkująca to, co istnieje, świat, kosmos, wszechświat.  Λόγος – kosmiczny rozum porządkujący. O tym pisze święty Jan: zasadą i zaczynem świata, powiada Ewangelsita, jest porządkujący rozum.

Dalej Jan pisze: „Słowo stało się ciałem”, czyli raczej ὁ λόγος σὰρξ ἐγένετο. Autor prowokuje – zupełnie jawnie i otwarcie prowokuje, nieledwie bawi się filozoficznymi terminami, łącząc to, co klasycznie nieprzystawalne. Jan nie pisze „ciało”. Pisze σὰρξ. W języku Homera  σὰρξ to nie brzmiące dość godnie „ciało”, ale techniczne określenie tkanki materialnej, która tworzy ciało –  człowiek jest zbudowany z σὰρξ, ale σὰρξ może być też tą częścią padłego wołu, którą pożywia się sęp. Oto σὰρξ – ciało-mięso. Święty Jan, który „wkłada” kosmiczny rozum porządkujący, wieczystą zasadę wszystkich rzeczy, jakby sam fundament bytu, właśnie w σὰρξ – to albo obłęd albo geniusz. Jan wie co robi. Ten obłęd albo geniusz – to przecież prawda o Wcieleniu. Odwieczny stał się człowiekiem. Idealnie niematerialny rozum sprzągł się z mięsno-cielesną materią.

Dlaczego o tym piszę? Bo chcę pokazać jedną, prostą i kluczową rzecz: Jan pisze w języku greckim, z użyciem klasycznych greckich pojęć, które doskonale rozumie – i które przełamuje. Jakby chwytał całą intelektualną kulturę greków, cały geniusz ICH rozumu, żeby go przekształcić. Stare greckie assyrytiko wlewa do zupełnie nowego bukłaka.

Ewangelista robi dokładnie to, co zawsze robił później Kościół: odnawiał wszystko w Chrystusie. Również filozofię Greków – nie, właśnie filozofię Greków – trzeba było poddać instauracji w Chrystusie. Trzeba było – bo tego chciał Pan Bóg.

Chrystus Jezus przyszedł na świat za panowania Augusta – i pod jego panowaniem. Nauczał, cierpiał, umarł i zmartwychwstał za panowania Tyberiusza. Wcielony λόγος, Pan Bóg i Zbawiciel, był jako verus homo (prawdziwy człowiek) poddanym (sic!) rzymskiego Imperatora. Apostoł Narodów, święty Paweł, z którego my poganie wszyscy jesteśmy, głosi z dumą, że z urodzenia (!) jest Rzymianinem – civis romanus sum.

Oczywiście w Dziejach Apostolskich Paweł powiada to po grecku: Ἐγὼ δὲ καὶ [Ῥωμαῖός] γεγέννημαι.

Cały Nowy Testament – świadectwo Wiecznego Przymierza – zapisane zostało w języku greckim. Deus vult – tak chciał Bóg. Z woli Pana Zastępów, który rządzi ludzką historią, Wcielenie wydarzyło się właśnie w tamtym czasie, właśnie w tamtych okolicznościach, właśnie w tamtej kulturze.

Bóg jest wolny – i swoimi decyzjami zadał Kościołowi grecką filozofię, grecki język i greckie myślenie jako wieczne i nieprzemijalne dziedzictwo. Kto twierdziłby, że to tylko historyczny przypadek, odmawiałby Bogu wolności decyzji– byłby to absurd niweczący Jego wszechmoc, czyli ateizm.

Nie, nie ma przypadku. Bóg tak chciał – i z Jego woli Kościół wypracowywał swoją świętą doktrynę używając właśnie tego języka i tej kultury intelektualnej, która była mu dostępna, czyli języka i kultury Greków.

Dlatego grecka filozofia – oczyszczona, przemieniona i dopełniona, albo nawet wypełniona – nie jest tylko jakimś dodatkiem do chrześcijaństwa; jest jego trwałą i z woli Bożej nieusuwalną częścią. Możemy próbować opowiadać chrześcijaństwo innymi językami filozoficznymi, ale prawda została nam objawiona po grecku – w jakiejś części w terminach greckiej filozofii.

Ὁ Λόγος σὰρξ ἐγένετο – Logos stał się ciałem. Nie da się zdehellenizować chrześcijaństwa. My, wyznawcy Chrystusa – Polacy, Niemcy, Anglicy czy Chińczycy – na wieki wieków, aż po Królestwo Boże:

jesteśmy Hellenami.

Paweł Chmielewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(47)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie